czwartek, 12 maja 2016

"Jesienne popołudnie". Recenzja.

Drama, 1962



O filmach Ozu zawsze warto naskrobać kilka słów. Szczególnie, gdy mówimy o jego ostatnim tytule. W "An Autumn Afternoon" zbieramy się wokół samotnych rodziców, którzy żyją ze swoim potomkiem. Wdowiec z córką, na ten przykład. Zaraz skończy ona 24 lata, i nawet nie myśli o zakładaniu własnej rodziny. Czy to jest słuszne?





Tak, wydaje się, że już o tym pisałem kilka tygodni temu, podczas recenzji "Późnej jesieni". Tam był podjęty podobny temat, jednak ujęto go mimo wszystko z pozycji wdowy, która musiała zdecydować, czy chce wyjść ponownie za mąż. "Jesienne popołudnie" koncentruje się na młodszych ludziach i ich dylemacie, czy w ogóle wolno im opuścić swoich rodziców, gdy ci są już samotni na tym świecie. A na koniec uświadomić sobie tę bolesną prawdę, iż syn albo córka nigdy nie zastąpią tej jedynej, ukochanej osoby. Oni już na zawsze pozostaną samotni.

Reżyser tym razem trochę upraszcza bohaterów, wracając do produkcji sprzed "Zmierzchu w Tokio". Ponad to, teraz gdy to piszę, to dostrzegam, że nie ma tu też tego pierwiastka ponadczasowości. Dzisiaj gdy rodzice są rozdzieleni, to oboje nadal żyją. Dorosłe dzieci żyjące z rodzicami nie są oznaką troski. Zresztą, motyw bliskiej relacji ojca z córką też wywołuje różne skojarzenia. A jednak, podczas oglądania nadal czułem, jakby nic się nie zmieniło. Jakby to był taki sam Ozu jak zawsze. Czemu? To już temat na inny tekst. Raczej nie mojego autorstwa.

Teraz liczy się fakt, że ostatni film wielkiego Mistrza trzyma się tradycji uniwersalności. 54 lata minęły. Drugie tyle minie, i nadal będzie warto do niego wrócić.
Film widziałem na Hulu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz