poniedziałek, 7 września 2015

"Zmierzch nad Tokio" (7/10)

Melodrama, 1957


Filmy Ozu do tej pory określałem w podobny sposób: proste, oparte o banalny pomysł, pozytywne i ponadczasowe. Tylko to ostatnie dotyczy "Tokyo Twilight", które jest wyraźnie dłuższe, bardziej rozbudowane... I nawet, można rzec, skomplikowane. Przynajmniej w pewnym stopniu. Przez pierwszą godzinę nie bardzo potrafiłem te scenki złożyć do kupy pod wspólnym szyldem, pomysłem. Na dodatek, niektórych aktorów ze sobą myliłem, co nie pomogło mi w połapaniu się, kto jest kim i jakie są między nimi relacje. Narracja jest wolna i bardzo ostrożna we wskazywanie kierunku. Coś jest budowane, ale nie mogłem tego sprecyzować. Kolejnym utrudnieniem jest to, że postaci u Ozu zaczęły kłamać, i robić temu pochodne czynności. Przemilczą pewne elementy, milczą w ogóle, albo i wybierają ucieczkę w udawaną bezinteresowność niż konfrontację.



Ma to szersze znaczenie, ponieważ aktorzy u Ozu zawsze grali w trochę mniej zaangażowany sposób. Byli drętwi oraz prości, ale trzymało się to poetyki całego obrazu, wiec każdy biały widz nadal mógł to nazwać aktorstwem. W "Tokyo Twilight" wszystkie kłamstwa przychodzą im z podobną ekspresją, i na początku trudno to rozpoznać. Tak właściwie to powinno się obejrzeć ten tytuł dwa razy, gdy już w finale zobaczyło się moment, gdy jedna postać nie miała więcej sił by udawać i pękła. W ten sposób widz juz wie, co naprawdę ludzie czuli przez całą opowieść, i ile powstrzymywali uczuć.

A więc, o czym to jest? O życiu dwóch kobiet, sióstr, które zostały wraz z ojcem opuszczone przez rodzicielkę. Teraz, gdy są juz dorosłe, jedna z nich podejrzewa, że jej matka wróciła do miasta. Dużo tu bólu wynikających z przeświadczenia, że to była ich wina, coś z nimi było nie w porządku, są złe. Wdały się w matkę i jej krew, dlatego tak różnią się od ojca. Nie potrafiłem się wczuć w te motywy podczas seansu "East of Eden", nie udało mi się to i teraz - jednak wypada dodać, że film Ozu na tym polu jest bardziej realistyczny, nie opiera się na symbolach i Biblii. Były za to wątki poboczne, w które wczuwałem się dużo bardziej, ale już ich nie będę zdradzał. Poczułem cały dramat tej opowieści. Wciąż uwielbiam sposób, w jaki Ozu opowiada o rodzinie. Zdecydowanie wart poznania.
Film widziałem na Hulu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz