czwartek, 2 czerwca 2016

"Out 1", czyli obejrzałem film trwający 13 godzin.

Kino autorskie, 1971



Ta produkcja to definicja francuskiej nowej fali oraz kina nowoczesnego. Święty Graal kinematografii, jeden z najdłuższych filmów w historii (wydłużony jeszcze przez zmianę FPS), ale nie należy do gatunku "slow cinema". Podzielony na osiem części, każda różnej długości. Są tutaj dwie grupy teatralne, które trenują i przygotowują się do wystawienia sztuki. Oprócz nich mamy babkę, która chodzi po mieście i naciąga ludzi na pieniądze, oraz głuchoniemego chłopa, który robi to samo. Wchodzi do knajpy, wręcz ludziom kartki na których napisał "Nie mogę mówić, daj mi szmal". Ale wpada jeszcze na trop tajnej organizacji "Trzynastu".





Większość seansu spędzamy obserwując bohaterów jak żyją. Długie rozmowy oszustki, gdy kręci z przypadkowymi ludźmi. Chłop chodzący po mieście. Grupy teatralne rozgrzewające się. Dyskutujący, co będą zaraz robić. Omawiają szczegóły. Ćwiczą krzyczenie lub taniec pod muzykę. Robią próbę. Następnie rozmawiają o tym, co robili. Jak się wtedy czuli. Krytykują innych. Omawiają mocne i słabe strony ich przedstawienia. Służą radą i sugestią towarzyszom.

Przyznaję - te występy potrafią być hipnotyzujące. I chociaż zazwyczaj są to na pozór dzikie, bezkształtne spektakle, to można w nich dostrzec bez trudu sens oraz przesłanie. O ile nie odrzuci was na dzień dobry obraz wijących się na podłodze ludzi, zawodzących przy tym, jakby byli chorymi na umysł jaskiniowcami. A sekwencje z treningiem tańca z minimalistyczną muzyką, pod koniec czwartej części, po prostu szalenie mi się podobała.

To zachęca również do różnych rozmyślań nad zawodem aktora lub różnicami między teatrem i kinem, których wcześniej nie dostrzegałem... na deskach teatru nie zobaczysz przygotowania, jedynie końcowy efekt, w oderwaniu od procesu twórczego. Film za to może to umożliwić. Tak jak we wstępie do "Manhattanu" Allena.

Ale tak. Ten film trwa trzynaście godzin, i dłuży się niesamowicie. Sceny trwają, a oglądający nie ma żadnego powodu w tym, by kontynuować siedzenie tam. Obejrzeć jedną godzinę tego filmu to jak obejrzeć wszystkie trzynaście. Jedynym powodem by kończyć jest snobizm.




Podczas oglądania cały czas czułem się, jakbym oglądał definicję wzruszenia ramionami. Ludzie sobie chodzą i rozmawiają, a w pewnym momencie kamera się zatrzymuje, ludziki idą dalej, przestajemy ich słyszeć... i po minucie następuje cięcie. "Kamerzysto, czemu za nimi nie idziesz? Oni dalej gadają!". A operator bez emocji wzruszył ramionami. "Na...na pewno?". Ten tylko ponownie wzruszył ramionami. "No dobra... cięcie!". Ludzie gadają gdzieś w knajpie. Jedno ujęcie, gadają, gadają, gadają, nic co musisz pamiętać, gadają... i montażysta tak wzruszył ramionami, i cięcie. Zobaczmy co jest na drugiej taśmie... babka chodzi po mieście. I po minucie wzrusza ramionami, i wracamy do ludzi gadających w knajpie, byli ciekawsi... A jednak nie, wracamy do babki... która dalej chodzi po mieście. A chuj, kończymy tutaj cały epizod. *wzruszenie ramion*

Dobra, napiszę w ten sposób:

Tworzenie to dla wielu przede wszystkim sztuka przepisywania - tego, co się stworzyło wcześniej. Jedni piszą zdanie, i natychmiast je poprawiają. Inni piszą całość, a potem wracają do początku i starają się to ulepszyć. I ta praca nie ma końca. Poprawiasz każdy dialog, scenę, postać, przejścia, opisy, coś dodajesz, usuwasz, to rozsypuje całość... I dopiero gdy scenariusz jest ci wyrywany z ręki, kiedy klaps zapada i zdjęcia są już nakręcone, wtedy kończysz nad nim pracę. Teoretycznie. Bo potem i tak wracasz w myślach do czegoś tam i nagle doznajesz olśnienia, jak mogłeś to zrobić inaczej. Na to nie ma żadnych limitów, tu spokojnie mówimy o latach.

Problem z takim podejściem jest następujący: dla wielu usuwa on pierwiastek naturalizmu. Realności. Nie widzimy na ekranach prawdziwego świata tylko produkt. Omija nas życie, gdy patrzymy na ekran. Widzimy napakowanych mężczyzn, jakby wyrobienie takich mięśni było natychmiastowe. Rzucają żarcikami w ilości hurtowej, jakby w ogóle nie musieli nad nimi myśleć, podczas gdy sztab ludzi pisał je miesiącami, by ta jedna postać mogła mówić same interesujące rzeczy przez 100 minut.

I tutaj wchodzi na scenę "Out 1", które jakiś luźny plan zapewne miał, co dana scena ma zawierać... a potem dawano aktorom wolną rękę, a oni improwizowali. I nawet jeśli coś nie miało sensu, jeśli coś się nie udało, to i tak najwidoczniej zostawało w filmie. Żeby nie zaburzyć prawdy.

Dlatego ten film powstał. I na tym polega wybór, czy chcecie to oglądać lub nie. Czy zrozumiecie zamysł twórców, czy też będziecie walić głową w biurko, pytając na głoś: "CZEMU TO AŻ TYLE TRWA?! TO MOŻNA BY ZMIEŚCIĆ W PÓŁTOREJ GODZINY!". I mielibyście rację. Mogłoby. To z pewnością nie jest film dla wszystkich. Nawet kinomani w większości potraktują tę produkcję zdawkowym: "Rozumiem, co chciałeś osiągnąć. Gratuluję, udało ci się. Ale to nie powód, bym ja to oglądał". I tyle. Wystarczy wiedzieć, że taki film jest. Można go obejrzeć, odrestaurowano go, nie zaginął gdzieś na czyimś strychu podczas wojny, producenci nie pocięli go jak innych Świętych Gralów kinematografii ("Greed" z 1924 roku). Reżyser coś chciał, postawił na swoim... i już. Łapka w górę. Samo oglądanie tego to właściwie opcjonalny dodatek.

Myślicie, że ja w ogóle obejrzałem ten film, zanim napisałem ten tekst? Pfff!
Całość była dostępna na Mubi. Ale już nie jest.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz