poniedziałek, 30 stycznia 2017

Widziałem w styczniu dobre filmy i seriale

Styczeń, czyli tradycyjnie miesiąc Oscarowy i poświęcony nadrabianiu nowości z ubiegłego roku. Już za tydzień podsumowanie wszystkiego co wyszło w 2016 roku, i czuję się przygotowany. Tymczasem zapraszam na niewiele ponad 10 notatek o filmach i garść poświęconych serialom. Niewiele oglądałem. Dobrze, że nie jestem studentem, mogłem oglądać jeszcze mniej...







FILM MIESIĄCA: Manchester by the Sea (2016) - 8+/10. Lee Chandler pracuje jako dozorca. Prowadzi monotonne życie z którego wyrywa go jeden telefon - bohater natychmiast opuszcza miasto by wrócić do brata. Ten jednak umiera zanim zdążyli się spotkać. Teraz pozostaje dokończyć wszystkie sprawy i dopełnić ostatnią wolę zmarłego. Na papierze brzmi to dla mnie nieciekawie, podczas seansu jednak - było w tym wszystkim COŚ. Coś, czego jeszcze nie umiałem zidentyfikować... do czasu. Wtedy nazwałem to roboczo "ciężarem". Jest w tej opowieści coś ciężkiego i ukrytego świadomie. Czułem to podskórnie, a przez to czekałem w jaką stronę całość się rozwinie, i o czym to jest tak naprawdę opowieść. Po seansie mogę powiedzieć, że jest to przeciwieństwo "Patersona", zarówno formalne jak i w nastroju. "Menchester..." to taki chujowy "Paterson". Gdzie u Jarmusha było zwykłe życie pozbawione wydarzeń o których będziemy pamiętać za rok, a cały seans jest niezwykle pozytywny i optymistyczny, tak poznawaniu losu Chandlera towarzyszył mi nieustający dołek. Tutaj są zdarzenia które zostawiają blizny na całe życie, a ogólna wymowa jest taka, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Są rzeczy, które nigdy nie zostaną naprawione, a ból nigdy nie zniknie. Pozostaje tylko akceptacja i dalsze życie, ale one tak naprawdę niczego nie zmieniają. Każda następna chwila będzie prowadzona ze świadomością tego, ile nosimy na swoich barkach, i to będzie trwać aż do śmierci. A potem nic już nie będzie. Jeśli wynika z tego seansu coś pozytywnego to tylko zapewnienie widza, iż taka postawa wciąż jest istotna. Z tego też może wyniknąć coś dobrego.


La La Land (2016) - 7+/10. Damien Chazelle znowu to zrobił. Nie tylko tworzy wciągające kino oparte na zrozumieniu języka obrazu, on też myśli poza nawiasami i robi rzeczy jakich jeszcze nie oglądaliśmy. A jednocześnie nie jesteśmy tego świadomi - bo "Kra Kra Kraj" to prosta opowieść o grajku jazzowym i aktorce amatorce, którzy chcą odnieść sukces w Los Angeles. Tak jakby nie wystarczył nam teledysk do "Tell Me Baby" Chili Peppers - pomyślałem. A potem reżyser zaczął mnie zaskakiwać, od samego początku aż do wielkiego finału. To uczciwy, udany tytuł na każdym poziomie. Zacznę od tego, że treściowo jest to znakomita opowieść o tym, by nie czekać na los i nie liczyć na łut szczęścia - w pewnym momencie trzeba po prostu podjąć wybór: albo przestajemy marzyć, albo bierzemy sprawę we własne ręce. Jak tylko umiemy, we własnym zakresie. Tyle właśnie możemy, a opowiedziane jest to w taki sposób, że możemy w to dać wiarę. Możemy uwierzyć. Możemy nabrać energii i tańczyć i śpiewać w sali kinowej, albo gdzie i z kim przyjdzie nam to oglądać. A treści towarzyszy nawet lepsza forma, która skrywa w sobie niespodzianek garść - zwróćcie uwagę na momenty, które w każdym innym filmie byłyby nudne. Bo są trudne w opowiadaniu. Ot, choćby Emma Stone wybierająca się na przesłuchanie - kawa wylewa się na jej bluzkę. Dramat? Gość którą to zrobił, przeprasza? Ona w płacz? Szukanie bluzki zastępczej? A gdzie tam, wszystko to wycięto w cholerę. Emma zostaje oblana i już oglądamy następną scenę, gdzie uczestniczy w przesłuchaniu, w brzydkiej kurtce, a gdy mówią jej "Dziękujemy" i opuszcza pokój, na korytarzu widzimy tłum oczekujących kandydatek, wszystkie ubrane w taką samą bluzkę którą Emma też powinna zapewne na sobie mieć, by w ogóle ją potraktowali poważnie na przesłuchaniu. Niestety, doszło do incydentu z kawą. Najnudniejszej rzeczy pod słońcem X Muzy, ale w produkcji Chazelle'a przytaczam ją jako przykład błyskotliwości, i mam pragnienie, by robić to z pasją w palcach. Takich momentów "montażu w scenariuszu" jest tu wiele, a momenty można wychwytywać i wytykać palcami. Ot, choćby fakt, że przez pierwsze kilka scen relacja naszych głównych bohaterów sprowadza się wyłącznie do języka ich ciał! (zresztą, dialogi ponownie są śladowe). Albo te wszystkie małe rzeczy które dzieją się w tle, jak zamknięty budynek kina w którym bohaterowie oglądali "Buntownika bez powodu". W "La La Land" włożono dużo wysiłku, i takie kino właśnie wielbię. Jest kreatywność i otwarty umysł w tym obrazie. Szczególnie w zakończeniu. Najlepszy finał 2016 roku, nie mam wątpliwości.







Piper (2016) - 7/10. Krótki metraż poświęcony ptaszkowi, który jest zachęcany przez matkę do opuszczenia gniazda i rozpoczęcia zdobywania pokarmu samodzielnie. Początek jeszcze nie zapowiadał niczego dobrego - jednak z czasem, chociaż jest go niewiele, zaczęło być coraz lepiej. Całość jest pozbawiona dialogów, postaci na ekranie porozumiewają się tylko mową ciał i robieniem "ćwir, ćwir"; historia rozwija się w mądrą przypowieść o poznawaniu życia i radzeniem sobie z niespodziewanymi zwrotami w mądry sposób. Dzieci będą mogły oglądać "Piper" i uczyć się sztuki adaptacji - co najważniejsze, w pozytywny sposób! Strasznie mi się spodobał ten short. Jestem fanem. Najlepsze co Pixar zrobił od czasu "Day & Night" w 2010 roku.






The Edge of Seventeen (2016) - 7/10. Ryzykowna produkcja o nastolatkach, w której na pierwszy plan postawiono bohaterkę, której nie da się lubić. Poznajcie Nadine: jest samolubna, histeryczna, obarcza innych swoimi problemami i tworzy je z niczego, a także potępia innych za to co sama robi. Sam nie lubię takich tytułów, a ten oglądałem bez żadnych problemów. Więcej - dałem jej wysoką ocenę i stawiam wśród najlepszych tytułów ubiegłego roku. Są ku temu dwa główne powody - po pierwsze, widz może najpierw poznać główną bohaterkę. Ogląda fragmenty dzieciństwa, ogląda dramatyczne dorastanie i rozumie, że naturalną koleją rzeczy w takim przypadku jest wyrośnięcie na osobę trudną w pożyciu. Dopiero z czasem zaczynamy dostrzegać, że z nią jest o wiele gorzej. A cała opowieść jest dobrze rozłożoną w czasie tych dwóch godzin fabułą poświęconą zdawaniu sobie sprawy z tego, że... to Ty jesteś problemem. A gdy jest się nastolatkiem, to temat trudny do przełknięcia. Oskarżanie wszystkim i bycie obrażonym na cały świat nie jest wystarczające. Drugim ważnym punktem jest spora przeciwwaga w postaci wielu pozytywnych postaci i energii jaką sobą tworzą. Matka bohaterki jest urocza w swoim roztrzepaniu. Najlepsza przyjaciółka idąca do łóżka z bratem bohaterki nie jest przygodą na jedną noc, ale rozwija się w kierunku "Będziemy ze sobą na zawsze". A nauczyciel Nadine... nie wiem nawet, czego uczy, ale jest najlepszą postacią. Zabawną, mądrą, i często nie musi nawet nic mówić. Cierpliwie czeka na swoją kolej, a gdy to nastąpi to wiecie, że to będzie najlepsza rzecz jaką usłyszeliście w swoim życiu. Woody Harrelson nie był tak zabawny od końca lat 80'tych. Polubiłem ten film. Wie o czym opowiada, jest energiczny i trafia w punkt. Szczególnie doceniam długie sceny - momenty w których "The Edge of Seventeen" zaskakuje najbardziej. Gdy jakaś drobnostka rozwija się w coś wartego zapamiętania. I zamiast się skończyć, ona trwa i trwa. John Hughes byłby zadowolony. Może za 20 lat ten tytuł zostanie uznany za klasyka? Kto wie?
A morał z tego wszystkiego jest taki, żebyście dziewczyny nosiły spodnie. Poważnie.






Na skrzyżowaniu wiatrów ("Risttuules", 2014) - 7/10. Kolejna produkcja tycząca się pakowaniu ludziu do pociągów i wywożeniu ich. Tragedia ludzka i takie tam. Wszystko oczywiście w czerni i bieli. Tym razem jednak mówimy o Estonii, Litwie i Łotwie, a zrobiono to przy pomocy ożywionych fotografii. Wyobraźcie sobie całą wioskę, ludzie wychodzący z domu, pojazdy, ludzie celujący do innych z karabinów, zatłoczone ulice... Zamarci w bezruchu, jak manekiny, podczas gdy kamera krąży między nimi, tworząc magię kina jakby to Bela Tarr reżyserował. Sztuczka? Trochę tak, bo jednak większość uzasadnienia mojej oceny wynika właśnie z zachwytu formą i "jak to jest zrobione". Nie ma tutaj wielu "momentów", a na gadanie z offu nie zwracałem większej uwagi. Najbardziej zapamiętam scenę na peronie, gdy mąż ściskał swoją żonę i córkę, zanim ich rozdzielono. Wszystko wtedy zagrało, a muzyka przywiodła mi na myśl dokonania Mihály'a Viga. Zachęcam do seansu!






Moonlight (2016) - 6/10. Trzyaktowa opowieść o człowieku, z czego każdy akt rozgrywa się w innym czasie. Najpierw oglądamy, gdy bohater jest dzieciakiem gnębionym przez rówieśników i matkę narkomankę. Środkowy akt poświęcony jest etapowi, gdy bohater jest nastolatkiem. W finale jest już dorosły. Dałem nawet radę się wkręcić w to wszystko, ogląda się całkiem przyjemnie - reżyseria jest dosyć dojrzała, a zdjęcia są energicznie filmowe - aż do sceny w okolicy środka produkcji. Wtedy to bohater dostaje wpierdol na oczach całej szkoły, która tam zbiera się wokół i ogląda igrzyska. Kibicuje, macha szalikami i śpiewa hymny. W następnej scenie bohater wchodzi do klasy, bierze krzesło i uderza swojego oprawcę. Tłum wokół od razu chwyta naszego bohatera, i interweniuje. Wtedy już miałem absolutną pewność, że twórcy "Moonlight" nie myśleli na bieżąco nad historią. Ona była już gotowa od początku, zanim jeszcze zaczęli nad nią pracować. To są klisze i schematy, które oglądaliśmy już wielokrotnie, a podczas seansu nie zostaniemy zaskoczeni jakąkolwiek kreatywnością. I to nie dotyczy tylko takiego prymitywnego zagrania jakim jest banalne rozwiązanie sprawy krzesłem. Te dwie sceny jako takie nie mogły rozgrywać się w tym samym filmie. Albo w pierwszej scenie tłum próbuje interweniować, i mu się to udaje albo nie (jest odstraszany), albo w drugiej scenie nic nie robi. Innego wyjścia nie ma. Twórcy nie myśleli o tym. Zobaczyli obie te sceny w innych tytułach, połączyli je i przeszli dalej na pełnym automacie. Jedynym jakimś oryginalnym momentem jest zakończenie, które gdzie pod bezpiecznym i nijakim płaszczem skrywa ciekawe pomysły. Można się tego dopatrzeć. Coś z tego mogło być. Osobiście, wolę powtórzyć scenę rapu z "Short Term 12". Trwała minutę, ale było w niej o wiele więcej szczerości i świeżości.







Zombie Express ("Train to Busan", 2016) - 6/10. Najlepszy zombie film ostatniego roku. Apokalipsa wybucha gdy nasi bohaterowie znajdują się w drodze, i od tego momentu nie ma czasu na postój. Jedziemy do samego końca. Chyba, że trafimy na przeszkody. Albo jakieś zombie dostanie się do nas na pokład... Wtedy szybko ich liczą się zwiększy. "Train to Busan" podobało mi się. Jest patos oraz niemal każdy możliwy schemat - wszystko zaczyna się w końcu od ojca pracoholika który zaniedbuje córkę, więc zgadza się na podróż. Na szczęście zombie się stało, i możemy pracować nad relacjami rodzinnymi, prawda? Prawda. Twórcy nie użyli tych schematów jedynie jako wymówki, i starali się zainteresować widza tym bałaganem. Chociaż spodziewamy się epidemii to sama transformacja w zombie mnie zszokowała - jest naprawdę pomysłowa i nieludzka, dobrze uosabia temat "przejścia". Można przejąć się losem bohaterów i żałować, gdy któryś nie da rady. Cholernie spodobało mi się też, że w tej edycji z trupami można walczyć na pięści. Da się z nimi siłować, bez konieczności trzymania dystansu i polegania wyłącznie na broni palnej. Jedyna prawdziwa wada tej produkcji to kiepskie przedstawienie bezradności. Gdy ktoś upada i w przerażeniu drętwieje nie będąc w stanie ruszyć nawet powieką oka - ja widziałem jedynie debili, którzy pozwalają się zjeść. Szkoda.






Przełęcz ocalonych ("Hacksaw Ridge", 2016) - 6/10. Mel Gibson wraca do kręcenia filmów, i postanawia połączyć "Szeregowca Ryan'a" z "Bud - pies na medal". Tego nikt się nie spodziewał zapewne, ale to właśnie dostaliśmy. I jest fajne! Znaczy, pierwsza i ostatnia część jest fajna. Najpierw oglądamy jak główny bohater dorasta na pacyfistę i bogobojnego chłopa, wtedy też zaciąga się do wojska nie po to, by dotykać karabinu, ale by pomagać postrzelonym. Podobał mi się ten romantyczny obraz epoki gdy mówienie kobiecie jak piękną jest wywoływało u niej motyle w brzuchu. "Kocham cię!; Szzzz!" - urocze! Solidna rzecz. Druga połowa rozgrywająca się na polu walki już jest krwawa jak należy i intensywna. Przyjemnie się ogląda, chociaż jest tam trochę za dużo łagodności (ustawiamy się do ataku? W pierwszym rzędzie stawiamy naszego głównego bohatera, bo ujęcie na plakacie będzie podejrzane!). Całe starcie szybko zamienia się w chaos i strzelanie przed siebie, i to jeszcze z biodra. Rozrzut nie istnieje, headshoty wchodzą, kitajce wybiegają idealnie pod lufę, i to hurtowo... Ale to nic. O wiele bardziej mam ochotę narzekać na środkową część, w której wojskowi słyszą jak nasz główny bohater chce do wojska, ale nie chce zabijać. Dupa odpada im ze śmiechu, ale potem... zaczynają męczyć tę kwestię, i mielić ją, i są dramaty jak cholera, idziemy nawet do Sądu Najwyższego... a wtedy ja jako widz zacząłem traktować tę produkcję zbyt poważnie niż powinienem. I zacząłem dostrzegać, jak biednie tutaj zarysowano tło (synowa z teściem rzucają się sobie w ramiona, pomimo braku wcześniej wspólnych scen), jak niedorzecznie traktowany jest tu główny bohater (niby chcą go wywalić z wojska, a i tak traktują łagodniej niż pozostałych żołnierzy - wręcz z przywilejami do niego podchodzą). I najgorsze jest to, że wszystkie te sceny można było zamknąć w jednej scenie, tak jak to było w scenie z filmu "Bud - pies na medal" - "Sierżancie, konstytucja daje mi prawo iść na pole walki bez karabinu" i cześć. Cała nudna sekwencja filmu wycięta w pień, a treść zachowana. Przeszkadzało mi jeszcze parę elementów. Brakuje choćby kontekstu tego co się dzieje. O co biega w drugiej wojnie? Nieważne. Gdzie toczy się akcja? O co walczymy? Z kim? Nieważne. Na samym końcu powiedzą, że chodzi o Japończyków - tuż przed wejściem na pole bitwy. A ja spodziewałem się Europy... Trudno. Na końcu nawet mamy scenę z harakiri w starym stylu, czego też twórcy nie tłumaczą odbiorcy. Ot, ceremonia odbywa się jak w filmie Kobayashiego, by zdezorientować widza. Kopanie granatów w powietrzu jak Tsubasa skomentuję w taki sposób: cieszę się, że nie zobaczyłem tej produkcji w kinie. Bo byłoby mi głupio tak śmiać się i psuć innym seans. Obejrzałem w domu i śmiałem się do siebie. To był dobry dzień. Cheers.


Top reżyserskich dokonań Mela Gibsona:

1. Braveheart (1995)
2. Przełcz ocalonych (2016)
3. Apocalypto (2006)
4. Pasja (2004)

Z czego to ostatnie bez oceny na FilmWebie. "Breaveheart" powtórzyłem w zeszłym roku (niestety, nie w całości) i bardzo urósł w moich oczach stroną wizualną. "Apocalypto" skończyło się w momencie, gdy zaczęło być ciekawe. Chciałbym kiedyś obejrzeć "Człowieka bez twarzy".






Połaskotany / Tickled (2016) - 6/10. Zaskakujący dokument HBO o którym warto wiedzieć jak najmniej przed seansem. Jednak pomijając ten aspekt jako widz zostałem z reakcją umiarkowaną. "Ok. To ma miejsce. Ciekawe. Ok" i nic więcej. To wszystko. "Połaskotany" trwa półtorej godziny i poświęcony jest śledztwu dziennikarskiemu. Są tutaj pogróżki, "przestańcie co robicie", "nie zgadzam się na nagrywanie, musicie opuścić to miejsce". I całość opowiada w zasadzie o tym, jak łatwo kupić człowieka za kilka tysięcy dolarów. Nie w sensie jako niewolnika, ale dosłownie: stać cię właścicielem tej osoby, i mieć nad nią kompletną władzę. Początek wydaje się niepoważny, trzeba przebrnąć przez jakieś 20-30 minut, ale to wszystko jest istotne. Dla wielu innych takie też się zdawało, i dlatego skończyli jak skończyli. Ku przestrodze, ale to wszystko.






Siedem minut po północy ("A Monster Calls", 2016) - 6/10. Bajka dla dzieci o dziecku, którego matka czuje się coraz gorzej i gorzej. Wiemy, co wisi w powietrzu od samego początku, więc nie będę pisał więcej. Istotniejszy jest fakt, że drzewo wychodzi z gleby i zaczyna straszyć naszego młodocianego protagonistę... opowiedzeniem mu trzech historii. By wydobyć z niego informacje odnośnie koszmaru który ten miewa. Dziwnie to poskładane do kupy jest. Wiedziałem też od początku, gdzie to zmierza, więc czekałem tylko na znane mi zakończenie, by po drodze być zajmowanym... kilkoma przyzwoitymi atrakcjami. Bajki potwora są zajmujące i kreatywne, z nieoczywistym morałem. Aktorzy spełniają swoją rolę, a efekty komputerowe stoją na wysokim poziomie. Opowieść zostawiła mnie obojętnym, jednak będę czekał na trzecią część: "Monster Dalls".
Ale "Sierociniec" od tego samego reżysera to znakomity horror. Polecam!



Elle (2016) - 6/10. Paul Verhoeven tym razem bez Arnolda i armii robali, ale wciąż ze swoim niecodziennym poczuciem humoru. Ot, dla przykłady w pierwszej scenie słyszymy najpierw dźwięki stosunku seksualnego... a potem widzimy kota. Futrzak nic nie robi, jest znudzony, jedynie obserwuje. I dopiero po tej serii ujęć następuje przejście... na ujęcie gwałtu. Tytułowa kobieta właśnie przestała być napastowana seksualnie. Włamywacz wychodzi, a nasza bohaterka... pali ubrania, bierze kąpiel, i idzie do pracy. Gdzie robi coś przy grach komputerowych (konkretnie - "Styx: Master of Shadow"!). Jedynie krótka scena u doktora, gdzie bada się na AIDS utwierdza widza w przekonaniu, że ten gwałt miał miejsce, i kobieta traktuje to na poważnie. Ale czemu nie idzie na policję? A czemu po wypadku na drodze nie dzwoni po pomoc, tylko po przyjaciół? Czemu klientka w kawiarni oblewa ją celowo? Z tym też nic nie robi. Pytania narastają, ale w taki sposób, że równie dobrze mogłem podejrzewać iż w ręce wpadła mi zła kopia z wadliwym montażem. A ten w "Elle" jest naprawdę paskudny - sceny kończą się za szybko, nie dając wybrzmieć teoretycznie istotnym momentom. Ot, przechodzimy do kolejnego jak szybko to było możliwe... I tu znowu zastosowano tę samą technikę. Efekt jest dezorientujący, a przekaz niejasny. Jeśli ktoś chce zacząć myśleć nad celowością tych wszystkich zabiegów fabularnych i formalnych będzie mieć mętlik w głowie od zapamiętywania przeróżnych szczegółów, z czego większość... Może i prowadzi gdzieś, nie mam pewności. Taki motyw tworzenia gier prowadzi donikąd. To chyba musiała być wymuszona reklama włożona do filmu. Nie chcę oczywiście za bardzo prezentować tu swoich wniosków (tak z grubsza to film o władzy nad innymi), ale jak na to patrzę jako całość to wydaje mi się, że niepotrzebnie tak to skomplikowano wobec końcowego rezultatu. Na dodatek, w mojej ocenie humor zaszkodził całości, bo nawet wyrobiony widz taki jak ja mógł w końcówce po prostu zacząć się śmiać z tych wszystkich ludzi.


Top Verhoevena:

1. Żołnierze kosmosu (1997)
2. Elle (2016)
3. RoboCop (1987)
4. Nagi instynkt (1992)
5. Pamięć absolutna (1990)
6. Showgirls (1995)

Chcę powtórzyć "RoboCopa", chyba jednak nie jest wstydem lubić ten film i będę mógł podwyższyć ocenę. Poza tym mam w planach "Czarną księgę", "Czwartego człowieka", "Żołnierza Orańskiego" i "Tureckie owoce".



****SERIALE****


O.J.: Made in America (miniserial, 2016) - 7/10. Trwający ponad siedem godzin dokument, który na potrzeby tego, by ktokolwiek to obejrzał, podzielono na pięć epizodów trwających półtorej godziny każdy. Jak wskazuje tytuł - jest to produkcja poświęcona takiemu gościowi co biegał, a jak biegał, to ludzie krzyczeli za nim "Run, *jego imię*, run!". Zgadza się, O.J. Simpson. Futbolista, pierwszy czarny wśród białych, i morderca którego uznano niewinnym pomimo dowodów. Dlaczego? Sprawa jak widać po metrażu jest bardzo skomplikowana, a twórcy podeszli do zagadnienia skrupulatnie, kreśląc niemal w czasie rzeczywistym sprawę sądową jakieś świat współczesny jeszcze nie widział. Przed Simpsonem nie było czegoś takiego, dlatego było sporo do wyjaśniania. Począwszy od tego, jak to się stało, że O. J. był taki słynny i co takiego zrobił, że przebił się do ekstraklasy. Następnie nakreślono tło, czyli społeczeństwo lat 70 i 80. Dyskryminacja rasowa, napięcie i konflikty między ludźmi o innych kolorach skóry. Gdy wojna wybucha, wtedy dochodzi do zbrodni i sprawa idzie do sądu. Wtedy też, krok po kroku, dostajemy odpowiedź, jak to się stało, że tysiące ludzi stało przed sądem (a kolejne miliony były rozsiane po całych Stanach) i groziło spełnieniem przeróżnych gróźb, jeśli tylko morderca nie zostanie uniewinniony. Nie chcę wszystkiego zdradzać więc tylko napiszę, że jest to znakomity dokument o tym co się dzieje, gdy nie widzimy człowieka, a tylko rasę. I co się dzieje, gdy zaczynamy grać tzn. "race card". Albo o tym, że w USA to czarni są uprzywilejowaną grupą społeczną. Gdy O.J. był biały to jego postępowanie nigdy nie stałoby się taką sensacją. Zamiast tego po prostu poszedłby siedzieć. Ale jak widać czarni mają tam lepiej...







Gra o tron (sezon II, 2011) - 6/10. Od pierwszej sceny znowu czuję zgrzyt przez który zakończyłem oglądanie lata temu na pierwszym sezonie. Czytałem wtedy książkę, "Pieśń Lodu i Ognia", którą cenię nie tylko za fabułę i historię, ale przede wszystkim za łatwość odbioru (czyta się to wspaniale, mimo setek stron i mnogości opisów) oraz bezpośredniość. Nikt tam nie owija w bawełnę, każdy jest świadomy w jakim świecie żyje. Ludzie dorastają tam szybciej, i dziesięciolatki są zmuszane by podejmować istotne decyzje. Serial wyprodukowany w oparciu o te książki z kolei... Jest o wiele bezpieczniejszy. Scena wygląda następująco: król dla zabawy torturuje chłopa. I królewna widząc to krzyczy w szoku: "Nie możesz!", jakby urodziła się wczoraj. A król zamiast ją wypierdolić to daje się nabrać na sztuczki dialogowe, na które nabierał się ten bachor z filmu "Życzenie urodzinowe Richiego Ritcha" - filmu, który miał być przeznaczony dla pięciolatków. "Gra o tron" w teorii jest niby tym dorosłym serialem, ale w rzeczywistości cała ta dorosłość jest opakowana folią bąbelkową, i czuję ją w większości scen. Tutaj ludzie idący przez pustynię tak długo, że są na skraju wycieńczenia, dla widza jawią się jak młodzi ludzie którzy właśnie się obudzili i zjedli obfite śniadanie. Wszystkie kobiety są czyste a ich dupy zapewne fiołkami pachną - nawet jeśli nie są luksusowymi dziwkami. Pamiętam co Tyrion powiedział, gdy zamawiał sobie kurwę przed bitwą. "Żeby była kąpana w tym tygodniu". Tego w serialu nie ma, tutaj odbiorca jest otulany, by czuł się bezpiecznie. By oglądał wszystko przez grubą szybę, zza której nie czuć niczego co mogłoby naprawdę zaszokować. Nawet te "dwuznaczne" wymiany zdań między Pająkiem i Tyrionem są tak wymierzone, by każdy dał radę je zrozumieć, ale jednocześnie czuł się mądrzejszy, bo "załapał". Pierwszy większy bród na ekranie to dla mnie scena w czwartym epizodzie, gdy Jeffrey dostaje prostytutki w prezencie, i każe jednej bić drugą. Był w tym ból i napięcie. To jest właśnie "Gra o tron" o którą nic nie robiłem. Przynajmniej ogląda się to bez problemu, i cały sezon można w dwa dni nadrobić.






M*A*S*H (sezon I, 1972-73) - 6/10. Po sześciu odcinkach. Akcja serialu dzieje się w latach 50. podczas wojny w Korei, a w konkretnie: w obozie, do którego trafiają ranni żołnierze. Główny bohater jest lekarzem i operuje, a gdy nie stoi przy stole to kpi z przełożonych i pragnie spieprzać do domu. Na tym etapie serial jest jeszcze w stanie surowym, twórcy próbują różnych pomysłów. Każdy odcinek to oddzielna historia, dosyć mała i nieistotna. Ot, np. jest zimno w obozie z powodu pogody, i bohaterowie zaczynają się bić między sobą o jedyną parę rajtuzów. Albo do obozu przyjeżdża ekipa filmowa by nakręcić "dokument" ku pokrzepieniu serc o oddaniu żołnierzy. Odcinek ten nazywa się "Yankee Doodle Doctor" i jest moim ulubionym póki co - Pierce rzuca żartami w ilości hurtowej, przegaduje każdego, kopie każdego, a na koniec udaje Groucho Marxa (!). Doskonała zabawa, warto zobaczyć!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz