czwartek, 10 grudnia 2015

"Grindhouse: Death Proof" (8+/10)

Teraz jestem jeszcze bardziej za równouprawnieniem. To tak niesprawiedliwe, że kobiety mogą być jednocześnie kobiece i męskie, a mężczyźni mogą być tylko męscy!

...Puenta tego dowcipu jest taka, że "Death Proof" to najbardziej męskie kino dekady, a występuje w nim półtora mężczyzny. Jeden Kurt Russell i wszyscy pozostali z trzeciego planu.



"Death Proof" nie jest produkcją, która się opowiada: fabuła taka, bohaterowie tacy, historia rozwija się w następujący sposób i prowadzi do... Nie. W tym filmie dialogi zamiast prowadzić do czegoś, sycą się własną samowystarczalnością. Zdaje się, jakby istniały same dla siebie i były istotą danej chwili. Oczywiście, w większej perspektywie wyraźnie widać, że każdy bezsensowny dialog o niczym do czegoś jednak prowadził, ale to zostaje dopiero do odkrycia przy kolejnym seansie. Ten pierwszy to droga w nieznane, bo tak jak z dialogami sprawa wygląda z pozostałymi elementami produkcji.

Film posiada ciągłą historię, ale składa się z dwóch oddzielnych części. Bohaterowie są fascynujący i z przyjemnością ogląda się ich na ekranie, ale też niewiele się o nich dowiadujemy. Opowieść ogląda się z zapartym tchem, mimo, że tak samo jak w "Pulp Fiction" nie posiada ona początku i zakończenia. Film urywa się w idealnym momencie pełnym satysfakcji. Tarantino daje tym razem widzowi smakowite sceny w klimacie slashera, fenomenalny pościg z udziałem samochodu Kowalskiego ze "Znikającego punktu", a po wszystkim polał jednymi z najlepszych dialogów w swojej karierze.

Można narzekać, że trzeba trochę poczekać na te najlepsze momenty, ale to bardziej pochwała w kierunku scen które najbardziej się zapamiętuje! Nie można się doczekać, ale będzie już impreza w knajpie Warena, kraksa samochodowa, lizanie stóp, rozmowa przy posiłku i wszystko, co ma miejsce pod sam koniec. Finałowe 18 minut ogląda się na wstrzymanym oddechu!

To tez tytuł, który należy do najlepiej wyreżyserowanych w dorobku Tarantino, a wiele momentów było pierwszymi tego typu w jego karierze. Choćby scena pościgu - bezbłędna, godna "Mad Maxa 4". Albo taniec erotyczny, od którego bije seksualność juz na poziomie pracy kamery i montażu. A i bez tego jest to szczerze erotyczna chwila - jedna z niewielu w dorobku X muzy.
Film oglądałem na Netflixie UK

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz