poniedziałek, 16 maja 2016

"Harakiri / Seppuku" (8+/10). Recenzja.

Jidaigeki, 1962



XVI wiek. Czasy kryzysu. Domy dające kiedyś schronienie samurajom teraz dają im wypowiedzenie. To ciężki okres dla nich. Normalnym jest, że na dwór któregoś rodu zjawia się ronin, by prosić o możliwość popełnienia seppuku - honorowego samobójstwa, polegającego na przecięciu się krzyżowo po brzuchu. Wtedy pomocnik odcina głowę samobójcy i rytuał jest zakończony. Jeśli taka osoba nie jest w stanie zapewnić sobie utrzymania, takie było dla niej rozwiązanie, by odejść z tego świata z podniesioną głową.

Jest w tym jednak pewien haczyk, mianowicie jeden z Panów zamiast wyrazić zgodę na przeprowadzenie rytuału, wolał zaoferować zatrudnienie roninowi. Teraz ten mógł żyć. Inni Panowie nie posuwali się tak daleko - oferowali drobny podarunek pieniężny i odsyłali roninów do domu. Przez to doszło do sytuacji, w której na dworach nie pojawiają się poważni samobójcy. Najprawdopodobniej w większości są oni tylko żebrakami, którzy nie mają żadnych honorowych zamiarów. Zapewne nawet nie powodzi im się tak źle, by musieli posuwać się do nabijania swego ciała na ostrze.




Na takim tle toczy się fabuła "Seppuku" - ronin Hanshiro Tsugumo przybywa na dwór pewnego Rodu by prosić o wykonanie u nich zabójczego rytuału. Pan dworu ma co do niego wątpliwości, więc nasz bohater najpierw musi wysłuchać opowieści o podobnym samuraju imieniem Motome, który przybył z identyczną prośbą, ale nie miał intencji by się zabić. Liczył tylko na pieniądze. Pan, by uniknąć żebraków w przyszłości, wyraża zgodę na seppuku. Motome najpierw nie wierzy, potem próbuje ucieczki, i w końcu prosi o łaskę, by pozwolono mu odroczyć rytuał o dzień lub dwa. Wszystko na nic - do samobójstwa dochodzi na miejscu, tak jak Motome sam o to prosił. Hanshiro pomimo wysłuchania tej opowieści nie zmienia danego słowa.





Film Kobayashiego jest surowy i zimny. Nie przystoi do współczesnych standardów, zawiera w sobie pierwiastek zaufania wobec widza i tego, że ten wykaże się odrobiną cierpliwości. Nie w obliczu długich ujęć i wolnego tempa, tego akurat w tym filmie nie ma - nie, mi chodzi o początkowy brak połączenia emocjonalnego widza z obrazem. Podczas pierwszego seansu nie wiemy, czy Motome naprawdę chcę się zabić, czy tylko udaje. Nie znamy jego motywacji ani w jaki sposób planował wykorzystać dzień lub dwa zwłoki. Odpowiedzi przyjdą później, ale na razie całe to przedstawienie jest nam obce i odległe - ponieważ taki był zamiar twórcy. Oglądaliśmy wtedy wszystko z perspektywy Panów, którzy sami nie chcieli nic wiedzieć. Nie wpadli na to, by zapytać Motome, zanim ten zakończy swój żywot.

Ma to ścisły związek z wymową całej produkcji, która jest buntownicza oraz oskarżycielska. Atakowany jest tutaj cały ówczesny system władzy oraz kodeks honorowy, który w rzeczywistości okazuje się służyć czemuś innemu niż na papierze. Obnażona jest też prawdziwa natura władców, i to, czym się kierują.





Nie mogę sobie przypomnieć, czy w którymś innym tytule z tego gatunku wszystkie elementy pasowały do siebie w tak spektakularny sposób, co tutaj. Uwielbiam atmosferę zbudowaną z surowych zdjęć, gry aktorskiej i oszczędnej muzyki. Wszystko tu w zasadzie jest perfekcyjne - od suchego powietrza na dziedzińcu, po łąkę, gdzie między ostrymi wiatrami doszło do pojedynku na ostrza. Pojedynku - warto dodać - w głównej mierze psychologicznego.

Perfekcyjna dramaturgia i budowanie napięcia. Pierwsze 40 minut uwielbiam, a to co po nich następuje jest ich idealnym uzupełnieniem. W temacie na najlepszy film 1962 roku mógł być tylko jeden kandydat.
Film widziałem na Hulu. Posiadam też go na własność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz