piątek, 11 marca 2016

"Boogie Nights" (7/10)

Black Comedy, 1997


USA, lata 70'te zaraz dobiegną końca. Młody chłopak dojeżdża autobusem do większego miasteczka, gdzie pracuje w nocnym klubie jako pomywacz. Tam udaje mu się wkręcić w biznes pornograficzny - to pozwala mu uciec od rodziców, znaleźć swój talent (w postaci penisa na 13 cali) i zacząć drogę na sam szczyt. Sam wymyśla sobie nowe imię i nazwisko - pseudonim sceniczny - by następnie zawojować światek filmów dla dorosłych.

Dziwne określenie: "filmy dla dorosłych". Tak jakby to świadczyło o dojrzałości. "Jestem dorosły, bo oglądam pornografię. Cała reszta kina jest dla dzieci. Bergman, Tarkowski i Tarr, przestałem to oglądać w gimnazjum, teraz ruszyłem dalej". Sprytne, nie powiem.





"Boogie Night" obejmuje przestrzeń kilku lat, kiedy to zmienia się los zarówno branży porno jak i ludzi, którzy przy niej pracowali. A wszystko dlatego, że świat nie stoi w miejscu. A to nie podoba się niektórym. Jest tu czarny aktor, który poza kręceniem scen łóżkowych pracuje w sklepie i sprzedaje sprzęt fonograficzny. Producent zadający się z młodszymi dziewczynami. Reżyser, któremu marzy się sztuka na taśmie - by widz po wytrysku chciał zostać i obejrzeć do końca, bo reszta aspektów produkcyjnych będzie tak dobra. Scenarzysta, którego żona zdradza bez cienia wstydu. Dużo się dzieje, cały film trwa blisko 2,5 godziny, i akcja zaprezentowana jest wyśmienicie. Styl P. T. Andersona jest tu już w pełni ukształtowany - montażysta i operator współpracują z reżyserem bezbłędnie, opowiadając wszystko w wyjątkowy sposób. Mamy tu przestrzeń, gdzie postaci mogą odetchnąć, a obok tego szybką przebitkę scen które wydarzyły się w ciągu następnego roku. Krótkie wypowiedzi do kamery, dwa zdania tu i tam, zbliżenie na jedno, zaraz potem to samo zbliżenie, ale już z innym skutkiem. Energia, świeżość - ten film ogląda się bajecznie. A to było trudne do osiągnięcia.

Ekran wypełniają nieprzyjemne akcenty. Cała ta produkcja ma za zadanie sportretować upadek, dekadencję, głupotę, autodestrukcję i istoty pozbawione umiejętności adaptacji. Problem jednak jest następujący: twórcy zniżyli się do poziomu by mieć pewność, że wszyscy widzowie załapią o czym to jest. Dam głowę, że i tak im się nie udało, ale jednak dziwnie się ogląda opowieść tak bezpośrednią i oczywistą. Jedna aktorka mówiąca wprost, że uważa swojego partnera za kogoś w stylu jej syna. Bohater gadający o tym, że Rzymianie najechali Napoleona, a potem ma problemy z erekcję, więc wali... do lustra. Łapiecie aluzję?! A przy tym jest to film bardzo zimny i nie mówiący wszystko wprost. Wygląda tak, jakby pozwalał widzowi samemu dostrzec prawdziwy aspekt wszystkich wydarzeń, że bohaterowie to w istocie istoty przegrane. Dziwny zabieg.

"Boogie Nights" wydaje się ściśle skierowane do tych którzy rozważają podążanie śladem bohatera, albo już to robią. Pokazano ich jako prawdziwych ludzi którzy szczerze uważają, że robią to co należy i podejmują właściwe decyzje ze swoim życiem. A na końcu nawet dodano otuchy i pokazano, jak niewiele trzeba by obrócić sytuację ponownie w dobrym kierunku. Nie jest to kino, którego wszyscy będziecie potrzebować, ale warto je obejrzeć. I docenić.
Film widziałem na Netflixie (w grudniu). Pierowotnie w telewizji.


Film trafia na 14 pozycję w moim rankingu ulubionych produkcji z 1997 roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz