wtorek, 16 lutego 2016

"Dogville" (7/10)

Psychological Drama, 2003



Początek XX wieku. Uciekając przed gangsterami, Grace ukrywa się w małym miasteczku, tytułowym Dogville. Miejsce odcięte w pewnym sensie od całej reszty świata, składające się z kilku budynków i jednej ulicy, tu wszyscy się znają. Z początku odrzucają oni Grace, jednak z czasem gdy ta udowadnia swoją wartość, dają jej schronienie Szybko jednak zaczynają nadużywać władzy, jaką mają nad bohaterką.

Myśląc o tym filmie zawsze na pierwszy plan wysuwa się scenografia i jeden z najgenialniejszych pomysłów historii kina, czyli jej śladowa ilość. Wszystko rozgrywa się niemal na deskach teatru, gdzie kredą zaznaczono przestrzeń, gdzie niby stoi czyjś dom. Albo miejsce gdzie leży ogródek, tudzież buda dla psa. Brak tutaj czegokolwiek - aktorzy uderzają w przestrzeń, a dźwiękowiec dodaje wtedy dźwięk płukania do drzwi. Dzięki temu widać niemal zawsze całość miasteczka, na pierwszym planie ktoś rozmawia wewnątrz swojego domu a w tle widzimy jak ktoś pieli ogród dwa domy dalej.


Oczywiście, można to nazwać lenistwem - ale to nie byłaby prawda, bo taki stan rzeczy wymógł na reżyserze panowanie nad o wiele większej liczbie aktorów w każdym ujęciu. Zwykły spacer główną ulicą był bardziej wymagający - w końcu zamiast jednej postaci na tle drewnianych chatę trzeba było na te kilka sekund zsynchronizować zachowanie wielu aktorów, których bohaterowie prowadzili swoje życie.
Można też brak scenografii określić dziwactwem, artyzmem, stylem bez głębi. Znając von Triera, nie można tego przekreślić. Ale ja wolę myśleć, że to był genialny sposób by POKAZAĆ klimat miasteczka. Miejsca, gdzie czujesz się obserwowany, na widoku wszystkich - ale też gdy dzieje się coś złego to każdy udaje, że nie widzi tego, co ma miejsce zaledwie parę metrów obok. Sam fakt, że ktoś miał umysł otwarty na tyle, by wymyślić coś tak spoza schematów, budzi mój najszczerszy podziw. Wielka sztuka filmowa!

Albo był to tylko pusty artyzm dla beki, kto z tymi filmami może to wiedzieć. W końcu wszystko jest kwestią gustu...

Przechodząc do historii i całej reszty... "Dogville" ma swoje momenty pozytywne oraz negatywne. Opowieść o źle i nienawiści jest zbudowana znakomicie, rozkręca się konkretnie i w ważnym momencie ma odpowiedni impet - będziecie wiedzieć, o czym mówię, gdy dojdziecie do sceny przepychanki. Widz razem z Grace był bezsilny i uwięziony. Potem to się zmienia, i chwilami wręcz niemożliwe jest branie tej opowieści na poważnie. Te sceny są równie banalne jak tytuł - "Dogville". Ech. Potem przychodzi zakończenie... I ono też jest ambiwalentne. Mogło być mądrzejsze, szybsze, trochę zwątpili twórcy wtedy chyba w widza, czy da radę nadążyć... Ale ogólnie pomysł i idea stojąca za tymi finałowym i scenami jest czymś, co popieram, więc... Niech będzie ta siódemka ode mnie. Pomimo trudności, z jakimi to się ogląda, i okazjonalnej nudy. Niech te trzy godziny was nie odstraszają zbyt długo, bo to film warty obejrzenia, jeśli lubicie dramaty osobiste.
Film widziałem na Mubi. W listopadzie.

PS. Ale ten księżyc mogli już sobie darować. Świeci w jednym kierunku, a cienie padają z dwóch innych. Lars pls.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz