poniedziałek, 21 września 2015

"Kanał" (8+/10)

Wojenny, 1957


Minęło zaledwie 13 lat od wydarzeń z 1 sierpnia 1944 roku. W tym czasie Stalin stwierdził, że zatrzyma jazdę na zachód i pozwolił Polakom i Niemcom się pozabijać, a potem sam najechał zniszczoną stolicę Polski, gdy Powstanie Warszawskie dawno się skończyło. Potem były różne inne cuda o których nie mówią w szkole - Inka, Żołnierze Wyklęci, PRL Liczy się teraz tylko to, że o Powstaniu nie można było gadać, bo to w złym świetle stawiało Sowietów. Do '57 roku zdążyło się wydarzyć kilka innych ciekawych rzeczy, w tym śmierć Stalina, które doprowadziły do odwilży gomułkowskiej, i z grubsza to z tego powodu można już było mówić o tamtym okresie w historii Polski. Wieszcz nasz narodowy, Andrzej Wajda, wykorzystał okienko i nakręcił od ręki arcydzieło o ostatnich chwilach z życia powstańców.



Takie rzeczy musicie wiedzieć sami z siebie, bo film wiele informacji nie podaje. Jest październik '44, większość dzielnic Warszawy przepadła, teren jest zniszczony. Niedobitki wiedzą, że sprawa jest przegrana, ale jeszcze są w trakcie godzenia się z tym. Opór trwa, a narrator stawia sprawę otwarcie: ci ludzie nie przeżyją. To ich ostatnie chwile. Pomoc nie nadchodzi, zostaje tylko jedno: wycofać się kanałami.

Od tego momentu rozpoczyna się anty-kino drogi, bo cel i podróż nie mają tu znaczenia. Zeszli na dół, a tam szybko się gubią, rozdzielają, uciekają od kolejnych segmentów podziemi w których Niemcy napakowali gazu albo zabarykadowali wyjście. Bohaterowie cały czas nie mogą się pogodzić z tym, że to już koniec, i to wszystko co osiągnęli. Ale ani razu nie pytają: "Czy było warto?". Twórcy filmu nie pokazują ich od lepszej strony, nie starają się nawet udzielić w dyskusji, czy wybuch powstania był dobrą decyzją. Tu nie chodzi o morał, historię lub bohaterów. "Kanał" jest doświadczeniem - ukazaniem tego, jak ci ludzie walczyli do końca w gównie, byle tylko przez minutę dłużej pozostać wolnymi ludźmi. Film jest pomnikiem pamięci o tym, czego doświadczyli. Od początku do każdego z trzech zakończeń, następne zadające większy ból od poprzedniego.

Technicznie ten film to istne dzieło sztuki - pierwsze ujęcie ciągnące się chyba przez pół Warszawy jest smutne w piękny sposób (trwa niewiele ponad 4 minuty); dialogi brzmią jak poezja, jak muzyka; od momentu zejścia do podziemi gra światła i cienia mnie zachwycała właściwie bez przerwy (to ujęcie, gdy artysta odchodzi grając na piszczałce, a zanim unoszą się kanałowe opary - cudo!). O zakończeniu już wyżej pisałem, ale trzeba też przypomnieć o samej realizacji w tych ciasnych warunkach w taki sposób, by oddać klaustrofobię rzeczywistych rur biegnących pod stolicą. To jak na swoje czasy był majstersztyk i osiągnięcie na skalę światową.

"Kanał" to lektura obowiązkowa dla każdego człowieka. Ponura, ciężka, brudna - do tego seansu jednak nie warto podchodzić ot, z marszu. Ale jeśli jeszcze nie widzieliście, odpalcie filmik na dole tylko dla tego pierwszego ujęcia...
Film widziałem na YT.
https://rateyourmusic.com/film/kanal/

PS. I już mogę robić ranking filmów z 1957 roku.
PS2. Przy okazji, poprawcie mnie, ale czy w tym roku nie było "Kanału" w TV przy okazji rocznicy?


Przypominam o odblokowaniu Adblocka. I wyłączcie adnotacje w trakcie trwania (taka rada)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz