środa, 14 października 2015

(serial) "Bloodline" (7/10)

"Bloodline" (USA, 2015) to nowy serial Netflixa z tego roku, przeznaczony dla hipsterów którzy nie chcą oglądać "DareDevila" i "Narcosa", tylko wolą coś, czego nikt nie oglądał. Przynajmniej w Polsce, bo na samym Netflixie "Bloodline" ma ocenę identyczną co wspomniane tytuły.

Produkcja opowiada o rodzinie mieszkającej na Florydzie, słonecznym miejscu pełnym wszelakiego ciepła. Ojciec z matką prowadzą lokalną luksusową gospodę dla turystów. Córka pracuje jako adwokat, jeden syn, Kevin, jest mechanikiem w dokach a najstarszy, John, jest szeryfem i ma żonę oraz dzieci. Jest jeszcze jeden brat, który właśnie przyjeżdża do miasta po wielu latach abstynencji - Danny. Czarna owca, która łączy się z tragedią z przeszłości. Jego przyjazd wiele zmieni.

Jest to produkcja trochę w stylu "Kotki na gorącym, blaszanym dachu" połączonej z "Detektywem", a swoje wrażenia postanowiłem spisać w 10 punktach.



1. Czołówka jak z "Detektywa", ok

Poza tym jest też dosyć ponury ton, który tylko gęstnieje z kolejnymi odcinkami, podobna post-produkcja na obrazie w obu tytułach. Jest też motyw pewnej zbrodni która zaprząta umysł Johna - jakby nie było, szeryfa. Wątek ten należy jednak do drugiego planu.


2. Czy to... Joni Mitchell?

Tak patrzę na aktorkę grającą matkę rodu i zachodzę w głowę, skąd ja ją znam. Kanadyjska śpiewaczka na stare lata została aktorką? Ale jednak nie, to Sissy Spacec. Też dobrze znów ja zobaczyć. Zresztą, przy okazji "DareDevil" cieszyłem się, że tam jest aktorka o urodzie typowej dla kobiet lat 70'tych. Np. z "Trzech kobiet" Altmana. Teraz... brak mi słów.


3. Żałuję, że Gary Oldman jest już za stary na rolę Danny'ego.

Nadawałby się idealnie. Momentami i tak go widzę w postaci tego wyrodnego brata, czarnej owcy której powrót doprowadził do tych wszystkich rzeczy. Za to casting Kyla Chandlera w roli Johna to idealna decyzja, ale jest ona minimalistyczna i wymaga poznania postaci by wiedzieć, że aktor w ogóle gra na planie. Przez pierwsze epizody wydaje się nudny, drewniany, bezpłciowy. Do końca sezonu jednak zmienicie o nim zdanie, bo dostrzeżecie jak precyzyjnie zniuansowana to rola.


4. Zwrot akcji pod koniec pierwszego epizodu!

Twistów jest tu zresztą kilka. Żeby nie zdradzić za wiele - z początku serial obiecuje, że Danny jest tym złym, który rozwalił szczęśliwe życie swojej krystalicznie niewinnej rodziny. Najłatwiej byłoby powiedzieć coś w stylu, że potem "role się zmieniają", albo "okazuje się, że każda postać ma bród na rękach". Banalne, dlatego tak podoba mi się to, co zastałem w samym serialu - on nie jest taki prosty. Szybko okazuje się, że nie ma tu tak naprawdę pozytywnej postaci - kogoś, komu życzyłbym podczas seansu, by wyszedł z tego galimatiasu cało. Żeby jej się udało. Nie, tego tu nie ma. A co bardzo mi się podoba: nie ma też złych. Tak po prostu. Każdy ma uczciwy powód, by być kim jest oraz robić to co robił do tej pory.


5. Doskonała dramaturgia

Rozwija się powoli by w pewnym momencie zaatakować z każdej strony, zaciskając sznur na szyi widza. Z tej sytuacji nie będzie łatwego wyjścia. Tu każdy będzie miał rację i każdy będzie w błędzie. To się tak po prostu nie skończy. To będzie w tobie siedzieć...



Kandydat do screena 2015 roku? Było coś lepszego?




6. Brak konstrukcji typowej dla serialu.

Tutaj odcinki nie mają wstępu, rozwinięcia i punktu kulminacyjnych. Brak zapychaczy czasu lub wątków pomocniczych. Tutaj miałem doczynienia z 13-sto godzinną fabułą. Od początku do końca. Epizody jedynie zaczynają się czołówka i tyle. Jeśli już zaczynają się przypomnieniem wcześniejszych zdarzeń, to puszczają wtedy kilka ostatnich ujęć z poprzedniego odcinka. To wszystko. Potem odcinek swobodnie płynie do przodu, pokazując same istotne rzeczy. Co ciekawe, chociaż na koniec jest jakaś dramatyczna nuta, to teoretyczny punkt kulminacyjny następuje zazwyczaj w połowie epizodu. Dlatego mówię, że ten serial lepiej by się oglądało gdyby podzielili go na 26 epizodów po 30 minut. Niemniej, obecna konstrukcja bardzo mi się spodobała, i z łatwością oglądałem po 3 epizody dziennie.


7. Dziwnie zaczynają rozmowy.

Jeśli już muszę się do czegoś przypieprzyć, to właśnie ta dziwność. Dialogi między postaciami przez pierwsze 2/3 serialu zaczynają się nienaturalnie. Ja rozumiem, czasem ludzie mogą do siebie podejść i zacząć od "Hej, możemy porozmawiać?" albo "Musimy porozmawiać!". Kiedy jednak 7/10 rozmów w odcinku zaczyna się w ten sposób, to zaczyna to przeszkadzać. Nic poważnego, ale... Mimo wszystko. 
Plus: troszkę za dużo tu gadają w pierwszej połowie sezonu. Tak na ucho to o 3% za dużo dialogów.


8. Nic mi nie przychodzi do głowy.

Ale uparłem się na 10 punktów to tak róbmy. Może przy następnym będzie lepiej?


9. Znowu nic.

A jednak. Cóż, to taki serial właśnie. Gdy drugi sezon będzie mieć premierę raczej nie rzucę wszystkiego, by go zobaczyć. Ale jest solidny, jak przysłowiowa dobra książka, którą z zadowoleniem odstawicie na własną półkę i czasem przyciągnie waszą uwagę ponownie, przywołując dobre wspomnienie. Ale zapewne nie weźmiecie jej do ręki, by ponownie przeczytać jakiś fragment... Niemniej, tytuł znajdzie swoich fanów którzy otaczą go swoją opieką w ciszy.


10. Zakończenie... Mam nadzieję, że ono niczego nie popsuje.

Niby są jeszcze motywy niewyjaśnione, ale ta historia mogła być zamknięta na tych 13 epizodach. Ostatnia scena obiecuje ciąg dalszy, który może być sensowny... Albo może być jak drugi sezon "Sopranos", czyli powtórka wszystkiego z sezonu pierwszego. A to będzie słabe. Wszystko jest możliwe. Już za rok kolejny sezon.


Ja będę czekać. A wy? Chcecie wtedy razem ze mną przeżyć rozczarowanie albo ulgę? Ja ze swojej strony polecam, to udana produkcja warta waszej uwagi!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz