wtorek, 10 listopada 2015

"Adrenalina" (7/10)

Prequel "Mad Maxa 4". Tylko więcej w nim Maxa.

LA, godzina 9 rano. Po mieście zaczyna biegać szaleniec, startując z policją na poziomie dwóch gwiazdek i przed wieczorem ma zamiar włączyć do akcji przynajmniej jeden helikopter. Nazywa się Chev, gra go Jason Statham - zawodowy zabójca, który postanowił rzucić pracę. W ramach emerytury mafia wstrzykuje mu jakieś chińskie gówno. Umrze w przeciągu godziny. Może zyska trochę czasu, jeśli będzie utrzymywał poziom adrenaliny w organizmie na wystarczająco wysokim poziomie. Cóż, da radę zrobić. Ma w końcu jeszcze coś do zrobienia w życiu.




Brzmi jak ekranizacja GTA? Trochę. Z ta różnicą, że "Crank" wyszło w 2006 roku, od tego czasu wyszły juz dwie duże części tej serii gier... I nadal nie można tam robić niektórych rzeczy z filmu. Ale tego nie będę spoilerować.

A w filmie, cóż... Strzelamy, wciągamy narkotyki, bijemy się w barze, ucinamy kończyny, słuchamy szybkiej muzyki, kradniemy pojazdy a przede wszystkim - ZAPIERDALAMY. Na piechotę, samochodami, motorami. Styl tego filmu jest unikatowy, kamera pracuje pod cudownymi kątami, filtry robią świetna robotę, wszystko toczy się w plenerze.  Jeśli widzimy Stathama zakradającego się do policyjnego motocyklu na skrzyżowaniu Los Angeles - to właśnie widzimy, to się dzieje dosłownie. Skala dodaje swoje do odbioru całości, która wygląda jak te amatorskie filmiki na których nagrywają się mistrzowie deskorolki, gdyby mieli budżet, większy talent i dostosowali się do pełnometrażowego debiutu kinowego.

Ten film jest ultra szybki, i napakowany akcją. Ale uwaga - nie jest zbyt szybki. Nie ma tu ściskanie treści na jak najmniejszej ilości taśmy. Zamiast tego każdą sekundę filmowano w dynamiczny sposób, a szczegóły fabularne to po drodze się ustali. Zemsta, poszukiwania, zlokalizowanie dziewczyny, a także szukanie sposobu by wydłużyć życie. Dzieje się! "I'm Alive! I'm Alive!"

Dobra passa trwa około 40-50 minut, potem film zwalnia bo do akcji wkracza dziewczyna bohatera, która jest tępa, wiec to nie pomaga. Mogła to być Michelle Rodriguez i wtedy mielibyśmy nie tylko większy rozdupcz w drugiej części, ale i gotowy plan na sequel. Pomarzyć jednak można. Ale film i tak bawi do końca. Jedynie mógł być lepszy.

I tak jedynymi prawdziwymi minusami tej produkcji jest brak "Holy Wars" Megadeath, oraz chujowa kontynuacja, która nie ma nawet sekundy pomysłowości oryginału. Ale z rozbiegu pewnie ją obejrzyjcie zaraz po seansie jedynki. Taka strata...

Na pocieszenie zostaje powtórka pierwszej części, i jej niesłychanie liryczne zakończenie.:-) To był udany seans!
Film widziałem na Netflixie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz