sobota, 11 czerwca 2016

Recenzja "Nice Guys: Równi goście" (8+/10)

Neo-noir & Buddy, 2016



Los Angeles, 1977 rok. Holland i Healy to dwaj nieoficjalni prywatni detektywi, którzy nie pracują nad typowymi dla swojego zawodu sprawami. Na to ich metody są zbyt... nowoczesne. O nich samych zaś nie można powiedzieć dobrego słowa, chociaż są na tym świecie ludzie, którzy będą mieli im za co dziękować. Nie chcą ze sobą pracować, ale los będzie chciał inaczej, gdy w mieście zaczną ginąć różni ludzie, niezwiązani ze sobą. Niektórzy z kolei będą widziani po swojej śmierci. O co tu chodzi? Z czasem intryga tylko się rozwija, wchodząc na coraz to wyższy poziom, w oparciu o pewien spalony dom, przemysł porno oraz pewną panią polityk.





Wiecie z czym mamy tu doczynienia? Z "Tajemnicami Los Angeles" w wersji komediowej. Podobieństwa są zadziwiające, i nie mam tu namyśli kradzieży pomysłów czy aktorów (chociaż tacy Crowe lub Basinger pokazują się w obu tytułach). Piszę teraz o podobnej precyzji, stylu historii i jej złożoności. Naprawdę - chylę czoła przed tym scenariuszem. Tutaj każda scena jest istotna w tej układance, każda informacja która usłyszycie potem się wam przyda. Myślicie, że ten komunikat o pogodzie w pierwszym akcie był bez znaczenia? Jesteście w błędzie. Tu nie ma nawet postaci, które są przedmiotami. Wiecie: osoba, która jest tu tylko po to, by służyć za ekspozycję, albo odpowiedzieć na pytania i powiedzieć coś istotnego głównym bohaterom. Tutaj każdy pojawia się później w opowieści, by dodać coś od siebie w inny sposób... Może poza tym dzieciakiem, który miał dużego penisa.

Tak, w tym filmie jest chłopak chwalący się rozmiarem swojego przyrodzenia. To kolejna zaleta: twórcy mieli pomysł by przedstawić wszystko w ciekawy sposób. Pamiętacie te sceny i tych ludzi. Już opening jest tego dowodem. A potem znaleziono same genialne sposoby na to, by opowiedzieć o przeszłości bohaterów. Nawet ich o to nie podejrzewacie, w pewnym momencie zauważacie drobne sygnały, a potem składacie je do kupy w dosyć melancholijne tło tej dosyć poważnej historii, o stracie i próbie zapracowania na szacunek do samego siebie. Między innymi o tym.

W jakiś sposób, zakrawający na magię, ten film jest jednocześnie komedią. I to więcej niż diabelnie dobrą - to wręcz natychmiastowy klasyk i jedna z najlepszych pozycji jakie widziałem w życiu! Każdy żart to moje klimaty, mój smak, mój poziom. Humor działa wielowymiarowo - jest tutaj nawet ten luz i odwaga w żartowaniu, jakby bohaterowie faktycznie wychodzili z tymi tekstami na poczekaniu.





Absolutnym królem jest tutaj Ryan Gosling, którego chce się oglądać. Jego przeszłość, relacja z córką, męskość, żarty... To wszystko blednie wobec aktorstwa tego dżentelmena. On swoim warsztatem nadaje każdej scenie coś więcej. Widoki i kwestie, które nie powinny istnieć, działać lub zapadać w pamięci - on sprawia, że ja pamiętamy i nie wyobrażamy sobie filmu bez nich. Scena jego pojedynku z drzwiami od toalety to moment podczas zwiastunu, który sprzedał filmu, a we właściwym obrazie jest tego dużo więcej.

Wspaniały scenariusz, humor, rewelacyjna historia i postaci... Koniec końców jednak, wciąż czuję niepewność czy nie oceniam może zbyt wysoko? To dziwne uczucie, bo i seans nie był zbyt spokojny. Cały czas czekałem na ten moment, gdy film złapie zadyszkę, obniży poziom. Nie wierzyłem, że uda się tu utrzymać formę do samego końca. Tu musiała nastąpić jakąś wpadka, albo chociaż rozwiązanie finałowe będzie wymęczone i zwykle. I co? Guzik. Ani jednego potknięcia. Nawet ostatnia prosta filmu, gdzie wydaje się, że już po wszystkim ale jednak znajdują nowy trop i wtedy nabierają wiatru w skrzydła - nawet ten segment poprowadzono bezbłędnie, z podwójną dawką energii i fajerwerkami. Potrzebuję po prostu kolejnego seansu na uspokojenie. Żeby oglądać już bez strachu. Nie wierzyłem w ten film, i teraz za to płacę. Szukam wymówki, by ocenić niżej, dla bezpieczeństwa - chciałem napisać, że lekki ton nie pozwala wybrzmieć dramatycznym aspektom jak na to zasługiwały, ale to guzik prawda. Przeszłość bohaterów udźwignięto po męsku, i nawet trafiło się kilka scen które solidnie trzymają w napięciu. Nie na poziomie sceny przesłuchania w "Tajemnicach Los Angeles", albo tamtejszego punktu kulminacyjnego... Ale "Tajemnice L. A." to jeden z najlepszych filmów w historii, więc to, że "Nice Guys" nie są równie dobrą produkcją, nie oznacza, iż nie mogą być produkcją dobrą. Prawda? Niech będzie ta strasznie wysoka ocena. I czekam na premierę na torrentach*.
Film widziałem w warszawskim kinie. Premiera BR jeszcze nie jest ustalona.


PS. Nie znalazłem w rytmie tekstu miejsca na dwa słowa o polskim tłumaczeniu napisów. Nie jest złe, ale tłumacz często musiał być kreatywny. I ilu widzów tyle mądrych głów które pomyślą "ja bym to przełożył inaczej". W wielu przypadkach przełożono sens wypowiedzi, ale nie jej magiczne brzmienie. Widzisz więc taką przełożoną wypowiedź, która jest poprawna, ale czujesz, że można to było zrobić lepiej, myślisz nad swoją wersją, trudne zadanie, więc myślisz intensywniej... A film w tym czasie leci w najlepsze, więc decydujesz się zaniechać prób i skupić na filmie... I za moment zaczynasz robić to samo z innym dialogiem. Próbowałem oglądać nie patrząc na napisy, ale 4000 filmów wyrobiły mi inne nawyki. To kolejny z takich małych elementów, które przeszkadzały w oglądaniu, ale nie były winą filmu. Muszę obejrzeć jeszcze raz, bez żadnych napisów. To kiedy ta premiera na BR?...

*no pewnie, że ściągnę ten film. Zapłaciłem za seans 32 złote, oglądałem reklamy pół godziny, jeśli o mnie chodzi to do seansu w takiej sytuacji powinni mi podać stek z fasolką szparagową za darmo. Ja się pytam: gdzie jest mój stek?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz