sobota, 13 lutego 2016

"Śniadanie u Tiffany'ego" (7/10)

Romantic Comedy, 1961


Holly Golightly to nowojorska dziewczyna do towarzystwa. Piękność, z którą mężczyźni chcą być widziani, i chętnie za to płacą. Ona sama nie ukrywa, że najchętniej uwiodłaby jakiegoś bogacza i spędziła z nim resztę życia - tylko dlatego, że jest bogaty. Jednak jest tu coś więcej - choćby jej niewinność, z którą zupełnie nieświadomie zdaje się odmawiać za każdym razem, ilekroć klient po odprowadzeniu jej do domu chciałby wstąpić jeszcze na jednego drinka... Pani Golightly często wraca do domu wtedy, gdy inni dopiero wstają. Mieszka w przytulnej kamienicy, gdzie razem z nią żyje zaledwie garść ludzi - właśnie dołączył do nich Paul Varjak. Pisarz, który do tej pory opublikował zbiór opowiadań, i obecnie pracuje nad powieścią. Oboje mają coś wspólnego. Oboje mają też swoje sekrety. Wszystko się zmienia, gdy poznajemy ich bliżej. Kim jest Holly Golightly? Kim jest Paul Varjak? I co z tym wszystkim ma wspólnego sklep z biżuterią?



Zapewne słyszeliście, że to jedna z tych produkcji, przy której twórcy wzięli genialną książkę, wycieli z niej co najlepsze, zmienili charakter na bardziej łagodny, a potem jakoś uklepali by trzymało się kupy... I wypuścili na rynek. Owszem, jest w tym sporo prawdy. O tym nawet nie trzeba czytać, nie jest wymagana znajomość powieści Trumana Capote; to jest dosyć wyraźne w samym filmie. Widać, że coś tu przycięto, by zmieścić wszystko obok siebie. Nie ma tu jakiegoś pośpiechu, widz nie jest zalewany ekspozycją - jest dokładnie odwrotnie, bo to dosyć spokojny film który płynie nieśpiesznie do przodu. Jednocześnie brakuje tu przestrzeni w oglądaniu. Co przez to rozumiem? Po około 40 minutach dowiadujemy się czegoś o jednej z postaci, co zupełnie zmienia jej wizerunek w naszych oczach. Ale zamiast zaskoczenia, po prostu przechodzimy nad tym faktem do porządku dziennego, ponieważ nie poznaliśmy tej postaci wystarczająco dobrze. Nie spędziliśmy z nią dosyć czasu, nie przyzwyczailiśmy się, stąd ten krytyczny moment który w książce wywracał dotychczasowy porządek do góry nogami, w filmie jest tylko kolejną informacją. Dziękuję, dobrze wiedzieć.

Wyraźne są również bariery ówczesnego Hollywood. Wyznaczanie granice, by wyssać życie z obrazu, pokazując palenie jako zmysłowe, a pobudkę na kacu jako przejściową niedogodność. "Śniadanie..." porusza takie tematy jak męska prostytucja czy uciekanie od odpowiedzialności, ale nigdy nie zbliży się do nich na tyle, by widz poczuł się zagrożony.

A jednak, wciąż udało się przy tym zrobić tytuł o którym pamiętamy od ponad pół wieku. Tutaj najistotniejsza wydaje się decyzja o obsadzeniu Blake'a Edwardsa na miejscu reżysera. Jednego z najważniejszych nazwisk w amerykańskiej komedii, autora "Wielkiego wyścigu", serii filmów o Różowej Panterze i "The Party" (tego ostatniego akurat nie polecam, chociaż to też klasyk). On nie tyle przerobił to co było w książce, ile zastąpił swoimi scenami. I biorąc pod uwagę, jak to mogło się skończyć, jego wybory zdają się trafne. Reżyser przełożył tu środek ciężkości w stronę komedii romantycznej, w natłoku scen znalazł miejsce dla wizualnej komedii w jego stylu (świetna scena przyjęcia z Paulem odbierając telefon na podłodze, leżąc między czyimiś nogami). Oglądając można zapomnieć, że to musiała być miękka produkcja, ona taka po prostu jest. Naturalnie, sama z siebie. Ciepła, spokojna opowieść o uwierzeniu w drugą szansę. Widziałem ten film już kilka razy, i w przyszłości z pewnością będą jeszcze kolejne. Blisko 60 lat minęło, i nadal pamiętamy Audrey Hepburn jako Holly Golightly, muzykę Manciniego i finał z bezimiennym kotem. "Śniadanie..." sprawdza się jako film jak i reklama dla książki, której wciąż nie nadrobiłem. Ale pewnego dnia...
Film widziałem na Netflixie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz