poniedziałek, 5 grudnia 2016

Obejrzałem w listopadzie dobre filmy. I seriale.




Fanny i Alexander / Fanny och Alexander (1982) - 7/10. Powtórka, wersja 310 minut (kinowa trwa 188). Cały dzień oglądałem, i było warto, bo to wciąż bardzo przyjemny film w oglądaniu jest. Rozgrywa się na początku XX wieku w arystokratycznej rodzinie Szweckiej, która właśnie przystępuje do obchodzenia świąt Bożego Narodzenia. Pewnym zaskoczeniem jest to, jak niewiele się tutaj dzieje tak naprawdę. Gdybyście chcieli przerwać seans w połowie i wystawić ocenę - nie mielibyście co ocenić, bo do tej pory rzeczy działy się, jedna po drugiej, ale o czym jest ta historia? Jeszcze o niczym. Dopiero około 3-4 godziny, gdy Alex składał przysięgę, wtedy dopiero zaczął klarować mi się w głowie zamysł reżysera. Drugim zaskoczeniem jest zwyczajność tej produkcji. Pod wieloma względami to mógł być typowy dwugodzinny dramat amerykański w stylu "Zwyczajnych ludzi". Ale za reżyserię wziął się Europejczyk który wypierdolił w kosmos każdy aspekt produkcji, tworząc pięciogodzinny fresk. Objawia się to w trzech aspektach. Po pierwsze, mamy tutaj piękny kunszt artystyczny. Pierwsza część rozgrywająca się w Wigilię trwa półtorej godziny i jest piękna. Kolory, barwy, atmosfera! Rodzina przy wspólnym stole razem ze służbą! Ludzie zostający na noc i dyskutujący o wszystkim. Dorośli opowiadają dzieciom bajki na dobranoc. Wszędzie stoją zapalone świeczki, nawet zawiesili je na drzewkach świątecznych (jak oni to robili?). Kostiumy, scenografia, stara szkoła opowiadania sceny ruchem kamery której obiektyw krąży po każdym pomieszczeniu (zamiast pokazywać tylko plan ogólny przez cały czas). Tutaj nikt "nie umiera". Tutaj "cierpienie kończy się wraz z oddaniem swego ostatniego tchnienia". Po drugie, konstrukcje długich scen. Szczegół, który zwrócił moją uwagę, mianowicie: to nigdy nie jest zapowiedziane. Praca kamery jest zwyczajna, kompozycja kadru zapowiada zwykłą scenę. Przejściową, prowadzącą tylko do kolejnej. A tutaj ujęcie trwa, i w kadrze dzieje się coraz więcej. Ciekawa metoda. Po trzecie, monologi. Aktor mówiący przez kilka minut to trudna sztuka, ciężkie i nie łatwe w spożyciu. W "FoA" jest to. Aktorzy umieją skupić na sobie uwagę widza. Podobnie jak wcześniej, biorą oglądającego z zaskoczenia. Ja ich przede wszystkim słuchałem, a po długim czasie zdawałem sobie sprawę, że przecież słucham monologu! Jak oni to robią? Jest coś w ich rytmie. Coś z opowiadania historii. Jak w stand upie - oni też oszukują uwagę odbiorcy. 

Długi wielki piątek / Long Good Friday (1980) - 7/10. Niestety oglądałem bez angielskich napisów (lub jakichkolwiek innych), więc ledwo rozumiałem co te Brytyjczyki gadały. Mamy tutaj mafię - poważną, ale przyziemną. Gdzieś w połowie drogi między "Sopranos" oraz "Godfather". Podczas tytułowego Piątku ktoś zaczyna zabijać członków organizacji. Głowa rodziny, w tej roli doskonały Bob Hoskins, zaczyna śledztwo. Chce wiedzieć, kto i dlaczego majstruje z jego interesami. A potem to naprawić. Solidny, bezwzględny film. Zaskoczony jestem tym, że często byłem w jakiś sposób brany... cóż, z zaskoczenia. A film stosuje jakichś nowych sztuczek. Korzysta z nich jedynie we wzorcowy sposób. Plus piękne zakończenie. Kto by się spodziewał, że tak napiszę o Hoskinsie?... 







Zapis moich zmysłów / A Copy of My Mind (2015) - 7/10. Pierwsza część trylogii będącej listem miłosnym do Indonezji, ojczyzny reżysera. Kolejne części są dopiero w przedprodukcji."Zapis..." to historia dwojga ludzi - niezamożnej kobiety, która lubi kino klasy B, oraz chłopa, który robi napisy do pirackich DVD. Razem spędzają czas w kierunku lepszego życia. Ona zmieni pracę na bardziej ambitną. On usunie lenia ze swego organizmu. To mądrze skonstruowany film, i bardzo miły w oglądaniu. Przytulają się, historia jest w porządku. Podobała mi się ta laurka do piracenia, kupowania DVD, tęsknoty za czasami gdy można było zwabić laskę do mieszkania tekstem "mam mnóstwo filmów, możesz sobie wybrać ile chcesz" i marzenia o zakupie własnego kina domowego. A potem jesteśmy zaskakiwani znakomitym zwrotem akcji. Siła tego obrazu na pewno objawi się w pełni dopiero gdy światło ujrzy pełna trylogia (kolejne rozdziały pokażą resztę wydarzeń, a te znane zobaczymy z innej perspektywy). Do tego czasu to cwany, przyjemny obraz, pokazujący też współczesną Indonezję i jej wewnętrznych sprzeczności. Pokój głównej bohaterki by wzorowany na pokoju w którym mieszkał reżyser gdy pierwszy raz przyjechał do Dżakarty. Całość nagrano w 8 dni za 20 tysięcy dolarów, a aktorzy dostali nagrody za swoje występy. Przedprodukcja trwała pół roku. Największym minusem jest wolne tempo. Spokojnie można było przyspieszyć tę produkcję, skrócić do jakichś 80 minut. Dość powiedzieć, że film trwa o 17 minut za długo w mojej ocenie.


Brzemię snu / Burden of Dreams (1982) - 7/10. Dokument o tym, jak powstawał "Fitzgeraldo" Wernera Herzoga. Opowieść o szaleńcu, który próbuje wciągnąć parowiec na górę w Ameryce Południowej. Problemy zakulisowe - po nakręceniu 3/4 zdjęć główny aktor rozchorował się i nie mógł kontynuować. Przez opóźnienia związane z szukaniem następcy od projektu odszedł Mike Jegger (wokalista Rolling Stones). Czy Herzog w ogóle na na tym etapie siły by kontynuować tworzenie? W końcu musi zacząć od początku. Herzog powiedział wtedy tylko: "Jak tego nie zrobię to będę człowiekiem bez marzeń". Ważnym elementem filmu było też tło, z ludźmi dzikimi, posiadających własną kulturę niezrozumiałą dla białych ludzi. Herzog naciskał, by utrzymywać z nimi kontakt (ale bez wpływania na nich, podawania im "naszego" jedzenia itd), bo to wprowadzi ekipę w inny nastrój. Kinski był wkurwiony. 







Rudobrody / Red Beard (1965) - 6/10. Powtórka. Trzygodzinna produkcja o młodym lekarzu, który przekonuje się do metod pewnego starszego doktora, tytułowego Rudobrodego, który specjalizuje się w leczeniu biednych. Cała opowieść ma konstrukcję nowelkową, tytułowa postać pojawia się okazjonalnie, a skupienie reżysera spoczęło na opowiadaniu kolejnych przygód młodego lekarza. Nie lubię takich produkcji, a ta na dodatek promuje publiczną służbę zdrowia, ale ocenę daję wysoką. A chciałem dać nawet wyższą. Pod względem czysto filmowym jest to doskonała produkcja. Ogląda się ją smacznie, to może być najlepsze dokonanie Kurosawy. Konstrukcja każdej sceny to miniaturowe dzieło sztuki. Od czasu do czasu zdarza się jakaś perełka - moim faworytem jest moment podawania wariatce lekarstwa. Skupiony, nerwowy, doskonały moment z delikatną nutą lekkości w grze Mifune.







Bezsenność / Insomnia (1997) - 6/10. Policjant pomaga złapać mordercę sam staje się zabójcą. Oryginalny film, który pięć lat później został nakręcony jeszcze raz, tylko w USA, przez Chrisa Nolan. Amerykanie są na pewno lepsi w ekspozycji - podkreślają brak pory snu, wyraźniej kreślą też całą fabułę. Oryginał z drugiej strony ledwo porusza motyw tytułowej bezsenności, zamiast tego w kilku miejscach podbija oślepiającą biel Norweskiej ziemi. Historia toczy się w jednym tempie, nie angażuje. Zresztą, łatwo się domyślić od pewnego momentu gdzie to idzie. Europa robi jednak lepiej co innego - brudny klimat oraz relację głównego bohatera z podejrzanym. Opening sam w sobie jest niepokojący jak cholera, z kadrami wyglądającymi jakby były prywatnymi nagraniami morderczego psychopaty. Stellan Skarsgard z kolei tworzy niezwykłą kreację - mężczyzny o którym nie wiadomo co myśleć. Czy jest taki cały czas, czy też ma właśnie gorszy okres i jest pod ogromną presją, dlatego zachowuje się w taki sposób? Chłop agresywny, może nawet niezrównoważony. Czy on w ogóle nad sobą panuje, czy też idzie z prądem, byle tylko przetrwać i być na górze? Jak zwykle w naszym kinie, najciekawsze są niuanse.






Znałem ją dobrze / Io la conoscevo bene / I Knew Her Well (1965) - 6/10. Opowieść o kobiecie, która jest bumelantem. Tak to chyba jest najszybciej określić. Przykład filmu skierowanego do określonej grupy odbiorczej, która może się utożsamić z główną bohaterką, i po seansie nie będzie popełniać jej błędów. Nie traktuje życia zbyt poważnie, głowa cały czas w chmurach i ślepa na otaczające ją fakty, szuka miłości nie widząc jej przed własnymi oczami, próbuje być istotna nie znając własnej wartości i jak wiele naprawdę znaczy... Takie tam. Treść nie była więc zbyt ciekawa, ale to jest nakręcone w stylu wczesnego Skolimowskiego. Praca kamery i język obrazu przypominały mi o "Barierze" i innych dziełach Polaka. Nowa fala w pełni. Strasznie spodobała mi się też katedra którą bohaterka mija w okolicy 40 minuty. Co to było? Gaudi?

Uciszone / Sanitarium* / Gyeong-seong-hak-gyo: sa-la-jin so-nyeo-deul (2015) - 6/10. Horror z Korei Południowej o szkole dla dziewczyn, do której przybywa nowa uczennica: Shijuko. I dochodzi do coraz to bardziej trudnych w wytłumaczeniu rzeczy. Okazuje się między innymi, że zanim ona przyjechała to była tutaj już jedna taka Shijuko. Ale niespodziewanie została wypisana... Trzeba przyznać: klimat jest. Psychodeliczne momenty mają prawo przypaść do gustu, jednak ten seans był też męczący. Były dwa główne przyczyny: - bohaterki były bierne. Zamiast próbować zrozumieć o co chodzi jedynie przeżywały te sytuacje, a potem mówiły: "Nie, nic się nie stało" by nie zostać ukaranymi, i powtarzamy. - zdarzenia nie dodają się. Wiele z nich to jedynie powtórki tego, co już wiemy. A wiemy, że COŚ się dzieje. Kolejne momenty nie przybliżają nas do rozwiązania, nie dodają pytań, nie zmieniają zasad gry w żaden sposób. Nie tworzymy sobie w głowie żadnej teorii, którą następne wydarzenia mogłyby zmieniać. Jednym słowem: "Harry Potter i Komnata Tajemnic" jest lepsze od "Uciszonej" pod każdym względem. Wyjaśnienie oczywiście ssie i jest szalenie bezpieczne i wytarte, ale to mi nie przeszkadza. Bardziej fakt, że podróż do wyjaśnienia była taka monotonna. Wiele rzeczy też nie wyjaśniono, postaciom brakuje charakteru, szkole brakuje życia... Można tak wymieniać. Ale film mimo wszystko działa na inne sposoby. Momenty straszne są skuteczne i napięcie które wprowadzają zostaje w historii. Muzyka jest znakomita. No i lubię takie filmy które zaczynają się od bohaterki jadącej w jakieś miejsce, po cichu, bez słowa, patrzącej się przez okno, tylko w towarzystwie muzyki.

*pod takim tytułem pojawił się na dniach na polskim Netflixie..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz