poniedziałek, 6 marca 2017

Widziałem w lutym dobre seriale. I filmy.

Luty to miesiąc w którym wcielam na poważnie mój plan na cały rok - czyli stawiam seriale na pierwszym miejscu. "Z archiwum X", "Stargate", "St. Elsewhere", "Friends", "House". Staram się nadrobić te produkcje, oglądając przynajmniej pięć najlepszych odcinków z każdego sezonu. Trochę filmów też widziałem w ciągu ostatnich tygodni, ale były to stare albo bardzo stare produkcje - mówię tu o etapie kina niemego. I nadal z przyjemnością odkrywam w tych latach tytuły, które potrafią mnie czymś zaskoczyć (np. "Kara" z 1920 roku). Obejrzałem też film nieco nowszy, bo z 1958 - "Dworzec centralny", wyprodukowany w Egipcie. Alternatywny Top 100 na Filmwebie doczekał się niedawno aktualizacji, więc i stąd wziąłem sobie parę tytułów do nadrobienia. Na koniec miesiąca aktywowałem darmowy okres na ShowMaxie, więc i stąd czerpałem materiał. Głównie polskie kino, oraz "Deadwood'. A filmem miesiąca został film z Australii.






FILM MIESIĄCA: Na krańcu świata ("Wake in Fright", 1971) - 8+/10. John Grant jest nauczycielem, który pracuje na zadupiu Australii. Został tam wysłany, bo tak działa system w tym kraju. Mogą tobą dysponować dopóki masz u nich dług, i przydzielić ci szkołę w miejscowości zapomnianej przez każdego boga. Grant wyjeżdża na święta do wielkiego miasta, po drodze zatrzymuje się na noc w Yabbie, skąd miałby następnego dnia samolot do Sydney. Włócząc się po nocy zderza się z nachalną gościnnością miejscowych, próbuje szczęścia w hazardzie w którym przegrywa wszystkie środki na życie. Nie mając gdzie się udać, kontynuuje tułaczkę - a możliwych towarzyszy do kieliszka tutaj nie brakuje. To może być film w którym leje się najwięcej alkoholu z tych, które widziałem. Bohaterowie na ekranie piją non-stop, niezależnie od pory dnia i nocy. Każdy na drodze zaprasza i częstuje, i obraża się, jeśli usłyszy negatywną odpowiedź. "Na końcu świata" to kino ciężkiego oddechu i masy potu, który nie jest wywoływany wyłącznie przez australijski upał. Na uwagę zasługuje sposób budowy głównego bohatera - John jest bucem, ale rozumiemy źródło jego zachowania. Gdy ten rzuca się w wir hazardu to odbiorca jest w stanie pojąć czemu popełnia taki błąd. I może mu nawet współczuć, gdy ten czuje się przegrany i pozwala sobie na coraz więcej. Być niczym liść na wietrze, który leci gdzie zawieje i nie do końca nawet rozumiejąc, jak się tam znalazł. Reżyser całość trzyma w żelaznym uścisku i pilnuje by widz nie czuł ani razu podczas seansu, że ta opowieść stoi w miejscu lub zmierza donikąd. Oglądałem "Na krańcu świata" ze stałym zaciekawieniem. Każda kolejna postać drugoplanowa wydaje się enigmatyczna - na ich twarzach jest obojętność, ale widzimy zawsze, że coś za tym się kryje. Lokacje i reszta strony wizualnej zapadła mi w pamięci. Styl produkcji trzyma się tego, co znamy z najbardziej odważnych przedstawicieli New Hollywood, jak "They Shoot Horses, Don't They?" oraz "Twarze na sprzedaż": szalone przebitki niepokojących kadrów, jasne światła rażące widza, koncentracja na zwyczajnie nieprzyjemnych rzeczach do oglądania. Szczególnie knajpa w której John poznał czym jest hazard - piwnica w głębi baru, skryta w cieniu, grupa pijanych chłopów śmieje się, krzyczy i rzuca pieniędzmi. Kto by pomyślał, że tak może wyglądać brama piekła? W takim stylu powstał "Na krańcu świata", opowieść o tym jak ważny jest wybór. I co może oznaczać pojedyncza rezygnacja z niego. Nic w życiu nie jest automatyczne. Przed seansem pamiętajcie tylko, że to jest film wyłącznie dla dorosłych. Jedna sekwencja jest tak szokująca, że nawet zapewnienie na napisach końcowych, iż nakręcono ją z udziałem profesjonalistów, nie bardzo mnie uspokoiła. Straszna rzecz.



- Ma pan bilet?
- A skąd... A pan ma?
- A skąd! To wchodzimy.
"Rejs" (1970)



Kara ("The Penalty", 1920) - 7/10. Przypadek, w którym genialny aktor i solidny scenariusz po prostu wystarczą. Mamy tutaj małego chłopca, któremu niepotrzebnie amputowano obie nogi poniżej kolan. Chirurg przyznaje się przy pacjencie do tego, myśląc iż ten jest nieprzytomny. Jest jednak inaczej i mały krzyczy głośno oskarżając doktora. W tej sytuacji medycy kłamią twierdząc, że chłopak majaczy po zabiegu. Mamy więc zrozumiałą sytuację - nasz bohater został skrzywdzony na dwa różne sposoby. Możemy się w niego wczuć. Dlatego gdy oglądamy dalsze losy kaleki - a wyrósł na potężnego gangstera z obsesją na odzyskaniu kończyn - robimy to z większą fascynacją. Jest przerażającym tyranem, ale też jest postacią tragiczną. Lon Chaney raz na zawsze udowadnia mi, że jest pierwszym wielkim aktorem w historii kinematografii. Nadaje życie i wiarygodność swojej postaci, osiąga każdy swój cel. A do tego nie zgodził się na żadne sztuczki z kamerą - skoro gra kalekę, to podjął decyzję o przywiązaniu sobie nóg do dupy, na kolana założył wiadra, i tak popieprzał po planie. Wchodził po schodach, grał na pianinie i tak dalej. Kamera brała go w całości. Nawet jeśli nie ma w was miłości do kina niemego, obejrzyjcie chociaż fragment "Kary", by móc podziwiać oddanie Chaneya do swojego zawodu. To był Daniel Day-Lewis swoich czasów. Aha: zakończenie "Kary" również zasługuje na wyróżnienie. Zupełnie się nie spodziewałem takiego rozwiązania.






Gorączka złota ("Gold Rush", 1925) - 7/10. Powtórka. Charlie Chaplin trzyma rękę na pulsie społeczeństwa, dając im to czego potrzebują: ciepło i nadzieję. Jego bohater tak jak miliony innych w tamtych czasach próbuje szczęścia i wyrusza w góry, by znaleźć żyłę złota. Zamiast tego grzęźnie na wysokości w marnej chacie i musi jeść własny but, by nie zwariować z głodu. Potem ta historia obiera nagły zwrot i zaczyna kręcić się wokół prostego motywu romansu między miernotą i dziewczyną z wysokiej klasy. Ale koniec końców Chaplin łączy to wszystko w całość więcej niż zgrabnie. Nie ujął mnie tym razem szczególnie swoimi gagami, chociaż niektóre są iście kultowe (jak choćby celebracja tego, że dziewczyna zgodziła się na randkę z nim - następujące wtedy zachowanie naszego Włóczęgi jest ponadczasowe i uniwersalne!). Doceniam za to strasznie serce tej produkcji i opowiedzenie historii, która sprawi przyjemność. Radzenie sobie z przeciwnościami losu, zrozumienie dla tego co ludzie przeżywają na co dzień w tamtych czasach, i znalezienie w tym humoru. Nawet na krótką chwilę. Oraz danie nadziei, że się uda.



- Co pan robił w damskiej ubikacji?
- To samo co w męskiej.
"Rejs" (1970)



Brzadąc ("The Kid", 1921) - 7/10. Powtórka. Charlie Chaplin wchodzi na rynek pełnych metraży, kręcąc film, który ledwie nawet trwa godzinę (spokojnie można też oglądać wersję trwającą 50 minut, bo to efekt puszczania filmu z prędkością współczesną - 24 FPS - zamiast ówczesnej - 17 FPS). Mamy tu opowieść o flagowym bohaterze Chaplina - włóczędze o złotym sercu, który znajduje dziecko na ulicy i je przygarnia, a następni opiekuje się nim przez wiele lat. Tę produkcję tworzą szczegóły - to, iż włóczęga nie przygarnia niemowlaka bezwarunkowo, tylko stara się go pozbyć. Z kolei sama chęć pozbycia się małego nie świadczy o nim źle! I tak dalej. Ten film to droga na której znajduje się moment akceptacji, moment walki i moment nagrody za to wszystko. A ten nie przychodzi od razu. Trzeba na niego zasłużył, i to po wielu latach. Chaplin niby jest pamiętany za komedię, i trochę jej w "Brzdącu" jest, ale jednak gdy dziś oglądam ten film to ja tu widzę głównie melodramat. Scena, gdy urzędnik chce odebrać tytułową postać od włóczęgi to sztandarowy kinowy łamacz serc, ale podobne wzruszenie i ekspresja przewija się przez cały tytuł. Rzewne kino, zaprawdę. Warto było wrócić. Ciepłe i uczciwe doświadczenia.



- Kto ma do tego dostęp?
- Nawet patrolówki.
- A to kutas jeden... Czyli do tej tajemnicy którą znam tylko ja i Pan Zielona Herbatka z Terroru ma dostęp każdy w kraju.
- I co?
- Jajco.

"Pitbull: Nowe porządki" (2016)



Rejs (1970) - 7/10. Powtórka. Krótki, na poły awangardowy film, momentami przywołujący skojarzenia ze stylem Nowej Fali. Podróż statkiem w nieokreślonym czasie i miejscu poza tym ogólnym - mamy tu Polskę i Polaków w czasach PRL. Inteligentne nawiązania i podteksty czyhają na każdym kroku. Żart który nie ma śmieszyć, historia której na pozór brakuje, film który filmem jest i nie jest. Pasażerowie spędzają razem czas, organizując domyślnie przyjęcie niespodziankę dla kapitana statku. Wygląda to niepozornie - śmiało można podejrzewać o amatorkę, improwizację i brak pomysłu. Film wygląda dzięki temu niegroźnie, i taki właśnie był cel tej zabawy. Między wierszami można wyczytać całą resztę, z satyrą na ustrój polityczny i czasy na czele. Plus kopalnia cytatów i pamiętnych wypowiedzi:



Prowadzący: Miasto położone nad Wisłą, nazwane na cześć króla który zastał Polskę drewnianą.
Widz: Panie Kazimierzu, ma pan klucze?
Prowadzący: Proszę nie podpowiadać!
Uczestnik: Kluczborg.
Prowadzący: Odpowiedź prawidłowa: Kazimierz.
Uczestnik: Roman.



Dworzec centralny ("Bab el hadidę", 1958) - 7/10. Nowa fala zawitała do Egiptu, gdzie Youssef Chahine skupia się na tytułowym dworcu i historii ludzi, którzy znajdują tam swoje miejsce na Ziemi - albo wciąż go szukają. Bogactwo motywów, emocji i charakterów. Główny wątek nieszczęśliwej, szalonej i niebezpiecznej jednostronnej miłości naprawdę chwyta podczas seansu. Jest ekspresyjny i bardzo żywy. A upał i pot na aktorach czuć do dzisiaj. Warto!



Policjant: Kto pana jebał w dupę?
Poszkodowany: Ten, ten i tamten.
Policjant: A komu pan laskę robił?
Poszkodowany: Tamtemu, tamtemu i tamtemu.

"Pittbull: Nowe porządki" (2016)



Człowiek, który się śmieje ("The Man Who Laughs", 1928) - 7/10. Przykład produkcji która podobnie jak wyżej omówiona "Kara" spoczywa na barkach i wyrazistości aktora wcielającego się w postać protagonisty. Mamy tu osobę fizycznie zdeformowaną, której oblicze zdaje się cały czas śmiać. Postronni odbierają to jako szyderstwo, traktują jak pogański wybryk natury albo śmieją się razem z nim, wpędzając go w coraz gorsze kłopoty - a z czasem nawet i tragedie. Ku mojemu zaskoczeniu, nie wystąpił tutaj Lon Chaney, ale i bez tego udało się sportretować tytułowego kalekę w wiarygodny sposób. Usta wykrzywiają się szeroko jak u Jokera, a oczy płaczą i błagają o śmierć. Wielka rola Conrada Veidta.



- Ale bym cię wyruchał. Przepraszam, podnieciłem się.

"Pitbull: Nowe porządki" (2016)



Plaża / Coney Island (1917) - 6+/10. Krótki metraż w tradycji pierwszych klaunów slapsticku. Początek jest niemrawy - ot, troję mężczyzn wędruje do parku w celu poderwania tej samej kobiety. Od momentu gdy te trzy "wątki" się zjednoczą, wtedy ta produkcja zaczyna nabierać barw, a kreskówkowa przemoc (którą musieli inspirować się twórcy Toma i Jerry'ego) zaczęła bawić mnie do łez. Warto znać ten tytuł z kilku powodów: po pierwsze kamienne oblicze Bustera Keatona tutaj jeszcze mogło pozwolić sobie na śmiech i okazywanie innych emocji. Po drugie: mamy tu szeroką gamę sztuczek, w tym nawet łamanie czwartej ściany (scena w przebieralni, gdy bohater daje sygnał operatorowi, by ten zaczął go kadrować od pasa w górę). A po trzecie: Fatty Arbucle sprzedaje kopniaki na twarz przy byle okazji jak rasowy bohater współczesnego koreańskiego dramatu kryminalnego. Nie jestem fanem prostackiego bicia się po głowie kawałkiem bagietki, a tutaj jednak znalazłem zabawę. I wróciłem do niego z przyjemnością. Warto!



Doktor Jekyll i pan Hyde ("Dr. Jekyll and Mr. Hyde", 1920) - 5/10. Znana historia i standardowa, zadowalająca adaptacja. Twórcy poradzili sobie z wyjaśnianiem niuansów psychologicznych, i dlaczego bohaterowie zachowują się tak a nie inaczej - w zrozumiały i zwięzły sposób. Ładne efekty specjalne, ale niewiele więcej tu się wyróżnia.



Pitbull: Nowe porządki (2016) - 4/10. Twardy policjant działa by rozpracować poważną grupę przestępczą, gdy sami obywatele, policja i przestępcy rzucają mu kłody pod nogi. Gdy "Pitbull 2" trzyma się tego zarysu fabuły, to jest nawet solidnie. Sceny związane z fabułą oglądało mi się z przyjemnością. Jest nawet trochę ekscytacji z sukcesów głównego bohatera. Problem w tym, że mamy tu też jakiegoś dresa pozbawionego charyzmy, który rzuca sucharami (scena na miejscu przestępstwa, czyli siłowni: "Co tu robisz?; - Nogi"). Mamy Maję Ostaszewską próbującą dać dupy. Mamy Agnieszkę Dygant robiącą w powietrzu minetę. Mamy zastęp aktorów którzy nie mają siły przebicia, by wiarygodnie wypowiadać ponad połowę kwestii, dzięki temu wiele sekwencji wychodzi blado. I oczywiście: jest tu masa tekstów, które bawią. Parę robi to intencjonalnie, ale one nawet nie zbliżają się do tych, które niby były poważne, a w rzeczywistości śmiałem się z nich nawet gdy następnego dnia się obudziłem i sobie przypomniałem o niektórych.



Kobieta: Czemu nie możemy być razem?
Policjant: Bo ja co noc mam inną dupę.
Kobieta: Dupa nie robi ci kanapek.
Policjant: Robi.
Kobieta: Ale nie z ogórkiem.

"Pitbull: Nowe porządki" (2016)



Gejsza (2016) - 3/10. Ambitna porażka polskiego twórcy, który wyraźnie ma pasję do kina i podczas pracy nad swoim tytułem robił wiele rzeczy które widział na ekranie wcześniej, które go fascynowały. Podczas oglądania można sobie wyobrazić, że na papierze to wyglądało obiecująco. Można nawet założyć, że gdyby ktoś inny odpowiadał za realizację, albo poszczególne pomysły były otoczone innymi scenami - wtedy "Gejsza" miałaby sens. Obecnie jednak przy każdej scenie jest coś nie tak, na zupełnie inny sposób. Czasem jakiś dialog nie ma sensu. Często przeszkadzają aktorzy grający beznamiętnie bez wyjątku, przez cały czas. Momentami miałem wrażenie, że nie oglądam filmu tylko teledysk silący się na bycie filmowy. W innej scenie kobieta mówi do faceta dwa razy to samo, on jej odpowiada dwa razy w ten sam sposób, i mamy cięcie - czyli co, poddała się? To jej wystarczyło? Kończymy? Na papierze to było ok, ale podczas oglądania zastanawiałem się tylko nad tym, czego zabrakło w tej scenie. Jakimś świecie wewnętrznym filmu. Największy błąd "Gejszy' jest jednak taki, że to film nadający się jedynie do biernego oglądania przy obiedzie w typowej polskiej rodzinie. Ktoś w pewnym momencie zapyta: "co to jest?". "Nie wiem" i następuje zmiana kanału, i wszyscy od razu zapominają, co było wcześniej. Gdyby ktoś mnie zapytał co właściwie oglądam, też bym nie wiedział co odpowiedzieć, ani o co chodzi. Przytoczę jeszcze tylko jedną scenę, w której chłop chce zabić Dziędziela. Ten w reakcji na ten fakt zdejmuje kapelusz i mówi beznamiętnym, nieobecnym tonem: "Wiesz, chciałbym wiedzieć jak wyglądam". Niedoszły zabójca zaczyna płakać ze śmiechu i opuszcza kadr. Niczego nie zmyślam, to się naprawdę wydarzyło!



****SERIALE****


Gwiezdne wrota, sezon III ("Stargate SG-1", 1999-2000) - 7/10. Przygoda trwa. Kiedyś obejrzałem pierwsze dwa sezony w całości, gdy leciały w telewizji trzy lata temu. W skrócie: jest to produkcja oparta o pomysł zaczerpnięty z filmu "StarGate" (1994), czyli że istnieją takie wrota które prowadzą do niezliczonej ilości innych wrót umiejscowionych na innych planetach po całej galaktyce. Każdy odcinek to w teorii inna planeta którą odwiedzą, poznając obce kultury i technologie, zawierając sojusze. Całość ma budowę spójną, ale każdy epizod jest samodzielny. Tzn: wydarzenia rozgrywają się w tym samym świecie i są one pamiętane w następnych epizodach, ale z reguły nie trzeba oglądać wszystkich epizodów by rozumieć co się dzieje. Trzeba tylko mieć otwartą głowę i zaakceptować, że dla tego serialu zupełnie naturalne są podróże w czasie oraz alternatywne wymiary, a bohaterowie umierają wielokrotnie. Taki właśnie jest najlepszy odcinek trzeciej serii, "Point of View" w którym znowu wraca Kowalski (który umarł w pilocie), a cała fabuła opiera się na tym, że w alternatywnej linii czasowej obcy przejęli władzę nad Ziemią i teraz staramy się to odkręcić przy pomocy bohaterów z naszej linii czasowej. Epizod trzyma w napięciu i oferuje solidny rozwój postaci. Warty uwagi jest również "Shades of Grey" - tutaj obca cywilizacja odmawia naszym bohaterom użyczenia technologii, aby Ziemianie mogli się bronić skuteczniej przed Goa'uld. O'Neil wkurzony kradnie jedno z ich urządzeń. Robi się straszny smród i dyskusja o tym, jak daleko można się posunąć w obronie własnej planety - ale nie tylko. Mocnych momentów jest więcej, a jednym z nich jest fakt, że O'Neil zostaje wylany z oddziału. Epizod bezpośredni, wyrazisty i zadziorny, przynoszący satysfakcję z seansu.

Gwiezdne wrota, sezon IV ("Stargate SG-1", 2000-01) - 7/10. Po prostu - zabawa. Jeśli lubicie takie klasyki jak "Bad Blood" w "Z archiwum X", to powinniście zobaczyć również "Window of Opportunity" - to najwyżej oceniany epizod całego serialu, najbardziej humorystyczny. Mamy tu schemat dnia świstaka, w którym O'Neil i Teal'C cofają się cały czas o 24 godziny do tyłu, i muszą znaleźć rozwiązanie. Kolejnym komediowym epizodem jest "Upgrades", w którym to SG-1 służy jako króliki doświadczalne dla testu obcej technologii która zwiększa możliwości. Czytaj: robi z nich superbohaterów. Czytają grube książki w kilka sekund, unoszą olbrzymie ciężary i poruszają się z ogromną prędkością. Najlepszym momentem odcinka jest wspólna kolacja, na którą wykradają się z bazy i spędzają razem czas. Luźna atmosfera i zero stresu. Jest tu też taki ciekawy epizod jak "2010", w którym wyglądamy się w przyszłość. Jeden z tych odcinków alternatywnych, ale twórcy wciąż podeszli do niego na poważnie, oddając bohaterom szacunek.

Gwiezdne wrota, sezon V ("Stargate SG-1", 2001-02) - 7/10. Ta seria to przede wszystkim znakomite zamknięcie trylogii otwartej przez odcinek finałowy czwartego sezonu. Był on dosyć solidny, ale środkowa część ("Enemies") to już jedna z najlepszych przygód serialu. Zagrożenie jest iście kosmiczne, a zwroty akcji zaskakują. Byłem w pełni zaangażowany i zadowolony. Finał trylogii ("Threshold") to już bardziej epilog, który można oglądać bez znajomości wcześniejszych wydarzeń. Jest problem i go rozwiązujemy. "2001" to z kolei swego rodzaju prequel do alternatywnego epizodu "2010" i to, jak prawie do niego dochodzi w naszej linii czasowej - poważny epizod, dobrze portretujący warunki polityczne, dzięki czemu możemy dać wiarę w całą historię.

Gwiezdne wrota, sezon VI ("Stargate SG-1", 2001-02) - 7/10. Tutaj szczególnie zapamiętam odcinek "Abyss", w którym O'Neil jest torturowany, uśmiercany a potem go wskrzeszają, by znowu móc go torturować. Tak długo, aż wyjawi informacje, a potem... pozwolą mu umrzeć na stałe. Błaga nawet istoty astralne (nie zdradzę, kto dokładnie wraca w takiej formie), by to one go zabiły, bo przynajmniej w ten sposób pójdzie szybciej. Nie jest to epizod bezpośredni lub bolesny, ale angażujący. A to wystarcza. Pierwsza część dwuodcinkowego "Redemption" też występuje przed szereg. Raz, że mamy tu śmierć w rodzinie (permanentną). Dwa, mamy tajemnicze połączenie przychodzące do StarGate na Ziemi. Problem w tym, że nic przez nie nie przechodzi. I mamy zagadkę: by połączenie było utrzymane, musi przez nie przechodzić cokolwiek. Choćby sygnał radiowy. A tutaj mamy... nic. Intrygujące!

Obecnie za mną 66 epizodów "StarGate". W przyszłości do niego wrócę, a także do spin-offów. Powtórzę film Emericha i popełnię grubszą notatkę o całej serii.






Z archiwum X (sezon II, 1994-95) - 6/10. Przygody agenta FBI tropiącego zdarzenia o potencjale nadnaturalnym. Kiedyś zrobiłem podejście do pierwszego sezonu (wtedy oglądałem je w całości) i męczyłem się kilka miesięcy. Nużyło mnie to na dłuższą metę, oglądać więcej niż jeden epizod dziennie to była przesada + nie pragnąłem wracać. Żaden epizod nie zapadł mi w pamięci, za to szybko wyłapałem schemat. Ale nadal darzę szacunkiem ten tytuł, więc wracam i nie żałuję. Druga seria to dawka tego czego oczekujemy. Żaden z epizodów nie zapadł mi szczególnie w pamięci. Spodobał mi się powrót do motywu Samanthy, czyli siostry Foxa Muldera. Był też pacjent szpitala psychiatrycznego, który utrzymywał, że był porwany przez kosmitów. Nikt mu nie wierzył, więc zaczął przytrzymać zakładników. Fox został wezwany do negocjacji. Chociaż wierzył w samo porwanie to miał w głowie wszystkie inne możliwości, łącznie z tym, że pacjent kłamie ale wierzy we własne kłamstwa i przekonał sam siebie, że to prawda. Ot, szczegóły, które doceniam.

Z archiwum X (sezon III, 1995-96) - 7/10. Zaczynamy od dokończenia trylogii rozpoczętej w finale poprzedniego sezonu. Dostajemy garść informacji i odpowiedzi, przy jednoczesnym zachowaniu status quo - nie mamy powodu by wierzyć w cokolwiek, poza tym, że chcemy w to wierzyć. I trzyma się to kupy, wyjaśniając wiele szczegółów. Ten sezon pamiętam jednak głównie za epizod "Clyde Bruckman's Final Repose" opowiadający o mordercy pozbawiającym życia jasnowidzów. Mulder i Scully ścigają go przy pomocy... innego jasnowidza. Ten odcinek ma dwie zalety: niezły, czarny humor oraz znakomicie wykorzystuje motyw zapisanego przeznaczenia. Całość w finale zadziałała na mnie zaskakująco wyraźnie. Wszedł mi pod skórę, dając to nieprzyjemne w znaczeniu horrorowym uczucie "co jeśli tak jest w rzeczywistości?". Oglądałem późną nocą, tak.

Z Archiwum X (sezon IV, 1996-97) - 6/10. Tutaj mamy zdecydowanie najlepszy odcinek całej serii, czyli "Home". Małe miasteczko liczące kilkuset mieszkańców i jedna rodzina, która trzyma się z dala od pozostałych. Ten epizod jest po prostu niepokojący. Nigdy nie pokazuje bezpośrednio tego, co jest główną zagadką. Tajemniczy rytuał na początku obserwujemy w półmroku, a jej uczestników w ujęciach profilowych. Wspomnianą rodzinę widzimy tylko z odległości. Narracja jest skupiona przez cały czas, bezbłędnie budując napięcie. Historia szokuje i wywołuje wstręt. To seans wyjątkowo brutalny jak na telewizję - w końcu wszystko zaczyna się od zamordowania niemowlaka. A potem poziom wcale nie opada. Mocna rzecz! "Musings of a Cigarette Smoking Man" też warto zobaczyć.

Z archiwum X, sezon V ("X-Files", 1997-98) - 6/10. Seria wyróżniająca się głównie epizodem "Bad Blood", uznawanym powszechnie za najlepszy w całym serialu. Przy czym jest to komedia. Przyjemna, spodziewałem się czegoś innego, ale nie narzekam. Ot, dwoje bohaterów relacjonuje to samo wydarzenie w zupełnie innym stylu. I jest całkiem zabawnie.

Z archiwum X, sezon VI ("X-Files", 1998-99) - 7/10. Tutaj najwięcej zapadło mi w pamięci. Mamy odcinek z Bryanem Cranstonem, którym terroryzuje Muldera by ten pomógł mu uciec przed policją, a z czasem relacja między tymi bohaterami... zmienia się drastycznie, tyle powiem ("Drive"). Mamy epizod świąteczny oferujący przyjemne zabawy z percepcją ("How the Ghosts Stole Christmas"). Mamy epizod złożony w całości z zaledwie kilku ujęć (oczywiście są masterowane by wyglądały na one-take, ale to wciąż imponujący efekt) - "Triangle". Mamy w końcu dwuczęściowy "Dreamland", w którym Mulder cofa się w czasie i zamienia na ciała z agentem innej instytucji rządowej. No i jest "Monday", w którym jedna z postaci przeżywa dzień świstaka, na końcu którego wszyscy umierają.

Z archiwum X, sezon VII ("X-Files", 1999-2000) - 6/10. Tutaj w końcu udało mi się scharakteryzować serial oraz jego fenomen. Bo jednak jest on bardzo często zwyczajnie średni i przeciętny. Cały pierwszy sezon to identyczny schemat w każdym epizodzie (jeśli Mulder spotyka dawnego przyjaciela, to wiecie, że on umrze przed końcem odcinka). Twórcy wielokrotnie wybierają bezpieczeństwo zamiast podejmować ryzyko. Rozwiązania fabuł są nijakie i łatwe, co z czasem zaczyna irytować (znowu zniknął lub umarł ktoś, kto mógł coś wiedzieć/powiedzieć/wyjaśnić/wnieść coś świeżego). Czemu więc jest to serial dobry? Bo opiera się na momentach. Dla fanów nie liczy się cała reszta, jeśli prowadzi ona do MOMENTU. To je zapamiętujemy, dla nich oglądamy, to one wywołują naszą ekscytację. W ten sposób zamiast irytacji po śmierci kogoś posiadającego informację czujemy fascynację. Obserwujemy jak nasi bohaterowie spoglądają ponad horyzontem, z nadzieją, bo przecież "Truth is out there". Nic się nie zmieniło. Wciąż "I want to belive". "Z archiwum X" to serial opierający się na momentach. Jak wtedy, gdy w finale "Monday" dziewczyna przeżywająca dzień świstaka mówi: "To się jeszcze nie wydarzyło". Dla tego momentu włączamy ten serial, dla uczucia towarzyszącego oglądania takich chwil. Co z tego, że zarówno "Sein und Zeit" i "Closure" mają nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, skoro na koniec dostajemy moment na który fani serialu czekali siedem sezonów?

A więc tak. Dwa sezony jeszcze przede mną. Powrót po latach w X sezonie odpuszczam zdecydowanie. Póki co, mam za sobą 53 obejrzane epizody.




St. Elsewhere, sezon I (1982-83) - 7/10. Serial medyczny. Czyżby pierwszy w historii? Oglądamy tutaj personel medyczny i ich życie osobiste oraz zawodowe. Pojawiają się też historie poszczególnych pasażerów. Wydaje się znajome, co więc wyróżnia tę produkcję? Jej neutralny ton. Takie tytuły jak "House" lub "Scrubs" stają często na głowie by zainteresować widza czyjąś tragedią. "St. Elsewhere" daje radę zaangażować odbiorcę czymś o wiele powszedniejszym. Codzienne wydarzenia ze szpitala są wyjątkowe same w sobie. A do tego plejada gwiazd, z Denzelem i Davidem Morsem na czele. Szczerze zachęcam spróbować odcinek "Brothers", w którym jeden z tytułowych braci cierpi coraz bardziej, a drugi nie może nic z tym zrobić. Ich ostatnia scena, scena pożegnania, to perełka. Jeden z nich nawet nie mógł wtedy mówić. Dodano jedynie delikatną muzykę w tle.



Dr House, sezon II ("House. M.D.", 2005-06) - 6+/10. Dawno, dawno temu w kiosku dodawano cały serial na płytkach (bodaj 4 epizody tygodniowo). Tak się wtedy legalnie zdobywało seriale. Kupiłem pierwsze cztery epizody, i obejrzałem. A że wtedy oceniałem seriale dopiero po zaliczeniu całego sezonu, to wymęczyłem do końca. I to było dosłowne męczenie się. Nie miałem z tego żadnej przyjemności. Byle tylko poznać ten fenomen, przekonać się, iż to nie moje klimaty, wystawić ocenę i zapomnieć (5/10). Ale minęło kilka lat, teraz oglądam seriale inaczej - bardzo jestem zainteresowany w przypadkach takich produkcji najlepszymi epizodami ocenionymi na IMDB na 9.5/10 i wyżej. Wziąłem więc na warsztat pięć najlepszych odcinków "House'a" z 2 sezonu, i... bawiłem się dobrze. Oczywiście, serial nie ma żadnego sensu, jestem tego świadomy (zamiast ratować pacjenta to bohaterowie są skupieni na tym, by jak najciekawiej opowiedzieć widzowi w jaki sposób doszli do rozwiązania zagadki medycznej), jednak nie przeszkadzało mi to czerpać frajdy. Historie były ciekawe, bohaterowie wyróżniają się na jakimś podstawowym poziomie i ich interakcje między sobą wywołuje we mnie emocje. Zapamiętam policjanta który zaraził czarnego doktora. Zapamiętam finałowy epizod ("No Reason", 2x24), który zaczyna się od zwrotu akcji którego nie chcę zdradzać, i aż do końca zaskakuje widza. To trzeba obejrzeć w całości, jest naprawdę cwany. A ja... Cóż, wystawiam pozytywną ocenę dla serialu. I będę oglądać dalej.



Deadwood, sezon I (2004) - 6/10. Tytuł odnosi się do nazwy miasteczka, w którym rozgrywa się akcja serialu. Jest to miejsce dziewicze, świeże, pozbawione wciąż odgórnej władzy. Mamy tu ludzi próbujących szczęścia - zacząć na nowo życie, założyć biznes, może znaleźć trochę złota. Główne dwa wątki toczące się przez ten sezon to miejscowy gangster broniący swojej dominującej pozycji na rynku - jak ktoś mu zagraża to od razu go zabija. W ten sposób jego pozycja jest niezagrożona. Problem w tym, że ma to znacznie również w wymiarze scenariusza. Gdy tylko jakaś postać robi się ciekawa i obiecująca, to zaraz ginie. Zostaje tylko wspomniany gangster, który nudny może nie jest, ale też nie będę go wspominać. Jest zły i dominujący dla samego faktu bycia kimś takim, nie ma w nim nic szczególnie interesującego. Po kilku odcinkach wchodzi wątek grypy która ogarnia miasteczko, i wtedy dopiero twórcy nadają gangsterowi trochę kolorytu. Poza tym to serial, który ogląda się bez przekonania. PS. Jak śmiejecie się z Liama Neesona wbiegającego na ogrodzenie przy pomocy 13 różnych ujęć w "Taken 3", to w "Deadwood" mamy gościa spadającego z konia pokazanego na 10 ujęciach (trwało to z 4 sekundy).



Przyjaciele, sezon III ("Friends", 1994-95) - 5/10. Oczywiście, ten serial był ze mną od zawsze, ale dopiero kilka lat temu obejrzałem ten serial jak Internet przykazał - wziąłem pierwszy sezon i obejrzałem w całości, 24 odcinki w 3 dni. Oceniłem i bawiłem się bardzo dobrze (8/10). Drugi sezon miał momenty, ale jako całość wrażenia mocno opadły (5/10). Teraz kontynuuję seans i nadal uśmiecham się przy oglądaniu, ale... to dosyć płytkie doświadczenie jest. Takie odcinki jak "The One with the Flashback" czy "The One with the Football" to tylko zbiór żartów nastawionych bezpośrednio na reakcję widza. Są okoliczności, wykorzystujemy je, widz się uśmiecha. Przechodzimy dalej. Znamy tych bohaterów, lubimy spędzać z nimi czas, i to właśnie otrzymujemy. Żarty rzadko łączą się w większą całość, tylko okazjonalnie budowane są na wcześniejszych gagach, rozwój jest statyczny. Na dodatek średnio co czwarty żart wypadał dosyć blado. Były momenty, gdy miałem dosyć. Największa zabawa to jak Joey i Chandler kłócą się o fotel w "The One Where No One's Ready" (i genialny żart zbudowany na tym w finale, kiedy to Chandler od obcego człowieka żąda jego bielizny!). W sumie jest to solidna robota, bez wypełniaczy, i dostajemy to czego chcemy. I nic więcej. Nie ma co krytykować.

Przyjaciele, sezon IV ("Friends", 1995-96) - 6/10. Tutaj dla odmiany jest odcinek którego mi zabrakło gdy pisałem o trzeciej serii. "The One with Chandler in a Box" to odcinek w którym Chandler siedzi w pudle przez pół dziękczynienia. Kolejne żarty są zaskakujące, nakładają się na siebie, tworzą całość i budują finał. Znaczą coś, zmieniają i wydają się... prawdziwsze. A przez to jeszcze bardziej absurdalne, czyli: śmieszniejsze. Ponad to, mamy tutaj wesele w finale, bardzo fajnie pomyślane. Też będę pamiętać.

Przyjaciele, sezon V ("Friends", 1995-96) - 5+/10. W sumie pamiętam z tego tylko tyle, że tutaj zastanowiłem się nad postacią Rachel, i uświadomiłem sobie, jak tępa ona jest. Typowa schematyczna kobieta, która wini faceta i oczekuje, że on wszystko naprawi, on przeprosi... Ech. I znowu warte uwagi zakończenie sezonu, rozgrywające się w Vegas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz