niedziela, 22 listopada 2015

"Ostatnia noc w Twisted River" - książka tak dobra, że napisałem jej adaptację!

Tytuł jest i tak zbyt długi, dlatego tutaj dopowiem, że napisałem jedynie początek scenariusza. Pierwsze 20 stron, obejmujące większość tego co wydarzyło się na pierwszych 130 stron książki, czyli pierwszej z sześciu części. Zrobiłem to dla treningu - wcześniej nie pisałem adaptacji, a tutaj w trakcie czytania było dla mnie jasne, co i jak powinno pojawić się na ekranie. I miało to miejsce już trzy lata temu, gdy pierwszy raz podchodziłem do czytania jej w 2012 roku -  wiedziałem, że to powinno się zacząć od sceny jechania nad staw, chociaż książka na tym kończy prolog Zrobiłem to też dla osobistej satysfakcji, by pokazać swoją wizję, mieć fizyczny dowód na jej kształt... Nawet jeśli inna adaptacja nie powstanie. Tylko mam nadzieję, że to co napisałem da się zrozumieć bez konieczności uprzedniego czytania książki. Jak chcecie to poniżej możecie skorzystać z linka i przeczytać.

http://www.mediafire.com/view/3a3bqpcg64ucbnc/Ostatnia_noc_w_Twisted_River.pdf

A teraz do rzeczy, czyli właściwej recenzji książki Johna Irwinga z 2010 roku, opowiadającej o pewnej rodzinie żyjącej na dalekiej północy USA w latach 40'tych i 50'tych - lasy, mróz, obozy drwali, spływy drewna rzekami. W tych warunkach dochodzi przez pomyłkę do tragedii, która zmusza ową rodzinę - kucharza i jego 12-letniego syna - do ucieczki, która będzie trwać całe ich życie. Zaczną nowe, będą dorastać, a w końcu też i starzeć.


Podobno Ketchum znał największego debila w tych stronach, który zbudował stajnię w górze rzeki nad noclegownią i stołówką. Kiedy wszyscy drwale się pochorowali, postanowili powiesić pomysłowego faceta na uprzężach nad gnojowiskiem, "póki debil nie zmądrzeje"


Opowieść o niezwykłym życiu zwykłych ludzi. To jest wyjątkowe w tej książce, gdy po pewnym czasie dostrzegłem, że bohaterowie wcale nie są bohaterami godnych pieśni na ich cześć. Zamiast tego uosabiali najbardziej podstawowe wartości. Żyją powoli swoim życiem, mieli swoje wzloty i upadki, ulegali zranieniu, zakochaniu, pragnęli prostych rzeczy. Ta powieść uosabia istotę życia, którego tak wielu ludzi pragnie.

Wspaniały jest też język powieści, wysoce profesjonalny. To chce się czytać, poznawać - i co zaskakujące, to tak w zasadzie spisane zostało strumieniem świadomości. Trzecioosobowy narrator opowiada o bohaterach i ich życiu oraz o tym, co akurat mu przyszło na myśl. Są tu całe strony, gdzie każde kolejne zdanie rozgrywa się w innym czasie, innym miejscu, i dotyczy innej postaci. A przy tym nie ma tu miejsca na przypadek, wszystko się uzupełnia i współpracuje. Język jest bogaty, ale przystępny. Zawsze wiadomo, co zrobić z każdym szczegółem podsuniętym przez autora, a jeśli nie to chowamy go pod kapeluszem bo wiemy, że się przyda. W ten lub inny sposób.

12-letni syn imieniem Danny wyrasta na pisarza. Z początku przekręca własne doświadczenia na fikcję, stosuje metafory za którymi opowiada o sobie, swojej historii i najbliższych. I to już było niesamowite, ale potem zaczął pisać sam książki. I ich tematy były tak bogate! Aż chciało się je przeczytać, wziąć do ręki egzemplarz lektury napisanej przez Daniela, i w trakcie czytania miałem problemy ze zrozumieniem czemu Irwing zamiast napisać te książki wolał je wstawić jako element własnego uniwersum tej jednej powieści. To mnie również zachwyca: opowieść o artyście - tu pisarzu - i tym, jak wygląda życie wewnętrzne takiej osoby, jak powstaje sztuka, oddanie mu hołdu. Ale także coś więcej.

Bo Irwing urodził się w tym samym roku co główny bohater - 1942. I chociaż często żartuje z tematu doszukiwać się prawdy w fikcji, to na koniec sugeruje, że jedna z postaci powieści żyła naprawdę. A cała reszta "Ostatniej nocy w Twisted River" to była tylko otoczka, środek do opowiedzenia o tym jednym człowieku. By żył on w czytelnikach, tak jak żył on w Irwingu do tej pory. Sami przeczytajcie i napiszcie mi, czy mieliście podobne myśli.

To jeden z wielu motywów które uwielbiam w tej powieści. Uwielbiam lokacje New Hampshire, świat który odszedł, relacje między pokoleniami, dorastanie, wychowywanie własnych dzieci, nieprzewidywalny los, teraźniejszość komentowana na bieżąco przez przyszłość... I tych ludzi, których traktowałem jak bliskich. I ich tragedie w życiu przeżywałem pewnie mocniej niż powinienem. Dobrze wam radzę, nie czytajcie tej książki publicznie, np. w pracy. Nikt nie powinien widzieć waszego oblicza po przeczytaniu niektórych scen.

Szczególnie z uwagi na ciekawy zabieg: zamiast prosto z mostu to zaczynamy się tego dopiero domyślać, bo narrator zaczyna w pewnym momencie pisać o kimś w czasie przeszłym. A potem znowu jakby żył. Po pewnym okresie mamy pewność, że jej już nie ma, ale nie znamy szczegółów. Jak i kiedy odeszła? 

A wtedy słońce zachodzi gdy jedziecie autobusem i nie możecie już czytać. Niech to gęś kopnie.


5+/6. 
Poziom "Małych ludzi w żółtych płaszczach", czyli jakieś Top 10 moich ulubionych książek.


"Zanim ukończył college, zaproponowała, że wyjdzie za niego i urodzi mu dziecko.
- Chyba nie chcesz jechać do Wietnamu, co? - zapytała.
Właściwie to (wówczas) zdawało mu się, że owszem, chce - nie żeby nie sprzeciwiał się wojnie ze względów politycznych, choć daleko mu było do radykalnych poglądów Katie. Ketchum nazywał ją "pieprzoną anarchistką". Daniel Baciagalupo uważał, że powinien jechać do Wietnamu jako pisarz; wierzył, że jego zadaniem jest zobaczyć wojnę na własne oczy i samemu określić, jaka jest naprawdę. Ojciec i Ketchum uznali, że ma nie po kolei w głowie.
- Nie po to puściłem cię do cholernego Exeter, żebyś mi teraz jechał na głupią wojnę! - krzyczał Dominic.
Ketchum zagroził, że przyjedzie i obetnie mu kilka palców prawej ręki.
- Albo całą pieprzoną łapę! - wrzasnął, odmrażając sobie jaja w budce na jakimś wygwizdowie.
Obaj mężczyźni obiecali matce Dana, że nigdy nie puszczą go na wojnę. Ketchum odgrażał się, że utnie Danny'emu rękę, lub chociaż palce, swoim browningiem; nóż był długi na trzydzieści centymetrów i ostry jak brzytwa.
- Albo załaduję dwururkę i rozwalę ci kolano!
Daniel Baciagalupo wybrał propozycję Katie Callahan.
- No dalej, zapłodnij mnie - powiedziała. Pobierzemy się i urodzę ci dziecko. Ale nie zostanę długo, nie myśl sobie. Nie mam zamiaru być niczyją żoną i nie nadaję się na matkę, ale wiem, jak urodzić dziecko. Dla dobra sprawy, żeby ocalić chociaż jedno mięso armatnie z tej pieprzonej wojny. W dodatku chcesz być pisarzem! Do tego musisz być żywy, nie? Ty głąbie!
Grała w otwarte karty; Danny od początku wiedział, co się święci. Poznali się, rozbierając się do do naga przed lekcją rysunku.
- Jak masz na imię? - zapytała. - I kim chcesz zostać, kiedy dorośniesz?
- Będę pisarzem - oznajmił Danny, zanim jeszcze powiedział jej, jak ma na imię.
- Jeśli myślisz, że możesz żyć bez pisania, lepiej nie pisz - powiedziała.
- Co mówiłaś?
- To nie ja, tylko Rilke, głąbie. Jeśli chcesz być zasranym pisarzem, powinieneś go przeczytać.
Teraz odeszła, gdyż poznała (używając jej własnego określenia) "następnego kretyna, który myśli, że powinien jechać do Wietnamu, żeby go, kurwa, zobaczyć!". Katie postanowiła urodzić mu dziecko. Któregoś dnia znowu odejdzie, i tak w kółko, "dopóki ta pieprzona wojna się nie skończy".
Wreszcie jej czas się skończy; z matematycznego punktu widzenia istniała tylko garstka chłopców, których mogła w ten sposób uchronić przed wojną. Młodych ojców pokroju Danny'ego Baciagalupo nazywano "ojcami Kennedy'ego"; w marcu 1963 roku prezydent ogłosił ustawę zwalniającą ich ze służby wojskowej. Obowiązywała tylko przez krótki czas, ale skorzystał z niej Daniel Baciagalupo, pisarz."

(strona 166-67)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz