wtorek, 28 czerwca 2016

"The War". Serial o całej drugiej wojnie światowej.

Dokument, 2007



Wiem, że to dosyć niezwykłe jak na Polaka kinomana, ale nie wiem dużo o drugiej Wojnie Światowej. Kilka haseł, ogólników, ale nie mogę napisać, że znam to wydarzenie. W filmach wydaje się on pojawiać w co drugiej produkcji, ale to zazwyczaj są jakieś osobne, malutkie wydarzenia, nieosadzone w ogólnym obrazie. A polska edukacja, cóż... trzy razy zatrzymaliśmy się na XIX wieku. Nawet nie doszedłem dzięki szkole do pierwszej wojny światowej. Podstawówka, gimnazjum, liceum. Trzy razy wracałem do prehistorii i Egiptu, i trzy razy zabrakło czasu by omówić XX wiek.

Na szczęście są tacy ludzie jak Ken Burns. Jemu chciało się w pewnym momencie wyprodukować ponad 14-godzinny miniserial dokumentalny "The War", poświęcony temu wydarzeniu. Z perspektywy USA, więc o Andersie, Katyniu, Westerplatte i Generalnej Guberni tutaj nie usłyszałem. Otrzymałem obraz spójny, w którym wszystko jest na miejscu i z czegoś wynika. Po seansie nie zapamiętuje ciekawostek. Zapamiętuję historię.


Siedem epizodów trwających od 110 do 142 minut.



Czternaście godzin to wciąż niewiele by opowiedzieć co się działo przez te lata, dlatego twórcy obrali inny kierunek: skupili się na czterech amerykańskich miasteczkach, i tym jak wyglądało życie ich mieszkańców w latach 1941-45. Śledzimy losy tych co zostali zaciągnięci jak i tych, co zostali w domu. Słuchamy wywiadów tych, co przeżyli i poznajemy losy tych, co zginęli. Często ten fakt jest ukrywany przed widzami, i przez długi czas widzimy tylko archiwalne zdjęcia oraz słuchamy jak lektorzy czytają nam ich prywatną korespondencję, którą słali z frontu do matek. A matka nie mówiła po angielsku, i biegała po rodzinie, by je jej przeczytali. True story. Raz okazuje się, że nasz "bohater" zginął. Innym razem nagle zaczynamy oglądać współczesny wywiad z nim. Przeżył, a my jesteśmy w szoku. Może się też okazać, że gość z którym gadamy od 6 godzin, nie ma ręki. Albo nogi.

To jest ten aspekt, który wyróżnia "The War". Oglądanie go nie sprowadza się do czytania notatki z encyklopedii. Owszem, poznajemy generalny przebieg drugiej wojny światowej. Wojna na Pacyfiku, Pearl Harbor, Filipiny, generał MacArthur, Bataan, Midway, Afryka, Monte Cassino, wyzwolenie Włoch, D-Day, Normandia, Market-Garden, Berlin, samobójstwo Hitlera, Majdanek, Iwo Jima, Hiroszima i Nagasaki. To wszystko i więcej układa się nam w głowie w logiczny ciąg, jednak jest to wypełnione kontekstem i wrażeniami z pierwszej ręki. Wiemy, że przed przystąpieniem do wojny, wojsko Stanów Zjednoczonych używało wciąż koni, nosili mundurki z Wielkiej Wojny, a strzelali z karabinów zaprojektowanych w 1903 roku. Oglądamy akcje propagandowe zachęcające do oddania pieniędzy na wojnę przez obywateli. Oglądamy inne, mające przede wszystkim zachęcić do oszczędzania, ale po latach każdy się już domyślał, że "im" zależało też na tym, by obywatele byli świadomi na co dzień tego, że tam toczy się wojna. Piszę teraz o akcjach przekonujących ludzi by ci oszczędzali na benzynie na zasadzie: "Wolisz, by to paliwo trafiło do ciebie czy też żołnierza, dla którego to może zadecydować o życiu lub śmierci?". Obywatele mieli współdzielić los żołnierzy. Ograniczać się, wyrzekać się, odmawiać sobie wszystkiego.




A to tylko przykład. Poznajemy życie obywateli amerykańskich podczas wojny. Poznajemy los żołnierzy na froncie i w niewoli. Wszystko co mówią brzmiało w moich uszach jakbym pierwszy raz to usłyszał. Tyczy się to nawet największych pozornie banałów, w stylu "po jakimś czasie przestawaliśmy zawierać przyjaźnie, bo następnego dnia ta osoba mogła nie żyć". Rozumiemy ich agresję. Rozumiemy, czemu grabili zwłoki, albo brutalnie wykańczali jeńców lub ledwo żywych którzy zostali na polu walki. Rozumiemy nawet, czemu spuścili bomby atomowe. Wobec tego, co sami wycierpieli ze strony Japończyków, te bomby wydają się łagodne. Bez problemu można zrozumieć, czemu dziś USA ma bzika na zbrojeniu się i wydawaniu coraz więcej na armię.

Ale to nie jest dokument pro-amerykański. Znaczy jest, ale tylko trochę, i nie polega na ukrywaniu różnych rzeczy, jak np. że żołnierze USA popełniali te wszystkie bestialskie czyny. Rząd oszukiwał obywateli długo o tym, ile wynoszą faktyczne straty. Generał MacArthur uciekł na polecenie prezydenta, a potem wrócił i kręcił propagandę, żeby go ludzie lubili. Inni dowódcy często byli niekompetentni i zwyczajnie wysyłali ludzi na śmierć z głupoty. A lądowanie na plaży Omaha udało się tylko dlatego, że żołnierze zaczęli olewać rozkazy.

To też inna sprawa. Część kinematografii poświęcona drugiej wojnie będzie się wam wydawać gorsza. Scena otwierająca "Szeregowca Ryana" nie miała wiele wspólnego z prawdą.

Ale dobra, nie będę wszystkiego wymieniał, bo to już musicie sami odkryć. Temat raczej warto poznać, a tutaj zaprezentowano go kapitalnie. Czuć tutaj, że to była wojna ŚWIATOWA, rozciągająca się na całym globie. Konflikt, w który byli zaangażowani wszyscy, i na zawsze naznaczył on całe pokolenia. Najważniejszy był moment, w którym przestałem oglądać z perspektywy samego siebie - osoby wiedzącej, kiedy to starcie się skończyło. Zamiast tego, zacząłem patrzeć jak tamci ludzie, którzy żyli nim przez wiele lat, a końca nie było widać. A po trzech latach, to już przestało mieć jakiś sens, to była wojna na wyniszczenie. Zabrnęli tak daleko, że nie było sensu się wycofać, ale czy to oznacza, że jest sens dalej walczyć? Cztery narody oddane swojej władzy, walczące do końca na ślepo, chętnie umierające w imię obrony własnego kraju. Kiedy spadły bomby atomowe to naprawdę czułem ulgę, że to już koniec. Wyniszczający dokument, mówię wam.
Oglądałem na Netflixie, będzie jeszcze do 14 lipca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz