poniedziałek, 20 czerwca 2016

Recenzja "Hush" (7/10)

Horror, 2016



Znacie mnie zapewne. Wiecie, że nie mam problemu z napisaniem małego spoilera jeśli ma to was zachęcić do obejrzenia, i omawiam w ten sposób coś ważnego. "Hush" jest inne. Tu nie wiem, czy napisać COKOLWIEK. Ten seans to prawdziwa przyjemność, w której twórca umiejętnie odsłania kolejne niespodzianki, i z każdą tylko rośnie apetyt na więcej: co będzie teraz? Co wymyśli? Czym mnie teraz zaskoczy?

A więc trzymajmy się samych podstaw: mamy tu kameralny horror rozgrywający się w lesie, którego bohaterką jest młoda kobieta. Z zawodu pisarka, która ma problem z dokończeniem swojej drugiej powieści. Brakuje jej mianowicie zakończenia. Ma ich już siedem, i żadne jej nie satysfakcjonuje.





"Hush" ma dwa minusy. Pierwszym jest drobna monotonia w okolicach środkowej części filmu, kiedy już fundamentu filmu zostały ustawione, pomysł jest klarowny. Wiemy, co oglądamy, i jest to ciekawe, ale czy uda się na tym zbudować cały film? Jest więc moment niepewności, gdy oglądamy kilka scen z rzędu i nie zmieniają one za bardzo sytuacji. Bohaterka próbuje kolejnych rzeczy, wraca do punktu wyjścia... ale one nie procentują w żaden sposób. Fabuła stoi w tym samym miejscu, co kilka minut temu. Ten zastój jednak kończy się po chwili.

Drugim minusem jest ilość dialogów. Jest ich za dużo... Ale w ten sam sposób, w jaki "Mad Max: Fury Road" ma dla mnie za dużo dialogów. Bo chociaż jest ich tu niewiele, to można było sobie poradzić nawet bez tych które są! W pewnym momencie zorientowałem się, że mogę oglądać z polskim lektorem. Z ciekawości go włączyłem, i do momentu w którym coś powiedział, ja zapomniałem, że go włączyłem. Standardowo film trwający półtorej godziny ma z 900 linijek dialogu, tu są tak na ucho jakieś 150*, i spokojnie mogli zejść do 50. O czymś takim mówię. Będziecie oglądać i myśleć: "nie, nie musieli tego mówić". Ułatwienie dla niedzielnych widzów? Być może.

Faktem jednak jest, że Mike Flanagan (reżyser, montażysta, współscenarzysta) jest znakomity w opowiadaniu obrazem. "Hush" to mały film, ale wypchany pomysłami, i napisany tak dobrze, że miejscami trudno było mi uwierzyć w to, co tutaj osiągnięto. Cholerne wykorzystanie kota (!) w pierwszym akcie rozwala mi mózg. U podstaw jest to jedynie podstawowa produkcja o wręcz prymitywnych instynktach, jednak sposób opowiedzenia wynosi tu całość o kilka klas wyżej. Przy pomocy niewielkich środków sprawiono, że byłem maksymalnie zaangażowany. Czułem grozę, czułem współczucie, łapałem się za głowę w szoku; odbierałem ten film jednocześnie jako widz i miłośnik sztuki kinematograficznej, doceniając niekonwencjonalne metody na osiągnięcie zaszczucie i liczne smaczki scenariuszowe. I to zakończenie! Mięsiste, brutalne, satysfakcjonujące... aż za bardzo, zgodzicie się ze mną? Myślicie to samo co ja?

Oglądałem w nocy, po ciemku, ze słuchawkami na uszach. Czułem olbrzymią przyjemność, jednocześnie myśląc: "Flanagan, ty draniu! Kupiłeś mnie! Teraz będę musiał obejrzeć pierwszą cześć Ouija, bo wziąłeś się za reżyserowanie drugiej!"
Oglądałem na Netflixie: https://www.netflix.com/title/80091879


*sprawdziłem, i ma ponad 330. Ale to licząc z tłumaczeniami napisów, takich jak sms-y, tył okładki powieści, etykieta butelki itd. Realnej liczby nie chce mi się dogrzebywać. Foch.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz