poniedziałek, 22 lutego 2016

"Tajemnice Los Angeles" (8+/10)

Neo-noir, 1997


Lata 50 XX wieku, Los Angeles. Czasy, gdy Hollywood sprzedawało obraz rzeczywistości, który nic z życiem nie miał wspólnego, ale ludzie przyjmowali go z pocałowaniem w rękę. Czasy brutalnej policji, w której było miejsce na działanie na boku, gdy służyło to "wyższemu" celowi. Czasy Rity Hayworth i przebudzającej się erotyki, ale jeszcze nie było zgody dla gejów. A na czarnych mówiło się "Nigger" i tyle. W takim momencie dochodzi do zbrodni w małej knajpie, giną wszyscy goście. Sprawa szybko zostaje rozwiązana, ale im więcej czasu mija od jej zamknięcia, tym więcej się w niej nie zgadza... Czy detektywi mają odwagę, by ponownie ją otworzyć, i zacząć kopać tam, gdzie nie powinni?



Nie zgadzam się na oglądanie tego filmu raz na osiem lat. Tyle minęło od mojego ostatniego - i jedynego! - seansu tego rewelacyjnego kryminału. A to stanowczo za rzadko, teraz zacząłem go ponownie oglądać zaraz po zakończeniu! Jedyna dobra strona takiej sytuacji jest fakt, że nic nie pamiętałem. Postaci, zwrotów akcji albo kto zginie i z czyjej ręki. Jakbym oglądał ten film po raz pierwszy w życiu...

Mogę pisać, że kryminały w kinie są do bani, bo zawsze albo wiadomo od początku, kto zabił, albo tożsamość mordercy jest nieistotna. Brakuje tu poznawania dowodów, podejrzanych i dedukowania na własną rękę przez oglądającego. "Tajemnice..." niby też wpisują się w ten nurt, ale efekt jest diametralnie inny - chce się poznać wyjaśnienie całej tej sprawy! Na tę opowieść składa się wiele postaci i zdarzeń, często niezależnych od siebie, cały czas dzieje się coś nowego i niespodziewanego... Co chwila pytałem sam siebie: o co tu chodzi? Czy to się łączy z całą resztą? Ale jak? Dlaczego do tego doszło?

Czy można oczekiwać od kryminału czegoś więcej?

Fabuła w tej produkcji jest wspaniała - nic nie równa się z momentem w trzecim akcie, gdy wszystkie klocki wchodzą na swoje miejsce i wszystko zaczyna nabierać sensu. Wyszło to tak naturalnie jak tylko jest możliwe bez widocznego palca scenarzysty. Jest tu odpowiednia dawka przypadku, którą ktoś dobrze wykorzystał. Jest staranne planowanie, zacieranie śladów oraz element ludzkiego błędu. Historia to czysta perfekcja i najlepsza tego typu rzecz od czasu "Bez przebaczenia" (!). Każda z czterech głównych postaci robi doskonałą robotę, żyjąc własnym życiem; sceny rozsiane są wszędzie i nie pasują do siebie, zdają się prowadzić donikąd... ale reżyser nad tym zapanował, opowiadając wystarczająco szybko by widz dotrzymał kroku tej szalonej i ogromnej sprawie. Napięcie buzuje pod spodem w każdej sekwencji, z rozmysłem dając o sobie znać w strategicznych punktach. A punkt kulminacyjny jest - powtórzę się - idealny!

Jedno muszę napisać: "Tajemnice Los Angeles" mają najlepsze strzelaniny w historii kina. Chociaż są tu tylko dwie takie, każda jest idealnie zmontowana, a przy tym czysta jak łza. Ujęcia trwające ułamki sekund współpracują ze sobą bezbłędnie, dając oglądającemu jasny obraz sytuacji. Tu nie ma takich numerów jak "The Killer", gdzie widzimy raczej ludzi strzelających przed siebie, a połowa ujęć jest do wywalenia, bo nie robią różnicy. Oglądające te sceny w "Tajemnicach..." wiemy, gdzie kto stoi, co się dzieje, jaka jest sytuacja i co dał każdy ze strzałów.

Nie licząc jednak ich, najbardziej intensywnymi momentami w filmie są te, gdy postać dostrzega coś, co jest niedostępne dla widza. Taka chwila ma miejsce dwa razy podczas seansu - kino w najbardziej czystej formie - zbliżenie na twarz i nic więcej. Ale w obu przypadkach gotują one mózg w głowie. Na co oni patrzą? Jak okropny jest widok? W jaki sposób popchnie to fabułę do przodu?

Ja pierdolę, co za film! Z punktu widzenia scenarzysty, reżysera... ta historia! Ta satysfakcja z seansu! Mocne, pełnokrwiste kino. Wyświadczcie sobie tę przyjemność i nadróbcie ten tytuł.
Oglądałem na Netflixie
https://rateyourmusic.com/film/l_a__confidential/


Film awansuje po tej powtórce na 4 pozycję w moim rankingu najlepszych filmów 1997 roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz