sobota, 26 grudnia 2015

"Zjawa" (7/10)

Przygodowy, 2015


Rok 1822. Mroźny las, pustka aż po horyzont zakryta śniegiem, przeżycie tutaj samo w sobie jest osiągnięciem i celem. Karabiny na proch, ubrania własnoręcznie zerwane z upolowanego niedźwiedzia, zagrożenie zarówno ze strony natury jak i innych ludzi. W tych warunkach Glass zostaje zdradzony przez towarzyszy - ciężko rannego zostawiają go na powolną śmierć. Nie ma innego wyjścia jak wyczołgać swoją drogę w górę z grobu.




Dobra, najpierw o tym co się udało - DiCaprio, Lubezki i Inarritu, ale tu ogólnie mam na myśli ludzi odpowiedzialnych za kostiumy, charakteryzację, scenografię, którymi zarządzał. "Zjawa" wygląda i "czuje" wybornie. Opowieść o zemście Glassa jest tak brutalna i bezkompromisowa jak tylko się dało - wszelki ból wygląda tu okropnie. Świat jest tak wrogi, że nie chce się mieć z nim nic wspólnego, ale też podziwia się go z fascynacją. Mamy doczynienia z męską historią na każdym polu, tu wszyscy jedynie mocniej zaciskają zęby wobec kolejnej konieczności losu. Gdyby zabili Glassa rannego, nikt by nie miał do nich uwag. Ale zostawiono go na śmierć, związanego, a wcześniej zadźgano jego syna. Będący na skraju śmierci ze stu różnych powodów zaczyna drogę w jedynym kierunku jaki mu pozostał. I ta wędrówka jest bez wątpienia esencją tego filmu - widzieć człowieka który nie poddaje się w takiej sytuacji jest tym, co chcę w kinie oglądać!

Całość kręcono w plenerze, przy naturalnym oświetleniu, ze śniegiem po kolana, i zapewne zabijano też prawdziwe konie by efektu nie zepsuć. Wiem na pewno, że DiCaprio wdał się w walkę z prawdziwym misiem (najlepsza scena filmu i jedna z najlepszych w tym roku!). W tych warunkach Lubezki mógł ponownie rozwinąć skrzydła i miał też kilka nowych pomysłów. Tym razem szczególnie upodobał sobie strzelby bohaterów i wędrówkę wzdłuż nich, oraz rozpinanie szerokości ekranu między jednym końcem broni a drugim. Fani jego pracy dostaną swoje ulubione numery - spoglądanie w górę by ukryć cięcie, niesamowity montaż wewnątrzkadrowy, zbliżenia i panoramy na jednym ujęciu, i przede wszystkim to wyjątkowe uczucie, że oto udało się objąć całość wydarzeń. A jest tutaj kilka szalonych sekwencji, gdzie coś się dzieje z każdej strony - i Lubezki potrafi to wyeksponować. Ponownie zrealizował kilka scen, które są zagadką pt. "Jak to zrobiono?"

I tak najlepsze jest jedno z pierwszych ujęć, gdy kamera porusza się wzdłuż strumienia podczas gdy bohaterowie polują... Od czasu Tarkowskiego woda nie wyglądała tak fascynująco!

Z drugiej strony... Jakby to ująć? Jak wam się podoba idea kina zemsty w którym fabuła jest prostsza niż ta w "Mad Maxie 4"?* Wyobraźcie sobie najbardziej podstawową opowieść tego typu, ograniczoną do tego co  niezbędne - ale bez mięsa w środka, po prostu zaliczono te punkty jeden po drugim - i będziecie mieli "Zjawę". Historii jakby nie było, bohaterowie to do końca rozpoznawalni aktorzy zamiast postaci na własnych zasadach: DiCaprio, Tom Hardy, Bill Weasley i ten dzieciak z dziwnymi brwiami z "Więźnia labiryntu". Dialogi są śladowe, i to akurat pochwalam, ale jako całość nie ma tu wystarczająco zawartości by udźwignąć tak długą produkcję. Ostatni akt chciałem już tylko przeczekać, byle tylko się skończył. Były momenty, był świetnie zrealizowany, a końcowe ujęcie na DiCaprio to wielki moment! - ale tak się sprawy mają.

Niemniej, film jest warty ceny biletu. Ja swój na pewno zakupię. Polska premiera 26 stycznia. Trzymam kciuki, by nie przełożyli.

PS. W scenie z misiem... jak oni to zrobili, żeby zaatakował DiCaprio a nie ekipę filmową? Męczy mnie to.

*nie, serio! Chcę teraz zobaczyć jak ci wszyscy hejterzy nowego Maxa będą się teraz znęcać nad "Zjawą". Wyzywam was.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz