czwartek, 21 stycznia 2016

"Spotlight" (7/10)

Legal drama, 2015


Żarty o księżach molestujących dzieci weszły do naszej świadomości na stałe, tak jak pedofilskie żarty z udziałem Michaela Jacksona. Te pierwsze są o tyle istotniejsze, że wciąż znajdują nieśmieszne potwierdzenie w rzeczywistości. Choćby z naszego podwórka: siostra Bernadetta. Nic więc dziwnego, że żartujemy z ochotą o klękaniu przed Ojcem przy przyjmowaniu świętego pokarmu. A zastanawialiście się, gdzie był tego początek?

Chociaż pojedyncze oskarżenia miały miejsce już w drugiej połowie XX wieku, dopiero na początku XXI wieku bostońska redakcja zaczęła śledztwo mające na celu ujęcie tego wszystkiego jako całość. I zaatakować system, a nie samych księży, bo ci po popełnieniu przestępstwa zostawali przenoszeni do innej parafii, gdzie robili to samo. Bohaterowie rozmawiają z ludźmi, gromadzą dowody i odkrywają skalę zjawiska, za które się zabrali. I nie ma już innej drogi.




Pierwsze co rzuca się w oczy to jak dobrze skrojony to film. A to nie było łatwe. Mamy do czynienia z opowieścią, w której wiele scen jest powtórką poprzedniej. Dziennikarz rozmawia z poszkodowanym, by następnie zdać z tego raport swojemu przełożonego - oczywisty przykład. Ponad to, nie ma tu wiele miejsca na co innego poza śledztwem - budowanie postaci i relacji między nimi to luksus gdy mówimy o dochodzeniu dziennikarskim które trwało miesiącami i polegało na żmudnym przeglądaniu setek dokumentów.

A mimo to, nie mamy tu nijakich twarzy. Chociaż niewiele możemy o nich powiedzieć, i nie pamiętamy po seansie ich nazwisk, to miałem w trakcie oglądania pewność, że to są prawdziwi ludzie. Aktorzy wiedzieli co mają grać, i robią to bezbłędnie, chociaż mogli to widzowi przekazać jedynie swoją grą. Nawet gdy historia doszła do momentu, gdy każdy musiał spojrzeć na samego siebie i odpowiedzieć: "Czemu nic z tym nie zrobiłem?" (jak wspomniałem, pierwsze pogłoski o tym można było usłyszeć już kilka dekad wcześniej). Zamiast posypywać głowę popiołem, i roztrząsać kto jest bardziej winny, trzymali sprawę prosto i szli dalej. W bardziej rozbudowany sposób ujęto tu kwestię Kościoła, wiary, religijności - czyli ogólnie tego, jaki impakt będzie mieć ich artykuł... jeśli wyjdzie. Chociaż mówią o tym więcej, to podobnie jak w kwestii budowania postaci, liczą się szczegóły. To bardzo subtelna opowieść - użyto krótkich i konkretnych zdań, które mogły być użyte przez prawdziwych ludzi zmartwionych utratą wiary w ich życiu. I tym, że ich artykuł tylko to pogłębi, również u innych ludzi.

Nie ma za to atmosfery zaszczucia. I cholernie mnie to cieszy. Brak wybijania okien w domach dziennikarzy, zabijania im psów albo innych głupot z "Polowania" lub "Nietykalnych". Oczywiście, strach jest, ale opiera się on na niepewności. Jeśli już ktoś z Kościoła rozmawia z bohaterami, robi to jak przyjaciel. Uspokaja, umniejsza roli przestępstwa, podkreśla mocno jak wielki ten pojedynczy przypadek mógłby mieć wpływ na cały wizerunek Kościoła, gdyby doszło do ujawnienia o tym. Byle tylko odbiorca chciał pójść na ugodę, zwątpił, zawahał się. Poczuł się winny.

Rezultat przychodzi z finałem, gdy reżyser pokazuje o czym była tak naprawdę ta historia. Nie o dziennikarzach i o tym, jak dobra robotę robią, lub może stracą pracę po publikacji. Nie miała też na celu zniszczenia Kościoła. Gdy przedostatnia linijka dialogu zostaje wypowiedziane, to uderza z ogromną siłą. Sam jestem tym zaskoczony, że coś tak prostego wywarła na mnie takie wrażenie. Gdy tylko rozumiesz zakres, i nabierasz potem tego głębokiego oddechu... Marzenie. Wtedy rozumiesz, czemu pozostałe aspekty tej historii uproszczono. Bo nie były aż tak istotne. Wspaniały finał!


Top 5 Thomasa McCarthy'ego

1. Win Win
2. Dróżnik
3. Spotlight
4. Spotkanie (bo nic z niego już nie pamiętam, oprócz bębenków)
5. Coobler (Nie oglądałem. Ale zgaduję, że zajmie u mnie ostatnie miejsce)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz