poniedziałek, 5 grudnia 2016

Obejrzałem w listopadzie dobre filmy. I seriale.




Jak co miesiąc piszę o filmach i serialach, które widziałem w ciągu ostatnich ~30 dni. Od najlepszego do najmniej wartego tego, by o nim wspominać. Widać, że nie miałem w tym miesiącu czasu by oglądać cokolwiek...


7x Filmstruck (VoD)
6x Pięć Smaków (Festiwal Filmowy)
5x Scope100 (VoD)
2x Kino
1x Mubi (VoD)







Nowy początek / Arrival (2016) - 8/10. Na Ziemi pojawiają się takie duże czarne jajka z kosmosu, z kosmitami wewnątrz. Niemiec wychodzi przed chatę, widzi jedno takie jajco i mówi: "Wunderbar!". Polak widzi czarne jajo i mówi: "O kurwa". Amerykanin mówi w takiej sytuacji: "Musimy to wysadzić w powietrze, żeby mieć pewność, że jesteśmy bezpieczni". Ale najpierw z jakiegoś powodu wołają po naukowców, by ci spróbowali nawiązać kontakt i dowiedzieć się, jaki jest cel oraz charakter obcych. Pewnie twórcy chcą wybielić Amerykanów i dopierdolić Chińczykom, którzy w tej opowieści są jeszcze bardziej pierwsi do detonowania UFO od obywateli Stanów Zjednoczonych. Więcej nie warto zdradzać co się wyprawia w tym filmie, ale jest tu między innymi Amy Adams dotykająca się z ośmiornicą, która nie ma ośmiu kończyn, tak więc jest ciekawie. Przede wszystkim: reżyseria jest wspaniała. Ujęło mnie podkreślenie masywności zdarzeń w filmie, oraz celebracja każdej chwili. Rozprzestrzenienie się wieści o kontakcie. Zamarcie codziennego życia z dnia na dzień. Ujrzenie w całej okazałości statku obcych (i doliny, gdzie zaparkowali!). Wejście do ich statku. I pierwszy kontakt... pierwsze ujrzenie obcych... Cholera, opłaciło się czekać. Potem niestety tempo filmu wyraźnie przyspiesza, i za dużo jest tutaj militarnych wstawek ("MUSIMY ZNAĆ ODPOWIEDZI! MOI PRZEŁOŻENI ZACZYNAJĄ BYĆ NERWOWI! CO JA MAM IM POWIEDZIEĆ?!"), jednak film... broni się. I to jak cholera. Wzięto tutaj na warsztat kilka autentycznych naukowych zagadnień, zagarnęli w obroty ludzi którzy znają się na temacie, opakowano to w narracyjną perełkę... i opowiedziano o ważnych tematach, bez popadania w banał. Sami twórcy chcieli poruszyć temat języka i tego, jak ważny on jest dla ludzkości. Ja sam preferuję jednak widzieć tu opowieść o człowieku uczącym się, że to co dobre jest dużo ważniejsze od tego, co dobre nie jest. Staram się pisać bez spoilerów, ludzie, work with me here. Lubię po prostu kino, które ma coś do powiedzenia. Coś, z czym się zgadzam. I mówi to w godny uznania sposób.

Btw: jeśli chcecie coś podobnego, ale genialnego w inny sposób - obejrzyjcie "To Serve Man", epizod "Strefy Mroku" z 1962 roku.

Fanny i Alexander / Fanny och Alexander (1982) - 7/10. Powtórka, wersja 310 minut (kinowa trwa 188). Cały dzień oglądałem, i było warto, bo to wciąż bardzo przyjemny film w oglądaniu jest. Rozgrywa się na początku XX wieku w arystokratycznej rodzinie Szweckiej, która właśnie przystępuje do obchodzenia świąt Bożego Narodzenia. Pewnym zaskoczeniem jest to, jak niewiele się tutaj dzieje tak naprawdę. Gdybyście chcieli przerwać seans w połowie i wystawić ocenę - nie mielibyście co ocenić, bo do tej pory rzeczy działy się, jedna po drugiej, ale o czym jest ta historia? Jeszcze o niczym. Dopiero około 3-4 godziny, gdy Alex składał przysięgę, wtedy dopiero zaczął klarować mi się w głowie zamysł reżysera. Drugim zaskoczeniem jest zwyczajność tej produkcji. Pod wieloma względami to mógł być typowy dwugodzinny dramat amerykański w stylu "Zwyczajnych ludzi". Ale za reżyserię wziął się Europejczyk który wypierdolił w kosmos każdy aspekt produkcji, tworząc pięciogodzinny fresk. Objawia się to w trzech aspektach. Po pierwsze, mamy tutaj piękny kunszt artystyczny. Pierwsza część rozgrywająca się w Wigilię trwa półtorej godziny i jest piękna. Kolory, barwy, atmosfera! Rodzina przy wspólnym stole razem ze służbą! Ludzie zostający na noc i dyskutujący o wszystkim. Dorośli opowiadają dzieciom bajki na dobranoc. Wszędzie stoją zapalone świeczki, nawet zawiesili je na drzewkach świątecznych (jak oni to robili?). Kostiumy, scenografia, stara szkoła opowiadania sceny ruchem kamery której obiektyw krąży po każdym pomieszczeniu (zamiast pokazywać tylko plan ogólny przez cały czas). Tutaj nikt "nie umiera". Tutaj "cierpienie kończy się wraz z oddaniem swego ostatniego tchnienia". Po drugie, konstrukcje długich scen. Szczegół, który zwrócił moją uwagę, mianowicie: to nigdy nie jest zapowiedziane. Praca kamery jest zwyczajna, kompozycja kadru zapowiada zwykłą scenę. Przejściową, prowadzącą tylko do kolejnej. A tutaj ujęcie trwa, i w kadrze dzieje się coraz więcej. Ciekawa metoda. Po trzecie, monologi. Aktor mówiący przez kilka minut to trudna sztuka, ciężkie i nie łatwe w spożyciu. W "FoA" jest to. Aktorzy umieją skupić na sobie uwagę widza. Podobnie jak wcześniej, biorą oglądającego z zaskoczenia. Ja ich przede wszystkim słuchałem, a po długim czasie zdawałem sobie sprawę, że przecież słucham monologu! Jak oni to robią? Jest coś w ich rytmie. Coś z opowiadania historii. Jak w stand upie - oni też oszukują uwagę odbiorcy. 

Długi wielki piątek / Long Good Friday (1980) - 7/10. Niestety oglądałem bez angielskich napisów (lub jakichkolwiek innych), więc ledwo rozumiałem co te Brytyjczyki gadały. Mamy tutaj mafię - poważną, ale przyziemną. Gdzieś w połowie drogi między "Sopranos" oraz "Godfather". Podczas tytułowego Piątku ktoś zaczyna zabijać członków organizacji. Głowa rodziny, w tej roli doskonały Bob Hoskins, zaczyna śledztwo. Chce wiedzieć, kto i dlaczego majstruje z jego interesami. A potem to naprawić. Solidny, bezwzględny film. Zaskoczony jestem tym, że często byłem w jakiś sposób brany... cóż, z zaskoczenia. A film stosuje jakichś nowych sztuczek. Korzysta z nich jedynie we wzorcowy sposób. Plus piękne zakończenie. Kto by się spodziewał, że tak napiszę o Hoskinsie?... 

Serce z kamienia / Hjartasteinn (2016) - 7/10. Piękny film o relacji człowieka z rybą. Islandia i świat młodych ludzi, wyjęty chyba z lat 80. lub 90. Historia jest tutaj śladowa, a seans nastawiony jest przede wszystkim na poznawanie życie przez postaci na ekranie. Najistotniejszy jest tutaj aspekt seksualny i odkrywanie powoli tej nowej strony życia - zdawanie sobie sprawy z tego, że dotknięcie czyjejś twarzy wywołuje nieznane i niespotykane reakcje w nas samych. Strasznie podoba mi się niedzisiejszość relacji między potencjalnymi zakochanymi. Gdy oglądam współczesne produkcje o tym zagadnieniu to bardzo dużo jest wtedy gadania maskującego/wyrażającego zdenerwowanie. W "Sercach z kamieniach" Thor i reszta umieją po prostu być w swoim towarzystwie. Powoli próbować. Rozumieją się nawzajem. Jest tu obecny ten język ciała, słowa są śladowe. Drugim elementem który polubiłem był obraz świata dorosłych, którzy to są faktycznymi dziećmi w tej opowieści, i tylko przeszkadzają w poznawaniu, odkrywaniu, dorastaniu. Podchodzą do życia o wiele mniej poważnie niż Christian i jego rówieśnicy. Jak w prawdziwym życiu.:) Na minus oczywiście cała europejskość - zabijanie zwierząt, masturbacja i samobójstwa. Pierwsze kilkanaście minut wydaje się jakby twórcy chcieli ustawić kolejkę z samych takich rzeczy. Na szczęście wyłania się z tego autonomiczny film. Piękny film o akceptacji i odkrywaniu. Skojarzył mi się przede wszystkim (z jakiegoś powodu) z Oscarowym "W lepszym świecie", ale tu chyba działa też każde Norweskie kino, z filmami tego mniej znanego Triera na czele.







Zapis moich zmysłów / A Copy of My Mind (2015) - 7/10. Pierwsza część trylogii będącej listem miłosnym do Indonezji, ojczyzny reżysera. Kolejne części są dopiero w przedprodukcji."Zapis..." to historia dwojga ludzi - niezamożnej kobiety, która lubi kino klasy B, oraz chłopa, który robi napisy do pirackich DVD. Razem spędzają czas w kierunku lepszego życia. Ona zmieni pracę na bardziej ambitną. On usunie lenia ze swego organizmu. To mądrze skonstruowany film, i bardzo miły w oglądaniu. Przytulają się, historia jest w porządku. Podobała mi się ta laurka do piracenia, kupowania DVD, tęsknoty za czasami gdy można było zwabić laskę do mieszkania tekstem "mam mnóstwo filmów, możesz sobie wybrać ile chcesz" i marzenia o zakupie własnego kina domowego. A potem jesteśmy zaskakiwani znakomitym zwrotem akcji. Siła tego obrazu na pewno objawi się w pełni dopiero gdy światło ujrzy pełna trylogia (kolejne rozdziały pokażą resztę wydarzeń, a te znane zobaczymy z innej perspektywy). Do tego czasu to cwany, przyjemny obraz, pokazujący też współczesną Indonezję i jej wewnętrznych sprzeczności. Pokój głównej bohaterki by wzorowany na pokoju w którym mieszkał reżyser gdy pierwszy raz przyjechał do Dżakarty. Całość nagrano w 8 dni za 20 tysięcy dolarów, a aktorzy dostali nagrody za swoje występy. Przedprodukcja trwała pół roku. Największym minusem jest wolne tempo. Spokojnie można było przyspieszyć tę produkcję, skrócić do jakichś 80 minut. Dość powiedzieć, że film trwa o 17 minut za długo w mojej ocenie.


Brzemię snu / Burden of Dreams (1982) - 7/10. Dokument o tym, jak powstawał "Fitzgeraldo" Wernera Herzoga. Opowieść o szaleńcu, który próbuje wciągnąć parowiec na górę w Ameryce Południowej. Problemy zakulisowe - po nakręceniu 3/4 zdjęć główny aktor rozchorował się i nie mógł kontynuować. Przez opóźnienia związane z szukaniem następcy od projektu odszedł Mike Jegger (wokalista Rolling Stones). Czy Herzog w ogóle na na tym etapie siły by kontynuować tworzenie? W końcu musi zacząć od początku. Herzog powiedział wtedy tylko: "Jak tego nie zrobię to będę człowiekiem bez marzeń". Ważnym elementem filmu było też tło, z ludźmi dzikimi, posiadających własną kulturę niezrozumiałą dla białych ludzi. Herzog naciskał, by utrzymywać z nimi kontakt (ale bez wpływania na nich, podawania im "naszego" jedzenia itd), bo to wprowadzi ekipę w inny nastrój. Kinski był wkurwiony. 







Evolution of a Filipino Family/ Ebolusyon ng isang pamilyang pilipino (2004) - 7/10. Film trwający według filmwebu 9 godzin. Wersja którą oglądałem trwała 625 minut (617 bez napisów końcowych), czyli półtorej godziny więcej. Rozumiem filozofię tego filmu - reżyser umieszcza fabułę w życiu głównych bohaterów. Ale najpierw przedstawia on owe życie. Pracę na polu. Monotonię. Rozmowy dla zabicia czasu. I to działa, bo dla widza przerwy na słuchanie audycji radiowej są tym samym co dla postaci na ekranie. Mija półtorej godziny zanim dowiemy się o tym, że matka ma problemy z wzrokiem - czyli o czymś, co zazwyczaj jest na początku filmu, by budowało konflikt. Diaz tworzy inaczej. Celowo dodaje sceny, w których nic się nie dzieje, by zbudować w ten sposób odpowiednią przestrzeń - również w czasie. Przyzwyczaja widza do pewnych rozwiązań, hipnotyzuje go. Ta opowieść ma specyficzny rytm, w którym każda scena jest niewiadomą. Możemy oglądać typowe wyjście rolnika na dwór, gdy to siada na ławeczce i ma przerwę. I to by było na tyle, rolnik je, odpoczywa i mamy cięcie. Scena zmierza do nikąd. Ale równie dobrze po takim wstępie możemy doświadczyć naprawdę mocnego rozwinięcia, w postaci choćby dramatycznej konwersacji. To również Diaz umie robić cholernie dobrze. Umie przedstawić kłótnię słowną dwojga ludzi, która łapie widza za zęby. Reżyser dawkuje te momenty umiejętnie, zawsze zaskakując odbiorcę, dlatego są takie skuteczne. Język filmowy Diaza jest wręcz podstawowy, kamera zazwyczaj stoi nieruchomo, zamykając swoich bohaterów na niewielkiej przestrzeni. Widz jest przy nich, gdy to decydują o swoim dalszym losie, jaki mają podjąć wybór, który znacząco wpłynie na ich przyszłość. Długie, intensywne, ciągnące się momenty. Praca kamery też zasługuje na komentarz, ponieważ... Ona jest zawsze widoczna. Jesteście świadomi, że to jest kręcone. 







Rudobrody / Red Beard (1965) - 6/10. Powtórka. Trzygodzinna produkcja o młodym lekarzu, który przekonuje się do metod pewnego starszego doktora, tytułowego Rudobrodego, który specjalizuje się w leczeniu biednych. Cała opowieść ma konstrukcję nowelkową, tytułowa postać pojawia się okazjonalnie, a skupienie reżysera spoczęło na opowiadaniu kolejnych przygód młodego lekarza. Nie lubię takich produkcji, a ta na dodatek promuje publiczną służbę zdrowia, ale ocenę daję wysoką. A chciałem dać nawet wyższą. Pod względem czysto filmowym jest to doskonała produkcja. Ogląda się ją smacznie, to może być najlepsze dokonanie Kurosawy. Konstrukcja każdej sceny to miniaturowe dzieło sztuki. Od czasu do czasu zdarza się jakaś perełka - moim faworytem jest moment podawania wariatce lekarstwa. Skupiony, nerwowy, doskonały moment z delikatną nutą lekkości w grze Mifune.







Bezsenność / Insomnia (1997) - 6/10. Policjant pomaga złapać mordercę sam staje się zabójcą. Oryginalny film, który pięć lat później został nakręcony jeszcze raz, tylko w USA, przez Chrisa Nolan. Amerykanie są na pewno lepsi w ekspozycji - podkreślają brak pory snu, wyraźniej kreślą też całą fabułę. Oryginał z drugiej strony ledwo porusza motyw tytułowej bezsenności, zamiast tego w kilku miejscach podbija oślepiającą biel Norweskiej ziemi. Historia toczy się w jednym tempie, nie angażuje. Zresztą, łatwo się domyślić od pewnego momentu gdzie to idzie. Europa robi jednak lepiej co innego - brudny klimat oraz relację głównego bohatera z podejrzanym. Opening sam w sobie jest niepokojący jak cholera, z kadrami wyglądającymi jakby były prywatnymi nagraniami morderczego psychopaty. Stellan Skarsgard z kolei tworzy niezwykłą kreację - mężczyzny o którym nie wiadomo co myśleć. Czy jest taki cały czas, czy też ma właśnie gorszy okres i jest pod ogromną presją, dlatego zachowuje się w taki sposób? Chłop agresywny, może nawet niezrównoważony. Czy on w ogóle nad sobą panuje, czy też idzie z prądem, byle tylko przetrwać i być na górze? Jak zwykle w naszym kinie, najciekawsze są niuanse.

Gasnący płomień / Gaslight (1944) - 6/10. Żona zapomina o tym, że coś powiedziała. Wzięła coś, ale teraz przy sobie nie ma. Coś znika, ale ona twierdzi, że tego nie zabrała, chociaż ma przy sobie. Wy potrzebujecie kilka minut by dojść do wniosku, co się dzieje. Film potrzebuje prawie dwie godziny. Pierwsze 20 minut i ostatnie 10 wystarczy, nie trzeba oglądać całości. Ale jestem fanem kina, w którym każda postać wypowiada się z manierą w głosie, a po ulicach Londynu jeżdżą taksówki ciągnięte przez konie. To mnie właśnie kręci. Jak chcecie to dostać w lepszej produkcji to obejrzyjcie "Red Shoes", albo "Waterloo Bridge"







Znałem ją dobrze / Io la conoscevo bene / I Knew Her Well (1965) - 6/10. Opowieść o kobiecie, która jest bumelantem. Tak to chyba jest najszybciej określić. Przykład filmu skierowanego do określonej grupy odbiorczej, która może się utożsamić z główną bohaterką, i po seansie nie będzie popełniać jej błędów. Nie traktuje życia zbyt poważnie, głowa cały czas w chmurach i ślepa na otaczające ją fakty, szuka miłości nie widząc jej przed własnymi oczami, próbuje być istotna nie znając własnej wartości i jak wiele naprawdę znaczy... Takie tam. Treść nie była więc zbyt ciekawa, ale to jest nakręcone w stylu wczesnego Skolimowskiego. Praca kamery i język obrazu przypominały mi o "Barierze" i innych dziełach Polaka. Nowa fala w pełni. Strasznie spodobała mi się też katedra którą bohaterka mija w okolicy 40 minuty. Co to było? Gaudi?

Uciszone / Sanitarium* / Gyeong-seong-hak-gyo: sa-la-jin so-nyeo-deul (2015) - 6/10. Horror z Korei Południowej o szkole dla dziewczyn, do której przybywa nowa uczennica: Shijuko. I dochodzi do coraz to bardziej trudnych w wytłumaczeniu rzeczy. Okazuje się między innymi, że zanim ona przyjechała to była tutaj już jedna taka Shijuko. Ale niespodziewanie została wypisana... Trzeba przyznać: klimat jest. Psychodeliczne momenty mają prawo przypaść do gustu, jednak ten seans był też męczący. Były dwa główne przyczyny: - bohaterki były bierne. Zamiast próbować zrozumieć o co chodzi jedynie przeżywały te sytuacje, a potem mówiły: "Nie, nic się nie stało" by nie zostać ukaranymi, i powtarzamy. - zdarzenia nie dodają się. Wiele z nich to jedynie powtórki tego, co już wiemy. A wiemy, że COŚ się dzieje. Kolejne momenty nie przybliżają nas do rozwiązania, nie dodają pytań, nie zmieniają zasad gry w żaden sposób. Nie tworzymy sobie w głowie żadnej teorii, którą następne wydarzenia mogłyby zmieniać. Jednym słowem: "Harry Potter i Komnata Tajemnic" jest lepsze od "Uciszonej" pod każdym względem. Wyjaśnienie oczywiście ssie i jest szalenie bezpieczne i wytarte, ale to mi nie przeszkadza. Bardziej fakt, że podróż do wyjaśnienia była taka monotonna. Wiele rzeczy też nie wyjaśniono, postaciom brakuje charakteru, szkole brakuje życia... Można tak wymieniać. Ale film mimo wszystko działa na inne sposoby. Momenty straszne są skuteczne i napięcie które wprowadzają zostaje w historii. Muzyka jest znakomita. No i lubię takie filmy które zaczynają się od bohaterki jadącej w jakieś miejsce, po cichu, bez słowa, patrzącej się przez okno, tylko w towarzystwie muzyki.

*pod takim tytułem pojawił się na dniach na polskim Netflixie...



Legion samobójców / Suicide Squad (2016) - 5/10. Cóż, ten film był przeklęty od początku. Mamy tutaj niby koncept taki, że wysyłamy złych w bój, bo chuj z nimi, są źli, jak umrą to też będzie fajnie. A jak im się uda wykonać zadanie to tylko lepiej. Najwyżej sami ich zabijemy. Problem w tym, że... oni wcale nie są źli. Jasne, pokazano nam jak Diablo podpala cały majdan w sekundę, ale nie czujemy tego w jego postaci, i nigdy potem nie doświadczamy śladu złej energii w tej postaci. Ani w żadnej innej. One wszystkie są złote chłopaki. Sytuacja identyczna co przy filmie "Butch Cassidy i Sundance Kid", tylko nie tak na poważnie, więc i bardziej strawnie. Drugi minus - to przyczyna konfliktu. Otóż, rząd jak zwykle robi tylko to co umie, czyli tworzy problemy a potem je naprawia. Wymyślili sobie w tym Waszyngtonie, że skoro są superchłopy (Clark Kent i inni), to musimy mieć plan zapasowy na wypadek, gdyby któryś superchłop nie był po "naszej" stronie. Robią więc tytułowy Legion, i proszę, pierwsze co się dzieje to jeden z członków staje się pierwszym przeciwnikiem. Morał z tej historii jest taki, że Departament Obrony musi usiąść na dupie, bo ma za dużo zabawek. Aha, przemysł filmowy nadal nie ma pojęcia o tym jak superbohaterowie powinni spuszczać sobie łomot. Świeżaki stają naprzeciw Łotrów chodzących po tej Ziemi od tysięcy lat, i robią z nimi porządek z minut dwie. Nie mówiąc o tym, że sceny akcji sprowadzają się do napierdalania. Wykorzystywanie specjalnych umiejętności bohaterów? Otoczenia? Współpraca? Po chuj? W pewnym momencie nawet biją się na pięści jak prostaki, śmiech na sali. Ponad to problemy produkcyjne widać tu wyraźnie, bo zbyt wielu ludzi było w to zaangażowanych i każdy był pewny swego. Zaczęło się od niewinnego "Rozwińcie postać Deadshota, bo Bill Smith jest z nami", co zrobili. Kosztem innych elementów filmu. Ale nawet wobec tego jest coś w "Legionie...". Widać potencjał tego, co mamy na stole. Mam świadomość, że z tego mogło wyjść coś naprawdę udanego! Widać pomysły, talent i uczucie w tym wszystkim! Floyd widzący na samym końcu swoją córkę! Harley pragnąca ekspresu do kawy. Diablo odmawiający zabijania! Jest w tym potencjał i głębia. Ogólnie to nie zasnąłem podczas seansu, i nadal jestem optymistycznie nastawiony do kontynuacji SS.

A co z wersją rozszerzoną? Nic. To nadal ten sam film. Tylko ciut lepszy.

Ci którzy skaczą / Those Who Jump (2016) - 5/10. Dokument o imigrantach pozbawiony kontekstu do tego stopnia, że za parę lat nie będzie sensu go oglądać. Nawet dziś trzeba przeczytać opis by było wiadomo o co chodzi, bo twórcy przez pół filmu trzymają widza w ciemności. A potem dostajemy tylko skrawki informacji. Akcja rozgrywa się w obozie na granicy południowej z Hiszpanią, gdzie ludzie z Afryki czatują, bo chcą do Europy. Ale jest mur, i generalnie nikt ich nie wpuszcza, więc... żyją tam sobie. I żyją. I żyją. I nic się nie dzieje. Zagrają w piłkę, nagrają o tym film, czasem spróbują przedostać się przez mur. Przed czym uciekają? Nie wiadomo. Czemu ich nie wpuszczają? Nie wiadomo. Czemu chcą się tam dostać? Nie wiadomo. Parę razy powiedzieli tylko, ze tam jest niebo, ale co to znaczy? Czy będą tam pracować czy przyjechali tylko po socjal? Nie wiadomo. A może są Islamistami którzy będą podawać się za piętnastolatków? Nie wiadomo. Kwestie religijne i tematy związane z napływem imigrantów do Europy nie są w ogóle podejmowane. Fajnie sobie przypomnieć, że uchodźcami są również tacy ludzie, nie powiem. Ale poza tym jest to film, który leci sobie w tle.





Zwierzęta nocy / Nocturnal Animals (2016) - 4/10. Ech. Amy Adams pracuje jako właściciel galerii sztuki w mieście El Pueblo de Nuestra Señora la Reina de los Ángeles del Río Porciúncula. Nie widzi sensu w obiektach które sprzedaje. Nie widzi sensu w mężu, który ją zdradza. Dostaje paczkę w której jest książka napisana przez jej ex-męża i z kolei ja nie widzę sensu w czytaniu jej, skoro zaczyna się jak jednowymiarowa zrzynka z dowolnego kina akcji ostatnich 30 lat, gdzie zamiast Arnolda jako bohatera mieliśmy przeciętnego Nowaka postawionego w sytuacji zagrożenia. Ot, choćby "Breakdown" z 1997 roku zrobił to bardzo dobrze. W "Zwierzętach nocy" zrobiono to tak, że zasypiałem podczas seansu. Dlaczego? Można to rozbić na wiele elementów. Brakuje tu choćby elementu zachęcającego do wyczekiwania na odpowiedź. Bo pytania są postawione, tylko nie wydają się one istotne. Najgorsze jest jednak to, że... ten film jest płaski, i nie zmienia się. Zaczyna się jako opowieść o kobicie która nie wie, co robić, i kończy się jako taki. A jednak trzeba przy nim spędzić dwie godziny, by mieć to za sobą. Ech. A przecież Ford pokazuje klasę jako reżyser, aktorzy się sprawdzają, Korzeniowski idzie po złoto...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz