wtorek, 20 października 2015

"Hellraiser" (7/10)

W tej klasyce body-horroru do opuszczonego domu wprowadza się małżeństwo Larry'ego i Julii. Brat Larry'ego, Frank, kiedyś tutaj mieszkał. Teraz należy do nich... I jest idealne. Oczywiście, po remoncie i wymianie mebli. Podczas przeprowadzki zdarzył się niegroźny wypadek: Larry zacina się w rękę i upuszcza trochę krwi. To jednak wystarczy, by Frank wyrwał się demonom i wrócił do żywych. Niewiele wiadomo na obecną chwilę - co, jak i dlaczego? - jedynie tyle, że ledwo przypomina człowieka. Tkanki i kości się połączyły, ale by w pełni stać się człowiekiem będzie potrzebować więcej krwi. O wiele więcej... I to szybko, zanim demony zorientuje się, że mają uciekiniera.





W kwestii budowania jakiegoś uniwersum pierwsza część "Hellraisera" nie radzi sobie najlepiej. Skąpi szczegółów, kontekst wydaje się niewystarczający a reguły gry niejasne. Kim są istoty ściągające Franka, dlaczego tak w zasadzie wrócił stamtąd, dlaczego chciał tam trafić, czym to "tam" jest... Fakt, że Pinhead nazywa się w taki sposób widz dowie się jedynie z napisów. Tego nie ogląda się jak dowolną pierwszą część jakieś serii, gdzie są chociaż zarysowane zasady gry. To bardziej samodzielna opowieść umieszczona w uniwersum, które widz powinien już znać.

W najlepszym wypadku będziecie obojętni na historię i pokrewne elementy tego filmu, w najgorszym - poczujecie zdezorientowanie próbując jakoś to sensownie ująć. Ale to nie znaczy, że seans przychodzi na chłodno, bez emocji. Oj nie.

Dzieje się tak ponieważ film nadrabia z nawiązką warstwą wizualną, i tak naprawdę tylko to liczy się w tym medium. Ona sprawia, że oglądanie "Hellraisera" jest tak perwersyjnym doświadczeniem - narracja jest bardzo plastyczna, a całość jest silnie seksualizowana oraz makabryczna. Atmosfera od samego początku gęstnieje - zaskakuje stopień użycia animatroniki i kostiumów, a także same projekty wszystkiego. Gdy Frank wraca do żywych i jest zaledwie cieniem ludzkiego ciała, wygląda tak realistycznie, że trudno jednoznacznie stwierdzić, czy widzimy kukłę lub aktora w kostiumie. Przywiązanie do szczegółu jest porażające - proces składania ciała z krwi, kości i innych wnętrzności to jedna z najlepszych animacji poklatkowych jakie w życiu widziałem! Do tego Freddy pojawia się w różnych formach na każdym ze swoich etapów "rozwoju". Jedna z nich pojawia się na zaledwie minutę, a i tak wykonano ją z takim samym pietyzmem co pozostałe. Niewiarygodne, i z każdym kolejnym rokiem fakt ten staje się coraz bardziej imponujący.

Ponad to, dialogi są skromne. Clive Barker mimo zawodu pisarza jest wierny poetyce obrazu i w ten sposób snuje swoją okropną i straszną opowieść o bólu, odczłowieczeniu, sadyzmie i wyniszczającej miłości.
Oglądałem na Netflixie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz