poniedziałek, 24 października 2016

Pogadajmy o "Wołyniu"



Po wyjściu z kina kłębiło mi się we łbie wiele rzeczy o których chciałbym powiedzieć swoje dwa zdania. Było tego tyle, że nie wiedziałem gdzie zacząć. Zrobię więc to od początku. Wydaje się jakbym streszczał całość, ale tak nie jest, bo obyło się bez spoilerów. Zapraszam.

Dobra, zaczynamy. Scena pierwsza i najbardziej pojebane wesele w historii. Obserwujemy zwyczaje nam całkowicie obce i niczego z nich nie rozumiemy. Jakieś śpiewanie, stanie w drzwiach, panna młoda ucieka oknem, pan młody ucieka na koniu i pije wódkę, wraca pod wieczór, ludzie rzucają w siebie podpaloną kłodą, jakiś typ rucha kogoś między drzewami, kończy, zapala papierosa, dostaje w łeb od kogoś z jakiegoś powodu, i wtedy wracamy do nowożeńców którzy dopiero w tym momencie uciekają do stodoły. Po tym, jak ojciec weźmie swoją córkę odrąbie jej kawałek włosów z głowy. Siekierą. Dzikusy, no.


A ów ślub wcale nie jest zawierany między głównymi bohaterami. Główna bohaterka to ta dziołcha co stała w drzwiach. I poza śpiewaniem miała jedną linijkę dialogu, składającą się z jednego słowa. "Wygraj". I jej ukochany wsiadł na konia i jechał. I chyba wygrał. Nie wiem, co. Następna scena naszych bohaterów? Po zmroku, nad jeziorem, zaznają pierwszego razu. Jedyne długie ujęcie w całym filmie, gdy Zosia zdejmuje powoli strój i pokazuje biust. Dziękujemy.

Więc cóż, tak. Brakuje chemii między bohaterami. Na obecną chwilę. Ciekawe jest co innego - każde słowo z wyjątkiem "Wygraj" które usłyszycie podczas wesela poświęcone jest mowie nienawiści. Pan młody idzie do knajpy - słyszy jak Ukrainiec pluje na Polaków. Na weselu przy stole - plujemy na Polaków. "A ja słyszałem, jak polski Sołtys dał Polakowi ziemię, chociaż ona powinna trafić do Ukraińców"; "A ja słyszałem, że zamykają wszystkie nasze cerkwie!"; do tego wznoszenie zdrowia za Hitlera, który pomoże odzyskać Ukrainie niepodległość. Więcej nie pamiętam, ale nie ma tu miejsca na inne tematy. Dopiero po 20 minutach pojawia się rozmowa o tym, że wdowiec chce się ożenić z naszą główną bohaterką (za godzinę dowiecie się, że ma ona na imię Zosia). A ona woli tego typa, z którym właśnie dokonywała miłość nad jeziorem. I jest smutna.

Moment dobry jak każdy inny, by omówić teraz postać Zosi, która nie istnieje jako tako. Dlatego wszelkie równania do "Idź i patrz" są nietrafione, ponieważ tam bohater miał pozycję wyjściową ("Jebać Niemców!") a potem doświadczył wojny i to wpływało stopniowo na niego. Zosia jest tam gdzie jest potrzebna, i to tyle. To figura kobiety tego konfliktu. Wydana za mąż, chociaż tego nie chciała. Mąż na polu walki, sama musi opiekować się dziećmi i wsią. Do tego jeszcze kilka innych rzeczy, ale tego nie warto zdradzać, zresztą - nie tworzą one całości. Nie widać po naszej bohaterce, że jest sumą tych zdarzeń które miały miejsce. Szczególnie widać to po epizodzie z Żydami, których przygarnia pomimo kary jaka za to grozi (śmierć na miejscu, dla odmiany). Ale nasza Zosia już wtedy powinna być w momencie obojętności na to wszystko, i to akurat byłoby bardzo wymowne. Przychodzą brodacze, dają jej pieniądze byle tylko ich przenocowała, a ona ma to już w dupie przez całą tę wojnę wokół. Jest jednak inaczej. Zgaduję tylko, że trzeba było dla porządku pokazać jak Polacy i Ukraińcy pomagali Żydom. Wiecie, jako równowaga dla propagandy w stylu "polskich obozów śmierci".

Załamanie Zosi przychodzi dużo później. Dlaczego? Bo fabuła filmu była w odpowiednim miejscu ku temu. Tylko to było istotne.





Niemniej, ode mnie dla Michaliny Łabacz idą same pochwały. Mając do roboty to co właśnie opisałem - poradziła sobie lepiej niż "dobrze". Szczególnie w dalszej części, gdy nie miała już żadnych dialogów, tylko grała twarzą. Wtedy było ją czuć. Co czuć? O tym na końcu.

Wracając do sceny wesela - silna monotonia w dialogach ("Jebać Polaków!") nie była mi w smak, ale z drugiej strony podobała mi się dwubiegunowość narracji. Oczy dostawały wesele, a uszy - nienawiść. Dlatego w tym sensie monotonnie nie było, a różnorodność miała miejsce jak najbardziej. Trzeba się było tylko streszczać, bo "Wołyń" jedynie 150 minut trwa, i trzeba tutaj zmieścić całość. Nawet jeśli oznaczało to skrótowość i wbijanie informacji do głowy widza z subtelnością górnika z kilofem.

Ale czy aby na pewno? Bo osobiście mam ku temu spore wątpliwości, czy nawet sam tytuł jest trafiony. Bo o Wołyniu i całym konflikcie niewiele się tutaj mówi. Powody ku nienawiści jednej strony do drugiej słyszymy tylko w dialogach, i nie wiem na ile są prawdziwe. Czy Polacy faktycznie są winni, czy to tylko propaganda? Zresztą, w żadnym momencie filmu nie usłyszycie niczego co mogłoby uzasadnić nienawiść. Najwyżej niechęć, a z pewnością wykluczona jest tutaj chęć mordu. Nie znamy źródła konfliktu. Nie znamy dat. Dopiero po seansie sprawdziłem mapę i dowiedziałem się, że Wołyń to centralna Polska (okolice Łodzi). Film traktuje was tak jakbyście znali przynajmniej podstawy. Wiecie, co Piłsudski zrobił w 1920 roku? Smarzowski tego od was oczekuje.

Koniec końców takie stanowisko nie jest minusem. Po kolei, wracamy do wesela.





Czas na słówko o montażu. Większość ludzi go odrzuci, bo nie jest do takowego przyzwyczajona. Choćby drastyczne przejście od wesela do wojny. Mianowicie, przejścia nie ma, i wielu widzi w tym błąd, pomyłkę, "chyba coś tutaj pominięto". A prawda jest taka, że tego typu sztuczki są bardzo szanowane i trudne do osiągnięcia. A w "Wołyniu" trochę ich jest, i nie popełniono przy nich żadnego błędu. Pamiętajcie przede wszystkim, że montażysta nie decyduje o tym, co dostaje na stół. On tylko tnie i nadaje kształt czemuś, na co zazwyczaj wpływu nie miał wcześniej. I tutaj Paweł Laskowski wykonał kawał fenomenalnej roboty. Idealnie utrzymał prostotę przekazu, sprowadzając wiele momentów do jakiejś jednej sekundy, i zaraz przechodził do kolejnej sceny. Bez problemu rozumiałem przebieg zdarzeń. Moje dwa ulubione momenty dotyczą Zosi. Pierwszy to jej kąpiel w jeziorze, gdy otępiała stoi tam po pierś... i stoi. I nagle jest to cięcie na zbliżenie, trwające niecałą sekundę, może z 15 klatek, gdy widzimy Zosię płaczącą, załamaną, zdruzgotaną... ledwo mózg zdążył zarejestrować co zobaczył i już mamy cięcie, następną scenę. Więcej nie trzeba było. Doskonałe wyczucie montażysty, oklaski! Drugim momentem jest Zosia siedząca na podwórku i bawiąca się ze swoim dzieckiem. Może z 10 sekund, ale w taki miły sposób pokazało to rozwój tej postaci, chociaż tak niewiele go było. Z kobiety która wcale nie prosiła się o to, by sprawować pieczę nad nieswoimi bachorami - i to samotnie - w kobietę, która w końcu może być matką.

Swoją drogą, takie cięcie z wesela do wojny już było w kinie. W "Łowcy jeleni" (Oscar). Osobiście dostrzegam tu sporo inspiracji "Ojcem chrzestnym", tutaj też widać wiele braków artystycznych i nie panowania nad zawartością kadru (dla przykładu - wątpię, by reżyser świadomie rozświetlał parę młodą na weselu, a resztę gości dawał w ciemność. Tak po prostu padało naturalne światło i tyle). Jest na ten przykład scena wyraźnie przypominająca sekwencję chrztu z zakończenia "Godfather". To zachęca do kolejnego pytania - na ile była to oryginalna forma, a na ile chęć zrobienia filmu i pójścia na skróty w kilku miejscach, by zachować prostotę przekazu?




Wesele się kończy, zaczyna się wojna. Wdowiec i nowy mąż naszej Zosi idzie na pole bitwy i z niego wraca, na piechotę do Wołynia, z ziomkami. W nocy napadają na nich Ukraińcy (lub Rosjanie?) i mordują. Widzowi pokazane z tego jest tylko pół sekundy, gdy moczą Polakowi rękę w wiadrze (co było w środku?) a potem zdzierają skórę z kończyny górnej. Po co? Cholera wie. Zastanawiający moment. Po co to było? Taka brutalność dla brutalności i nic więcej. Chociaż mogło właśnie o to chodzić - że traktują Polaków z okrucieństwem tylko dlatego, że mogą.

Pozostałe sceny okrucieństwa są już lepsze. Przede wszystkim chwała reżyserowi za rezygnację z komputerów, a przynajmniej samemu ich nie widziałem. Gdy granat leci do środka kościoła, to nie widzimy w tle wylatujących ciał w powietrze. Tylko huk i hałas, chaos. Naturalniej tak. Zdziwiła mnie skromność finałowej masakry, ale to wina słuchania reakcji innych i tego, co tam się ponoć wyprawia. W rzeczywistości to "punkt kulminacyjny" wygląda tak, że dochodzi do dwóch brutalnych rzeczy, i już mamy dzień, i po wszystkim, teraz tylko chodzimy po lesie i widzimy jak wszędzie walają się ciała w takim lub innym stanie. Prawdopodobnie na to zabrakło budżetu, ale efekt końcowy mi nie przeszkadza. Co trzeba było to poczułem, ale chcę teraz tylko zauważyć kolejny raz, że wszelkie porównania do "Idź i patrz" są mylne. "Wołyń" ogląda się lżej niż klasykę z Białorusi, chociaż wciąż wiele dzieje się tutaj w obrębie kadru.

Jednak zamiast przeżywać, ja się zastanawiałem: "po co to wszystko?" w sensie: "Czemu Ukraińcy aż tak cwaniakowali z tym bestialstwem?". Naziści działali bez kombinowania, nawet w tym filmie. Ustawić naród w rzędzie, pruć z miniguna, i po sprawie. A Ukraińcy w "Wołyniu" wyprawiają naprawdę szalone rzeczy. W tym miejscu żałuję więc, że film nie daje szerszego kontekstu i pobudek, skąd w oprawcach tyle nienawiści i zła było, że musieli się wyładować w taki kreatywny sposób jak to pokazano na filmie. Znajomy podsunął mi ideę, że to może przez fakt, że byli wieśniakami, i wtedy mieszkańcy takich rejonów byli przyzwyczajeni do tradycyjnego podcinania gardeł i toczenia krwi (np. świniom), więc gdy przyszedł czas na grubszą akcję to musieli podkręcić tempo. Takie tłumaczenie mnie satysfakcjonuje w pewnym stopniu.

Zanim przejdę dalej to skorzystam z ostatniej okazji by napisać o tych wszystkich rzeczach, które mi się podobały. "Wołyń" jest bardzo wizualną opowieścią, która korzysta na prostocie konstrukcji i narracji. W wielu scenach nie trzeba było nic mówić, wystarczyły spojrzenia i działania podejmowane przez bohaterów. Doceniam też dopieszczenie szczegółów, jak kostiumy, lokacje, a aktorzy bez pomyłki mówią w każdym z języków. Ogólny naturalizm w realizacji też zasługuje na słowo pochwały. Strasznie podoba mi się też klamra narracyjna - mianowicie prawie wszystko co zobaczyliście w sekwencji otwierającej (wesele) wraca w finale w innej formie. Rzucanie podpaloną kłodą albo bicie się na cepy. Zakończenie również dodaję po stronie wyróżniających się zalet.

Tym samym wracam do tematu: "Wołyń" nie jest za bardzo o Wołyniu, i to wcale nie jest minusem. Tak samo nie jest wadą zalewanie nas monotonnym gadaniem o tym, że Polaków to Ukraińcy nie lubią, albo pozbawiona charakteru główna postać wiodąca. To wszystko było celowe i pełni swoją konkretną rolę, która została spełniona. Mianowicie: jest to film o nienawiści. Jako widzowie jesteśmy nią otoczeni, i im bliżej do końca tym trudniej o bezpieczną przystań. Obserwujemy jak ludzie mordują się nawzajem tylko dlatego, że są z innego kraju. Albo dlatego, że coś słyszeli. Ukraina toczy Polską krew, potem Polska w odwecie Ukraińską, a przecież wszystko zaczęło się od roku 1920... A historycy powiedzą, że jeszcze wcześniej. Po drodze jeszcze Niemcy i Rosjanie też przeleją trochę krwi. Wołyń był tylko jednym z wielu miejsc, gdzie te cztery grupy jebały się nawzajem.

Nie zobaczycie tutaj więc tych 50-60 tysięcy zabitych o których przeczytacie po seansie w encyklopedii. Zobaczycie podpaloną chatę gdzieś na horyzoncie. Usłyszycie co też Ukraińcy robią Polakom. A gdy dojdzie do najważniejszej nocy... aż spojrzałem wtedy na zegarek bo byłem ciekaw, ile ona potrwa. Była wtedy 19:08 i opierając się na plotkach nastawiałem się na 20 minut intensywnego gore. Dostałem może jedną minutę. Przychodzi dzień i obserwujemy wszędzie skutki masakry. Ciała idą spokojnie w setki. Ale to wciąż nie są tysiące, a tym bardziej jakiś punkt kulminacyjny. Nie czuję zawodu. Piszę o tym, byście wy nie oczekiwali cholera wie czego.

Bo liczy się co innego: że wszyscy jebią wszystkich. Atmosfera zaszczucia jest autentyczna. W finale nie ma już Ukraińców ani Polaków, ani innych nacji. Są tylko ludzie którzy odrzucili własne człowieczeństwo. Dochodzi do sytuacji w których Polacy mordują Polaków, Ukraińcy Ukraińców, i wszyscy są zadowoleni. A "Wołyń" jest na tyle cwanym filmem, że w centrum wydarzeń umieszcza mieszaną rodzinę, w każdym możliwym sensie. Zosia nie jest na koniec ani Ukrainką, ani Polką. Jest jedynie człowiekiem, otoczonym przez istoty które ludźmi już nie są.

Na koniec myślę sobie: "Dobrze, ale jakie jest zakończenie? O czym jest ten film?". W tym sensie Smarzowski poległ, bo widzowie niczego nie nauczą się od niego. Reakcje widowni wszędzie są takie same: ludzie chcący nienawidzić z filmu wyniosą tylko kolejny powód do nienawiści. A to, czy do Polaka, Ukraińca, Rosjanina, Niemca, Kaszuba, Komunisty, Patrioty, Nazisty, Narodowca lub Faszysty... to nie ma znaczenia. Ja wyciągam z tego filmu lekcję pokoju wśród rasy ludzkiej, ale tylko dlatego, że ja to już wiedziałem wcześniej. "Wołyń" nikogo nie zmieni. On tylko utwierdzi was wszystkich w tym stanowisku, który już obejmujecie.

Bo wiecie, samo powiedzenia, że rasizm jest zły, bo jest zły - to nie wystarczy. Przynajmniej jak na razie. Na przeszkodzie stoi choćby to, że ludzie nie wiedzą czym rasizm jest. Jeśli ktoś im zada pytanie to będą jak ten chłop z filmu, tłumaczący honor: "To jest takie coś, że jak powiesz, że coś zrobisz, to musisz to zrobić, choćby nie wiem co". Aha. Też nie wiedziałem, czym rasizm jest. Pamiętam, kiedy to się zmieniło - gdy wziąłem z warszawskiej wypożyczalni "Powrót człowieka pierwotnego", zbiór esejów Ayn Rand, i przeczytałem liczący wiele stron tekst o rasizmie właśnie. Jeśli macie ochotę spróbować, i jesteście spoza stolicy, to znalazłem taki oto amatorski audiobook tej publikacji. Nie mam złudzeń, że dacie radę to wysłuchać, bo całość jest trudna i wymaga 100% skupienia (a do tego potrzebny jest nieskazitelny lektor), ale tak daję, byście mieli pojęcie jak taki tekst wygląda.





Smarzowski wyraźnie był pochłonięty jedną myślą: że Wołyń został przemilczany. A skoro dziś pan Wojciech ma pozycję jaką ma to może ten film zrobić, by ludzie się dowiedzieli o tym do czego wtedy doszło. I przystąpił do pracy, bez zadawania sobie kolejnego pytania: "Po co?" To wbrew pozorom różne pytania są. To nie jest tradycyjny film z trzema aktami, działa więc na innych zasadach. Po co przypominać o tych wydarzeniach? To nie jest dziennikarstwo, to nie jest świeża sprawa. To nie są gwałty sylwestrowe 2015/16, o których media niemieckie milczały. To jest historia sprzed wielu dekad, i przypomnienie o tym spowoduje... no właśnie, co? Tego w planie nie było. A powinno być. "Wołyń" został wypuszczony w świat i "zobaczymy co się stanie". On rozbudza emocje, ale jednocześnie nie nadaje im żadnego kierunku, przez co rozpłyną się w czasie. I dobrze, bo tak na świeżo to nie wygląda dobrze. Jedni widzowie czują nienawiść, inni wstyd, kolejni poczuwają się do winy. Gdy oglądam recenzję filmu na YouTube obok w polecanych mam filmik zatytułowany "Młodzi Ukraińcy przepraszają za Wołyń - Czy nam wybaczycie?". I to nie prowadzi do świata w którym da się żyć. Wyobrażacie sobie, że spotykacie tak jak ja Magnusa von Horna, reżysera "Intruza", i pierwsze co od niego słyszycie to błaganie o wybaczenie za Potop Szwedzki? Kino biorące na warsztat takie tematy powinno uważać na te sprawy w mojej ocenie, skoro chce być czymś więcej.

To nie jest ważny film. To nie jest produkcja, którą każdy powinien zobaczyć. Nie jest nawet szczególnie brutalna. Koniec końców jest to po prostu kolejny film o tym, że wojna jest zła, który niczego nie zmieni. Najlepiej mają nie-Słowianie, dla których język Polski, Ukraiński i Rosyjski brzmi jak jeden chuj, a na hasło Wołyń myślą o sushi, więc dostaną film prawdziwie uniwersalny. Zobaczą grupę ludzi (nie należących do jednego kraju) w jakiejś przykładowej wiosce, których były setki tysięcy w czasie tego konfliktu.




"Wołyń" otrzymuje ode mnie na koniec wysoką ocenę: za wspaniałą, prostą opowieść w której wszystkie minusy składają się finalnie na wielką zaletę. W zakończeniu nie ma znaczenia kim jesteśmy i na kogo patrzymy. Ogarnia nas uniwersalny chaos i zło, którego nie potrafimy zrozumieć. Nawet nie wiemy, gdzie zacząć. Przed nim można tylko uciekać. By uratować człowieczeństwo - a na to jest zawsze szansa, zdaje się nam mówić w zakończeniu. Smarzowski chyba zrobił tu wszystko co było w jego zasięgu - pokazał świat ogarnięty zarazą nienawiści w którym nie ma nikogo kto ma pewność, że następnego dnia zobaczy wschód słońca. W takim świecie nie ma wygranych. Nie tędy droga. Nie zrobił jednak filmu wystarczająco mocnego, by po jego obejrzeniu ludzie nie próbowali nią nadal podążać.

A teraz wracam do czekania na filmu o Bataańskim Marszu Śmierci. Mam przeczucie, że mogłoby powstać z tego dobre kino. Tak po prostu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz