sobota, 5 marca 2016

"Wielka ucieczka" (7/10)

Przygodowy, 1963


Zmierzch drugiej wojny światowej. Obóz jeniecki w Niemczech, gdzie zebrali się więźniowie z kilku krajów. Organizują oni ucieczkę, która ma wstrząsnąć ojczyzną wroga i postawić wszystkich żołnierzy na baczność po drugiej stronie barykady. Chcą wysłać za mur 250 uwięzionych.

O sukcesie tej trzygodzinnej opowieści zadecydowały dwa czynniki. Już po wstępie widać, że nie będzie to typowa opowieść o tym co pierwsze przychodzi nam do głowy gdy słyszymy o obozach WW2. Ton opowieści ustawia na początku dyrektor obozu słowami o tym, że więźniowie proszeni są nie uciekać. Będą mieli tu względnie dobrze, wystarczy siedzieć na dupie. "Razem doczekamy końca wojny"




Z pewnością mogła to być produkcja mroczniejsza i boleśniejsza. I macie rację, jeśli przeszkadzają wam zbyt białe ząbki u Steve'a MacQueena zaraz po tym, jak odsiedział 20 dni w izolatce. "Wielka Ucieczka" to z pewnością nie ten sam poziom co pierwsza "Dola człowiecza" - Ale! reżyser nie popadł tu w drugą skrajność.

Przede wszystkim, chociaż nie warto mówić tutaj o realizmie, to o precyzji już tak: widać krok po kroku, ile pracy wymaga taka ucieczka. Planują każdy etap po kolei, przewidują, dbają o szczegóły, i w każdej chwili żyją ze świadomością porażki. Bo przecież cały ich plan opiera się na bardzo cienkich fundamentach.

Drugim zabiegiem który zdecydował o sukcesie, to rezygnacja z fałszywek. Momentów, gdy wydaje się, że będzie źle... ale jednak nie, jednak wszyscy się uśmiechają, przytulają, klepią po ramieniu.... , Tego nie ma w "Wielkiej ucieczce". Tutaj jeśli coś może pójść nie tak, to po prostu nie pójdzie. I ktoś będzie musiał przyjąć za to kopa w dupę. Dzięki temu sekwencje tytułowej ucieczki ogląda się jak marzenie. Klasyczne kino w najlepszym wydaniu, jedna z moich ulubionych scen w historii kina.

I w końcu przychodzi kwestia ostatniej godziny, w której jasne staje się, czemu przyjęto taką a nie inną konwencję. Chciano uczynić z tych postaci bohaterów. I nadać ich historii wymiar przygody. W końcu to opowieść na faktach. Ci ludzie mogli siedzieć w wygodnym obozie albo podjąć walkę na jaką ich w tamtym momencie było stać. A John Struges zamiast tworzyć czarną i brutalną opowieść, wybrał przygodę i hołd w którym nie brakuje powagi, a i tak chce się to oglądać. Nawet raz za razem.
Film widziałem w telewizji. Podobnie było za pierwszym razem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz