piątek, 1 kwietnia 2016

(felieton) Tęsknię za starym filmwebem

Cofnę się do teraz do roku 2007, gdy pierwszy raz natknąłem się na filmweb. Wtedy jeszcze myślałem, że recenzje pisze tam jeden człowiek, i byłem podjarany: "Hej, on myśli o Pulp Fiction to samo co ja!". Parę miesięcy później, po poznawaniu kolejnych możliwości jakie oferuje ta strona, założyłem konto i zaczęło się wiele rzeczy naraz. Teraz najistotniejsza jest oczywiście tylko jedna z nich: początek mojej przygody z kinem. A filmweb był do tego idealnym miejscem. Wtedy. Brakuje mi go czasami.


Początek 2007 roku.




Wtedy ta strona oferowała wiele rzeczy i zaskakiwała na każdym kroku. Gdy się zarejestrowałeś dostawałeś wiadomość, w której Morfeusz z "Matrixa" witał cię w "prawdziwym świecie". A powiadomienia o nowych komentarzach na blogu oznaczone jako "null"? Cotygodniowy newsletter? Dziś nie da się tego wytłumaczyć komuś, kto sam tego nie zaznał. Nawet jak strona nie działała to był zabawny komunikat w postaci "Spokojnie, to tylko awaria". Dla mnie to była seria początków - pierwsze fora, które regularnie odwiedzałem; pierwsza społeczność internetowa, do której należałem; pierwsze spełnianie się w hobby. Nie miałem w końcu znajomych poza Internetem, z którymi mógłbym gadać o filmach. Więcej pisałem o tym w serii felietonów o cyferkach. Wtedy Filmweb miał atmosferę, i pozwalał się wyrazić.

Nie będę teraz idealizować tamtej strony. Nie działała najlepiej i miała wiele poronionych pomysłów (brakowało choćby sortowania obejrzanych filmów - wchodziłeś w swoje oceny i miałeś wszystko na kupie, a ładowało się to kilkanaście minut), wiele z nich poprawili. A idioci byli zawsze, nie będę twierdził inaczej - już wtedy pewien znajomy gadał, że by spierdalał gdyby nie garść fajnych ludzi z którymi idzie pogadać. Zaraz minie dekada i te słowa są aktualne. Trudno było znaleźć kogoś do rozmowy. Ale dzisiaj jest to w zasadzie niemożliwe.


Tak wyglądał mój profil na filmwebie 25 lipca 2009 roku. W opisie cytat z "Norwegian Wood"


Wtedy zaczynałem tworzyć, w jakimkolwiek stopniu. Nawet krótki temat na forum był czymś, a to szybko przeistoczyło się w pisanie recenzji, komentarzy, mini-felietonów... Wtedy narodził się kult oglądania słanych filmów i zakładania potem prześmiewczych tematów na forach (mój najsłynniejszy - "Nieudolny syf") Miałem kontakt z ludźmi, którymi mogłem się inspirować i patrzeć w górę na nich. Zarażali mnie pasją, motywowali mnie - w czasach, gdy 2500 wystawionych ocen wywoływał autentyczny opad szczęki. Na stronie filmu nie było odrazu podane jak coś ocenili, trzeba było wchodzić na ich profil i przekopywać się samemu. Wtedy filmweb był miejscem w którym można było sobie wyrobić imię i być rozpoznawanym. To było miejsce, które chciało się współtworzyć (z chęcią dodawałem nowe materiały, a przy wystawianiu nowych ocen myślałem nad tym, jak moja ocena wpłynie na ranking, albo pokażę w ten sposób, że społeczność filmwebu ogląda jednak tego typu filmy). Kogo dziś tam rozpoznajecie?


18 lipca 2011 roku. W opisie cytat z piosenki Johna Frusciante "One More of Me".



Obecna blogosfera filmowa na wordpressie i blogspocie ma się nijak do tego, co się działo wtedy na forach filmwebu. Gdy przeglądam blogi to się nudzę, a wtedy mogłem się zaczytywać po prostu dla samej jakości czytanego tekstu, nawet jeśli film był słaby, nawet jeśli mnie to nie interesowało - i tak warto było poczytać jak ci ludzie reagują na otoczenie, jak współpracują ze sobą. Mieli charakter, osobowość, można było wyglądać ich postów. I ta radość, gdy napisali coś pod twoim tematem, albo jeszcze lepiej - zajrzeli na twojego bloga i tam coś napisali. Oni mogli nawet mnie obrażać - zresztą na co innego wtedy zasługiwałem? - to i tak wywoływało pozytywne emocje, że chcieli zwrócić na mnie uwagę. Takich ludzi już nie ma na tym portalu.

Albo jakichkolwiek. Opuścili pokład albo zamknęli się w swoim małym kąciku, którego nie opuszczają, i już się o nich nie dowiesz.


27 grudnia 2013 roku


I tym samym przechodzę już do miejsca, w którym powinienem skomentować obecny stan tej strony. Czym dziś filmweb jest? Pustym, martwym miejscem bez duszy i osobowości. Trzy lata temu napisałem, że to miejsce nadaje się tylko do klikania w gwiazdki - od tamtego czasu dodali tylko więcej gwiazdek, w które można klikać, a cała reszta jest w tym samym miejscu: na równi pochyłej. Codziennie dostaję zaproszenia do znajomych - każdemu wysyłam to samo zapytanie: "Czemu wysłałeś zaproszenie? :)". Niewielu nawet odpisuje - dość powiedzieć, że mam tam po tylu latach poniżej trzystu znajomych. Jeśli jednak ktoś coś odpisze, to będzie to coś w stylu: "widzę, że dużo oceniłeś i znasz się na kinie, chętnie podejrzę co warto obejrzeć". Wtedy akceptuję. Interesuje mnie jakikolwiek powód by mnie zaprosić, żeby tylko miało to ręce i nogi.

I wiecie, co ci zaakceptowani zaproszeni robią? Klikają w Lubię to pod moimi ocenami. Nawet jeśli to tylko cyferka, wystawiona w 2008 roku. Nie napiszą, nie odezwą się, nie pogadają. Tylko klikną ikonkę kciuka. To jest, kurwa, smutne. Dla takich ludzi jest teraz filmweb.

I była to decyzja prawidłowa. Ale o minusach i wadach lepiej popełnić oddzielny tekst. Teraz zakończę w ten sposób: ilość osób których oceny obserwuję na filmwebie wzrosła w zeszłym roku. O dwie osoby. Ale większość to oczywiście ta sama grupa którą poznałem w 2007 roku, lub niewiele później. A tych co już tam brakuje - was pamiętam. Co do sztuki.


A tak prezentuje się mój profil w 2015 roku #hehe (chodzi o wyskakujące reklamy)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz