środa, 25 listopada 2015

"Manhattan" (8+/10)

Ten film początkowo widziałem w Iluzjonie i zaraz po seansie nie mogłem sobie wiele przypomnieć. Ot, "Jestem z Filadelfii, my tam wierzymy w Boga" i tyle. Wtedy nie byłem nawet pełnoletni, i w tym fakcie upatruje takiego stanu rzeczy, bo dziś mam kilka lat więcej i widzę, że to film dla starszych ludzi. Nie koniecznie starych, ale takich, którzy już poznali życie. Zresztą sam film implikuje, że to może nastąpić zarówno w wieku 42 lat, jak i 17.

"Manhattan" (USA, 1979) to produkcja o miłości do miasta, w którym fabuła zdaje się ledwo obecna, ale koniec końców wszystko tu było na swoim miejscu. Jedynie opowiedziane zostało w luźny sposób. Całość tyczy się Isaaca, granego przez Allena, który z jednej strony rezygnuje z pracy jako scenarzysta, by zacząć pisać książkę. Z drugiej, niedawno rozstał się z żoną która teraz zaczęła pisać autobiografię o ich związku. Z trzeciej strony, Isaac przeżywa kryzys miłosny. Chodzi z dziewczyną, której ojciec jest od niego młodszy, ale też na boku zakochuje się w innej kobiecie.






Nawet opowiadając o tym filmie trudno go ująć jako film inny niż autorski. I to jest jego ogromną zaletą, ponieważ film zdaje się dosłownym zapisem z życia, z którego wybrano jedynie kilka chwil które były istotne dla siebie nawzajem, a usunięto wszystko inne. Dzięki temu zdołano opowiedzieć konkretną historię i podjąć wszystkie tematy na których zależało autorowi.

Widać to już po pierwszej scenie, w której Isaac z offu próbuje wymyślić jak zacząć swoją książkę. Jak powinno brzmieć pierwsze zdanie w jego arcydziele? Na ekranie w tym czasie lecą ujęcia życia w Nowym Jorku - jego inspiracje i myśli towarzyszące mu podczas tworzenia ich. Robi wiele podejść, krytykuje swoją robotę, mówi sam do siebie, ale w końcu zaczyna tworzyć coś, co mu się podoba. Pada wtedy wiele zbędnych w teorii zdań, których widz nie musiał usłyszeć - ale jest inaczej. Bo istotna była wymowa całej sceny. Tak jest z resztą opowieści, i dzięki temu pozostaje ona świeża i naturalna, bez cienia fałszu.






W tym stylu Allen opowiada o popełnieniu błędów, dawaniu drugiej szansy, braku szczerości z samym sobą, publicznej autoterapii, życiu na Manhattanie, kręceniu się wśród wyższych sfer... Ta opowieść ma z pewnością mnóstwo uroku. Patrzymy na miasto przez czarno-biały obiektyw człowieka, który spoglądając na te ulice słyszy jazz. Współczesność miesza się z klasyką, nostalgia z dojrzewaniem. Tu i teraz z tym, co by się chciało.

Jeden z najbardziej spełnionych obrazów Allena. Znajdźcie dla niego czas w przyszłości.

Film widziałem na Netflixie



Ps. Tak się złożyło, że w czasie seansu naszła mnie ochota, by przypomnieć sobie serial "Legit", odcinek 2x04... I okazało się, że był to epizod bardzo podobny do filmu Allena w wielu momentach. Jak choćby ostatnia rozmowa Isaaca i Tracy oraz Jima i Katie. Co jeszcze bardziej zaskakujące, to "Legit" było wtedy lepsze. Oczywiście, jako całość film i serial różnią się kompletnie, ale w tych kilku wspólnych momentach to dzieło Jima mnie bardziej usatysfakcjonowało. I może to nie najlepszy sposób na to, ale jeszcze raz apeluję: sprawdźcie ten serial. Nawet ten pojedynczy odcinek, i napiszcie czy również mieliście takie skojarzenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz