czwartek, 23 czerwca 2016

Obejrzałem "Cinema Paradiso". Ludzie powinni więcej gadać w kinie!

Pewnie oglądaliście już ten film, albo przynajmniej o nim słyszeliście. To opowieść o mężczyźnie, który rozpoczyna nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa, spowodowane śmiercią dawnego przyjaciela. Zdobyła ona popularność na całym świecie, i dziś to jeden z filarów opowieści o miłości do kina. Akcja toczy się w XX wieku, w mieście które technicznie rzecz biorąc nie miało kina - jedynie budynek, który na czas projekcji stawał się kinem. Kopia z taśmą przyjeżdżała na miejsce, potem miejscowy ksiądz oglądał film i go cenzurował (czyli kazał wyciąć np. ujęcie pocałunku, bo to wtedy było uznawane za pornografię!). Następnie taśma była dopuszczalna do projekcji przed normalnymi widzami. Główny bohater, Toto, wtedy chodził jeszcze do podstawówki i w wolnym czasie uczył się obsługi projektora. Kino stawało się jego pasją.






To był mój drugi seans, i teraz właściwie nie bardzo nawet dostrzegłem motyw "miłości do kina". On jest, ale niewiele z nim tak naprawdę robiono. "Cinema Paradiso" to dla mnie przede wszystkim opowieść o dorastaniu i pierwszej miłości. Do dziewczyny. Tym zresztą ten film jest w wersji reżyserskiej - romansem. Kinematografia to dodatek.

Mnie z kolei najbardziej ujął tu wątek przyjaciela Toto, starego człowieka który obsługiwał projektor kinowy od samego początku, gdy tylko kino zawitało w okolicy na początku XX wieku. Był jeszcze dzieckiem, i tylko on umiał to robić. Z czasem sytuacja zmieniła się - obsługa projektora była jedynym co umiał. Dlatego na starość zaczął chodzić do szkoły dla dorosłych. Rozkleiła mnie scena, w której pokazał się w szkole Toto, i nie dawał rady zdać egzaminu. To było silne. Proste, ale wyraziste. Wiele tu mówiono o zawodzie obsługującego, jak kiedyś to było niebezpieczne... i pomimo postępów, w momencie rozgrywania się akcji filmu, nadal takie mogło być.

Jednak moją uwagę najbardziej zwróciła kultura widzów w kinie. To była przyjemność, oglądać jak ci ludzie oglądają film. Piszę poważnie. Sala na której wyświetlali film była nędzna - krzesła postawione luźno, zarąbane zapewne na te kilka godzin z budynków obok; siedzenia i tak była proste - drewniane i nic więcej. Dla wielu zabrakło miejsca więc stali, ci co mieli więcej szczęścia znaleźli sobie kawałek ściany do oparcia. Warunki techniczne, jakość obrazu i dźwięku, były co najwyżej akceptowalne. Brakowało popcornu, a filmy leciały jakie leciały. Nie rozpoznałem fragmentów, pewnie to były gnioty. A widownia? Bawiła się jak nigdy.

Wyświetlenie filmu było wydarzeniem. Oglądali, cieszyli się, żywiołowo reagowali... Żyli. Czuli. Przeżywali. To miły widok.





Wyjaśnię coś: gadanie, hałasowanie i przeszkadzanie innym na sali kinowej to jedna z najgorszych rzeczy na tym świecie, obok ciężarnych kobiet palących papierosy, i filmów w których nie występuje Brie Larsson. Ale obecnie jesteśmy na tym przeciwnym spektrum - boimy się poruszyć na seansie albo robimy pełny komentarz na żywo tak, by wszyscy nas słyszeli. Nie ma czegoś pomiędzy. A ja lubię być na sali, gdzie ludziska dają po sobie poznać, że faktycznie oglądają ten film. Ludzie siedzący bez ruchu wydają się być zniesmaczeni, ale po seansie mówią: "Nie, skąd, podobało mi się. 10/10"

Ostatnio podczas pierwszego seansu "Civil War" siedziałem obok jakiejś kobiety. W scenie, gdy Zemo uruchamia ładunek elektromagnetyczny, dzięki któremu wyłącza bazę z prądu, ona zasłoniła w szoku usta ręką. Pamiętacie w ogóle ten moment? Nie był szczególny, zwłaszcza w takiej produkcji, niemniej: sam widok odrzuconego człowieka i fali elektromagnetycznej wprawił tę kobietę w takie osłupienie, że musiała zasłonić usta ręką. A ja? Nic. Nie pomyślałem, że powinienem nawet szczególnie się zachować oglądając takie rzeczy. W takich sytuacjach zastanawiam się, czy ja już zapomniałem, jak reagować? Przeżywam wszystko wewnętrznie, potem to spisuję, mogę o tym opowiadać... ale sam proces u źródła jest przyziemny. Uśmiechnę się pod nosem, pośmieję w duchu, otworzę szerzej oczy... i tyle. A potem czytacie, że "biję głową w beton przed maestrą scenariusza".

Kino to w końcu rozrywka wspólna. Nie oglądamy u siebie w domu, samemu, ale właśnie z innymi. Obcymi. Można by z tego skorzystać. W ten dobry sposób.
A samo "Cinema Paradiso" widziałem na Mubi. Wcześniej w telewizji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz