wtorek, 2 lutego 2016

"Bone Tomahawk" (7/10)

Revisionist Western, 2015


Czworo kowbojów wyrusza w dzikie tereny, by uratować jeńców, porwanych przez pozbawione nazwy plemię pierwotnych Indian. Szeryf (Kurt Russell), jego starzejący się zastępca (Richard Jenkins), okoliczny rewolwerowiec (Matthew Fox!) i mąż jednej z porwanych ofiar (Patrick Wilson).


To nie jest najbrudniejszy western jaki w życiu zobaczycie. I była to dosyć świadoma decyzja, ponieważ na twórcach były pewne ograniczenia. Nie mieli kamery najlepszej pod słońcem, scenografia wyraźnie była zbudowana pod okres historyczny - miasteczko nie sprawiało wrażenia organicznego - osady, która stała się z czasem miejscem życia. Nie ma tu prawie statystów, wszyscy których zobaczycie to jakieś ważne postaci - a nie jest ich wielu, stąd wrażenie, że miasto jest opuszczone. I koniec końców, broń palną brzmi tu wyjątkowo tanio, to nie jest poziom "Sicario" gdzie szło ogłuchnąć w kinie.

... I dobrze się stało, bo aż nie chcę myśleć jak by ten film wyglądał gdyby reżyser miał większa swobodę. Przez większość seansu nie ma tu wiele bólu. Gdy Patrick Wilson cierpi przez złamaną nogę, to doświadczonemu kinomanowi trudno w to uwierzyć, drastyczne rzeczy dzieją się poza ekranem. W ten sposób budowano podskórne oczekiwanie na coś większego, z czym ta "grzeczniejsza" połowa będzie silnie kontrastować. Wtedy przychodzi co do czego i okazuje się, że "Bone Tomahawk" to brutalny tytuł. Wulgarny w tym. Zdradzę jedynie, że w grę wchodzi kanibalizm. Czerepy są zdzierane z żywej ofiary, głowy lecą odrąbane - ja pierdolę, co tu się działo... A śmierć jednej z postaci to jeden z najbrutalniejszych rzeczy jakie widziałem na ekranie. W ogóle sporo tu zgonów. Jak na ironię, przeżyli tylko ci, których od początku podejrzewałem o rychłą i przedramatyzowaną śmierć.

Nie zapomnę tego filmu. Miał on swoje problemy, jednak w całości to solidny i satysfakcjonujący tytuł. Męska podróż przez piaski dzikiego zachodu, by zrobić swoje. Patrick Wilson wyrusza mimo złamane nogi - bo wiedzą, że cokolwiek mu powiedzą to on i tak za nimi wyruszy kilka chwil później. On musiał to po prostu zrobić, bierze za siebie odpowiedzialność i nikt mu nie powie inaczej. Każdy z bohaterów był gotowy na taką sytuację, w której zmuszeni są zostawić go samego, bo nie będzie mógł iść dalej, albo też amputować mu kończynę... I liczyć na łut szczęścia. I z tą wiedzą wyruszyli by zrobić to, co do nich należało. Bardziej po męsku się nie da. I zatrzymali się na tej nucie aż do końca. Takie westerny bardzo lubię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz