poniedziałek, 7 grudnia 2015

"Incydent" (7/10) To powinien być męski klasyk!

Jeśli zasiadacie do tego filmu tak jak ja - nie wiedząc, co dostaniecie - pierwsza godzina was zmyli na niekorzyść. Oto małżeństwo, Jeff i Amy, podróżuje samochodem przez pustynne drogi. W pewnym momencie dochodzi do nieporozumienia, nasz bohater narobił sobie kłopotów. Nieznajomy kierowca zdaje się zacząć polowanie niczym antagonista z "Pojedynku na szosie" Spielberga - właściwie to cały "Incydent" wygląda jak taki kiepski remake tamtego filmu. Kiepski, bo mało tu akcji, a dużo bezczynności. Fabuła nie wspiera bohatera, by ten był w ciągłym ruchu. Zamiast tego wspiera go, by ten np. czekał.

Potem to się zmienia. Napięcie i akcja której nie ośmielę się nawet opisać - a od drugiej godziny zaczyna się zaskakująco udane kino, z finałem palce lizać.




Spora w tym zasługa realizacji, która naprawdę lśni. Mogę się mylić, ale przy kręceniu tego filmu chyba nie użyto ani razu efektów komputerowych. Wszystko kręcono w plenerze i delektowano się przestrzenią jaką mieli do dyspozycji, a dla mnie jako widza to była sama przyjemność podziwiać pracę tych dzielnych aktorów i ich dublerów. Zapewne korzystano z tych drugich? Były na pewno ku temu okazje, przy licznych zwisach na krawędzi z olbrzymiej wysokości, albo scenach typu gonitwa za ciężarówką by następnie złapać ją i przemieszczać się pod nią, tuż obok opon, gdy ta jedzie na pełnej prędkości. Jednym słowem: wszystko, czego takie kino potrzebuje. I oczywiście, najważniejsze: pot na czole, zmęczenie i strach w oczach bohaterów. Realizm, wysiłek, ciężka praca. Tak się kręci dobre kino. Kurt Russel zaprezentował tu wspaniałe fizyczne aktorstwo.

Ale miałem swoje problemy z tym filmem. W liczbie jeden. Postać kobieca. Wiecie, co ona w tym filmie robi? Krzyczy. Nie oczekuję, że mogłaby pomagać w strzelaniu albo przeładowywaniu -  do "Mad Maxa 4" zostało jeszcze 18 lat - ale mogłaby się chociaż schylić. Nie przeszkadzać. Nie czekać na ratunek tylko sama sobie pomóc. Przydać się na coś. Cokolwiek. Bardzo ślicznie bym o to prosił.

Pomimo tego oraz nieco przymulonego początku, "Incydent" ogląda się tylko lepiej i lepiej, aż do wielkiego finału gdzie co chwila szeptałem sam do siebie "Sweet...". Zakończenie to męski orgazm i tyle.
Film widziałem w tv dzięki rekomendacji Mariusza z blogu Panorama Kina

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz