sobota, 11 lipca 2015

"W pogoni za Amy" (7/10) Z gejów można żartować?

Romantic Comedy, 1997


Holden i Banky to przyjaciele, razem zajmujący się tworzeniem komiksów. Holden wymyśla historie i tworzy pierwszy draft, Banky jest odpowiedzialny za stronę graficzną. Znajomy koloru czarnego dla jaj poznaje Holdena z Alyssą, która okazuje się istnym ideałem za którym ten zaczyna szaleć. Szybko okazuje się, że jest jedna przeszkoda stojąca na miłości po grób: Alyssa jest lesbijką.





Mamy więc czarnych i lesbijki w filmie Kevina Smitha, a efekt jest taki jak mogliście oczekiwać: rozmowy są szczere i prawdziwe, a zapamiętuje się je od razu. I chcę do nich wrócić. Pamiętajcie, że ten film powstał w '97 roku - wtedy powstało DVD, urodzone wtedy dziewczynki w 2015 stają się pełnoletnie, Internet był daleki od istniejącego dziś kształtu. A gejów w filmach nie było prawie wcale, dlatego pomimo ich wybicia się kilka dekad wcześniej, nadal pozostawali poza głównym nurtem. A żeby zobaczyć jak dwie kobiety całują się namiętnie nie wystarczyło kilka kliknięć. Raczej kilka dolców w odpowiednim miejscu. Np. kinie, idąc na "Chasing Amy".

W takim świecie pojawiają się wyluzowani bohaterowie Kevina Smitha którzy swobodnie gadają o seksie oralnym i chętnie odpowiadają na te wszystkie pytania, które dręczyły hetero, jak np. w jaki sposób lesbijki uprawiają seks? Wszystko z klasą dorosłego, wyrozumiałość człowieka, który cieszy się z rozmowy z przyjacielem. I co dziwne, ten tytuł naprawdę działa jako reprezentacja tego nowego świata wszystkim "normalnym", którzy nie bardzo wiedzą jak się zachować przy nowym koledze który okazuje się lubić coś innego.

Osiągnięto to w banalny sposób: motyw gejów został z tyłu, a głównym problemem było stworzenie solidnego filmu z pogranicza komedii romantycznej oraz buddy. Solidni bohaterowie i bogactwo relacji między nimi, dramaturgia w poważnych momentach - to tu liczy się przede wszystkim. Dość powiedzieć, że pomimo konkurencji w postaci Robina Williamsa w "Good Will Hunting", to właśnie u Smitha pojawia się najlepszy monolog 1997 roku. I wykonuje go Ben Affleck, mówiąc przez kilka minut o miłości. W tym czasie od każdego słowa i oddechu postaci bije świadomość, że to jedyna szansa by powiedzieć wszystko i pragnienie, by ją wykorzystać - bo ta sekunda która mija jest wszystkim co się liczy w całym jego życiu. Spokojnie mogę iść dalej i twierdzić, że usłyszałem w tej scenie jeden z najlepszych kinowych monologów. Przekonał mnie.





To film z innej epoki, który pewnie miał bardzo ograniczone okienko w którym mógł powstać. Wykorzystał to. Muzyka na kasetach, brak Internetu - złapano tu pewien obraz tamtych czasów. Jednocześnie zachowano uniwersalność - powody by poznać ten tytuł wcale się nie zmieniły przez te lata. To produkcja w której czuć autentyczność - twórcy znali tych ludzi, przeżyli te sytuacje, wsadzili do tego filmu swoje życie. A następnie podali widzowi z humorem i dystansem. Nic, tylko usiąść i oglądać.

Aha, i zalecałbym zapoznanie się z "Clerks" na początek, bo oba filmy dzieją się w jednym uniwersum i jest kilka scen, które mogę nie mieć dla Ciebie sensu.
https://rateyourmusic.com/film/chasing_amy/

W końcu mogę zrobić ten ranking filmów z 1997 roku.

8 komentarzy:

  1. Widziałem ten film 100 razy. Ten obraz gejów, lesbijek, DVD i przyjaźni to tylko tło dla mojego ulubionego filmu o miłości. Jak Smith słusznie zauważa nie ma czegoś takiego jak związek idealny. Wszystko jest oparte na pogoni za nim, a jeżeli już zapadnie jakaś decyzja o pozostaniu w związku to trzeba się docierać do końca życia. Traktuję ten film bardzo osobiście i wiem, że filmowa Amy to tylko symbol wszystkich niezdobytych miłości. Albo byliśmy za wolni, albo niedostatecznie odważni...

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, można z ciebie żartować, Garret.

    OdpowiedzUsuń
  3. Roman Maziarz11 lipca 2015 16:05

    Dziś już taki film miałby znacznie bardziej utrudnioną drogę do powstania. Pośmiać się z gejów? Niedopuszczalne. Mógłby to zrobić chyba tylko właśnie Smith, albo Tarantino, który jak się pośmiał z czarnych, to dostał po głowie, nawet jeśli śmiał się tam na równi ze wszystkich.

    OdpowiedzUsuń
  4. U Tarantino nie było jednak tak zabawnych czarnych jak w "Chasing Amy" albo w "Dogmie". Znaczy, byli zabawni ale w trochę mniej specyficzny sposób. Taki choćby SLJ z "Django", który niby jeździł po murzynach, ale robił to w dziwny, smutny sposób. Mało przyjemne to było w oglądaniu.

    A więc dla mnie mistrzem w tym temacie będzie Smith. I niektórzy komicy robiący stand-up.

    https://www.youtube.com/watch?v=_2ASPUkkHMs

    OdpowiedzUsuń
  5. Już Smith nie ten sam, co kiedyś. Miał kończyć karierę, potem wracać. Ostatnie, co jego oglądałem, to Red State i raczej lipa. Mniej więcej od Sprzedawców 2 już mnie nudził, z Cop Out i Zack i Miri na czele. Niemniej kiedyś to była klasa. W Chasing Amy nawet Afflecka można obejrzeć :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Na "Clerks 3" pójdę bez wahania. A nawet patrząc na jego słabsze filmy to po prostu ciekawy człowiek, który nie wypala się na planie i potem potrafi opowiadać godzinami o swojej pracy.

    https://www.youtube.com/watch?v=YzyZFgQa_rg

    OdpowiedzUsuń
  7. Roman Maziarz12 lipca 2015 17:34

    Smutny? Dziwny? Nie wiem, ja się pokładałem za pierwszym razem jak go widziałem.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja generalnie mało się śmiałem na całym "Django". Dziś pamiętam tylko o dwóch scenach - początku z dentystą oraz podczas kłótni KKK o kaptury. Klasyczny Tarantino...

    OdpowiedzUsuń