niedziela, 30 sierpnia 2015

"Wałkonie" (7/10)

Melodrama, 1953


Opowieść o powojennych Włoszech. Małe miasteczko, gdzie żyje kilku mężczyzn. Przyjaciół - od zawsze, na zawsze. Można ich opisać jako ludzi w wieku nastoletnio-dorosłym. Zawieszenie gdzieś pośrodku, część z nich nadal nawet żyje z rodzicami i mają przed sobą swoją pierwsza pracę. Spędzają życie na włóczeniu się po nocy, szukaniu sensu życia i usilnych obiecywali sobie, że wkrótce stąd wyjadą - rozpoczną prawdziwe życie w Milanie i innych dużych miastach. Zamiast tego zapładniają przypadkowo dziewczyny z którymi muszą się teraz żenić, oraz romansują niezobowiązująco.


Seans przypomina spacer po tym mieście i zatrzymywanie się by zobaczyć, co się tu kiedyś działo. Przypomnieć sobie te czasy. Motywy autobiograficzne są dosyć pewne, i można się domyślić, któremu bohaterowi Fellini dał najwięcej od samego siebie. To w końcu jeden z pierwszych filmów legendarnego reżysera, w tamtym czasie dopiero przekroczył 30'tkę. Widać tu wyraźnie włoską duszę, ponieważ film jest bardzo żywiołowy, głośny - ale nie do przesady - ruchliwy i nawet barwny. Mimo czarno-białej taśmy.

Ten film to melodia. Rzewna, nostalgiczna, czuła. Czuć tutaj łezkę wspomnień jak i delikatny uśmiech wywołany tą samą sceną z przeszłości. Brak tutaj rozgrzeszenia, oceny, bata lub posypywania głowy popiołem. Było jak było. Nic tego nie zmieni. Podjąłem decyzję. "Wałkonie" to pożegnanie, do którego nie doszło w rzeczywistości.

Film widziałem na Hulu. Pierwotnie na DVD wypożyczonym w kinie Luna, gdzie mieli cały box filmów reżysera.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz