niedziela, 1 listopada 2015

"BoJack Horseman" (serial, którego możecie potrzebować)



Tytułowy bohater to koń. Był gwiazdą sitcomu z lat 90'tych, dziś jest alkoholikiem i dupkiem. Jest bogaty i relatywnie sławny, może robić wszystko - a więc leży na kanapie cały dzień, ogląda powtórki swojego serialu na dvd, zażywa większość narkotyków a jego życie to ciąg absurdów i ironii. I przy okazji - myśli o napisaniu autobiografii. Idzie mu to jak można by przypuszczać po takiej osobie, dochodzi więc do spotkania z Diane, ghost-writerem która napisze książkę za niego. Ten jednak musi się w tym celu otworzyć, opowiedzieć o swoim życiu i wyjaśnić, czemu tak w ogóle chce napisać autobiografię.


Wrażenia po pierwszym odcinku:

Serial z Aaronem Paulem i Alison Brie, w którym koń uprawia seks z kotem. Jest dobrze.


Po czterech odcinkach:

Aaron Paul w końcu zabrzmiał jak Jessie Pinkman. Jest dobrze.


Po ośmiu odcinkach:

Nie mogę powiedzieć, czy oglądam dramat albo komedię. Śmiałem się przed chwilą, a teraz patrzę na jeden z najszczerszych momentów w historii telewizji. Jest dobrze.


Po dwunastu odcinkach:

BoJack najwyraźniej jest jedną z najgłębszych postaci w kinie.






Po dwóch sezonach:

Ten serial jest wyjątkowy. Początkowo przywodzi na myśl kilka innych produkcji (sarkastyczny, czarny humor - "Archer"; motyw pisania książki przez dupka - "Californication"; liczne cameo celebrytów - "Ekipa"; okazjonalne dynamiczne gagi w stylu "Futuramy" itd.), a po kilku odcinkach nie da się go pomylić z żadnym innym.

I nie mam teraz na myśli takich oczywistości jak fakt, że w świecie tej produkcji połowa populacji to wygląda jak zwierzęta. I dochodzi między nimi i ludźmi do wszystkich normalnych interakcji, łącznie z seksem. Nie, to co się dla mnie liczy to przynależność do mojego ulubionego rodzaju komedii - takiej, w której nie możesz się zdecydować co oglądasz: dramat czy komedię? Tak, często jestem zaskakiwany do takiego stopnia, że dostaję ataku śmiechu, i kocham ten serial za to. Ale w tym samym czasie twórcy zachowują bezwarunkową powagę wobec spraw, które się liczą. I naprawdę umieją o nich rozmawiać i wytłumaczyć widzowi, jak to jest, że sławny milioner nadal nie czuje się szczęśliwy. Dojdzie nawet do śmierci w tym serialu (przezabawnej). I najbardziej lśni w tym wszystkim postać BoJacka - istoty złożonej, skomplikowanej, której każdy detal ma jakieś źródło. Gdy w 12 odcinku dowiedziałem się, kim był Sacreteriat o którym parę razy wspomniano podczas pierwszego sezonu - byłem po prostu w szoku.

Tutaj humor jest rodzajem autoterapii, zasłony dymnej, abstrakcyjną metoda by opowiedzieć o czym poważnym. I twórcy chcą doprowadzić to do końca. Wszystko najlepiej wygląda na przykładzie BoJacka, ale tu każda postać jest w podobnej sytuacji. Todd śpi na kanapie od 5 lat, Caroline umawia się z Vincentem chociaż wszyscy widzą, że to tak naprawdę troje małych chłopców w długim płaszczu. A twórcy po zabrnięciu tak daleko, nadal potrafią mnie rozśmieszyć. Wiem co oglądam, i robię to świadomie, a oni wiedzą to chyba jeszcze lepiej ode mnie.


Może na to nie wygląda, ale gdy widziałem tę scenę po raz pierwszy, miałem strasznego doła.

Dodam jeszcze, że to produkcja całościowa -  dla przykładu, akcja zaczyna się w Hollywood, ale w połowie pierwszej serii BoJack po pijaku kradnie to duże "D" (a rano za diabły nie może sobie przypomnieć, do czego mu ono miało być potrzebne) więc zmieniono nazwę i aż do tej pory mieszkają w Hollywoo. Ale żarty to jedno, dla mnie liczy się głównie fakt, że dzięki tej ciągłości widzę powagę w tej produkcji. BoJack cały czas jest na tej ścieżce prowadzącej do jego rehabilitacji w jego własnych oczach. By mógł na siebie w ogóle patrzeć w lustrze. By był zadowolony z bycia sobą. Schodzi z tej ścieżki, spierdala sobie życie, ale gdy już na nią wróci to mądrzejszy o rzecz lub dwie. Finałowe słowa drugiej serii to najbardziej motywująca rzecz jaką w życiu usłyszałem, i do teraz powtarzam ją sobie codziennie.

Zapewne wypada tez dodać, że same odcinki najczęściej są średnie, ale w każdym dostaję wszystko to, za co pokochałam cały serial. Nawet jeśli coś mnie nie śmieszy lub nie zachwyca na pierwszy rzut oka to zawsze można tam dostrzec jakąś głębię. Po zobaczeniu finału drugiego sezonu jestem zachwycony skrupulatnością z jaką twórcy budują swoją opowieść o pracy nad sobą, poszukiwaniu celu życia. Ośmielę się nawet napisać, że "BoJack Horseman" to produkcja której świat w tym momencie bardzo potrzebuje.
Serial widziałem na Netflixie. Czekam teraz na trzeci sezon.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz