wtorek, 5 stycznia 2016

"Nienawistna ósemka" (7/10)

Revisionist Western, 2015


Krótko po wojnie secesyjnej dochodzi do spotkania ośmiu obcych sobie ludzi. Przyszły szeryf okolicznego miasta, profesjonalny kat, generał walczący po stronie południa, czarnuch walczący po stronie północy, i inni. W perspektywie mają przed sobą kilka wspólnych dni - do czasu aż śnieżyca na zewnątrz się uspokoi. W międzyczasie zostaje im gościna gospodarstwa - mają tu kominek, jedzenie, kawę. Da radę wytrzymać. Gdyby nie jeden drobny problem...




W czasie oglądania przypomniały mi się czasy, gdy jako maluch czytałem klasyczne kryminały Agathy Christie. I zawsze byłem wielce niepocieszony, ilekroć do morderstwa dochodziło po 100 stronach, albo więcej. Fajnie, poznawanie bohaterów, lokacji, tak, tak, ale przejdźcie już do tego co najlepsze! Dopiero po jakimś czasie zacząłem doceniać budowanie tego klasycznego świata, i znajdowałem przyjemność w czytaniu jak Poirot jest Poirotem, i je śniadanie oraz czyta poranną korespondencję, rozrywając koperty specjalnym nożem. Trochę tak jest też z "Hateful Eight". Tu trzeba doceniać poszczególne elementy w drodze do głównego dania. Uwerturę, enigmatyczny opening, kolejne małe scenki i wymiany zdań. Wszystko to ma jakiś cel, ale jeśli idea intermisji wykracza poza twoje granice to ten film nie jest dla ciebie.

Cała reszta znajdzie tu sporo atrakcji, smaczków, pamiętnych scen. I nic z tego nie mogę zdradzić. Uwielbiam samo uczucie tego, że przez większość czasu nie mam pojęcia dokąd ta opowieść zmierza! Ilość trupów do tej chwili mnie szokuje, obie sceny z "Beastiality"* w tle to były potężne chwile! Wracam do tego filmu myślami, i gotów jestem na drugi seans. Otwieranie drzwi kopniakiem, strzelaniny, napięcie. Uwielbiam dojrzały styl reżyserski Tarantino, po którym w każdej chwili widać, że tworzy dla dorosłego odbiorcy. Uwielbiam soundtrack Morricone (trzy razy już przesłuchałem w całości, a "L'Ultima Diligenza di Red Rock" to prawdziwa perła w historii muzyki), zdjęcia Richardsona z kolei pięknie wydobywają niedostrzegalną głębię i styl zarówno ze scenografii jak i choreografii oraz plenerów. Właśnie, cholera... ten mróz! Śnieg sypie nieustająco, postaci ledwo żyją, opatuleni w futra i leżąc przed kominkiem, upojeni gorącą kawą - to się zwyczajnie udziela widzowi. Takiego zimna od samego oglądania czegoś dawno nie uświadczyłem.

A teraz, minusy. Jeden: ten film mógł być zrobiony lepiej. I to czuć od początku do końca w każdym aspekcie. Może miało to coś wspólnego z wycieknięciem scenariusza, mogło to spowodować zmiany w ostatniej chwili, ale efekt końcowy z jednej strony ma ten cudowny styl dorosłej reżyserii Tarantino, a z drugiej coś tu ewidentnie nie gra. Brakuje wirtuozerii i kreatywności, której można by się spodziewać po takim artyście.

Dwa szybkie, bezspoilerowe przykłady: realizacja scen zbiorowych oraz bohaterowie poznający się nawzajem. Jak to zrobiono? Kurt Russel chodzi od jednego do drugiego i zadaje pytania. "Kim jesteś, co tu robisz, nie ufam ci, zamknij ryj" - lenistwo niegodne kogokolwiek poważnego w tym biznesie. Jednak najgorsze... że zrobiono to dwa razy. Raz, gdy kilku bohaterów poznajemy jeszcze w dyliżansie jadącym do gospodarstwa, i drugi, gdy tam dojadą i poznają resztę. Ten scenariusz musieli zmieniać w trakcie kręcenia, dam sobie włosy przyciąć.

A gdy bohaterowie już się poznali, zamknęli w tym lokalu, to można byłoby się spodziewać samych scen zbiorowych, gdzie każdy uczestniczy w każdym wydarzeniu i dokłada od siebie coś charakterystycznego? Guzik. "Hateful Eight", a ja wątpię, by w jednym momencie było przed kamerą więcej niż czterech ludzi. Tim Roth przedstawia się a potem gdzieś znika na jakąś godzinę, kręcąc się cały czas za kamerą (takie mam wrażenie). Są oczywiście jakieś plany ogólne, ale to krótkie postoje w ogólnym rozwoju. Akcja toczy się między dwiema krtórymiś postaciami, a reszta w tym czasie zamiera bo nie ma nic do roboty.

Jakie to ma znaczenie? Otóż takie, że na koniec zostaje żal: to mogło być o wiele lepsze! Tyle dobrego tu zrobiono, a z perspektywy czasu mnóstwo detali ułożyło się w wartą nakręcenia opowieść. Muzyka, reżyseria, zdjęcia - miodny poziom. Scenariusz, dialogi, historię - to też chce się chwalić, jednakowoż... Dokładnie. Ogląda się z przyjemnością i z pewnością wrócę do tego tytułu jeszcze raz.
Film w polskich kinach od 15 stycznia.



PS. Dziewiąty film Tarantino będzie mieć tytuł "9 klonów Hitlera mówi Nein inwazji z kosmosu". No co, ja bym poszedł na ten film.

*jeśli nie wiecie: "Beastiality" zostało skomponowane przez Morricone do "The Thing" (1982), gdzie nie zostało użyte. Tarantino wziął ten utwór i użył go w dwóch wyjątkowych scenach w swoim filmie. Jak zajebiste to jest?! O innym podkładzie nie mogło tu być mowy. Jest nawet zsynchronizowany z obrazem. Ideał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz