środa, 5 lipca 2017

Widziałem w czerwcu dobre seriale i filmy

Spóźnione podsumowanie miesiąca, w którym byłem skupiony na PełnejSali i zachwycaniu się jak wygodne jest publikowanie tekstów na Wordpressie. Blogger w porównaniu do niego to niemal prymitywne narzędzie, a na dodatek ostatnio często teksty mi się zgrzytają - wysypują i pod względem formatu nieczytelne. Nie mam na to cierpliwości i to jest powodem opóźnień publikacji na tej stronie. Ale podsumowanie czerwca jest - głównie są to polskie tytuły. Przez film miesiąca postanowiłem poznać filmografię Stanisława Różewicza, którego wcześniej znałem wyłącznie po "Westerplatte", a tutaj okazuje się, że człowiek ten nakręcił jeszcze inne warte uwagi tytuły. Poza tym lata 20. i 30. bracia Marx i nieme produkcje. Co do seriali to był nieudany miesiąc, ponieważ wpieprzyłem się w tytuły, które szybko straciły moje zainteresowanie... Ale musiałem je dokończyć, więc się męczyłem.

Plus, musiałem zrezygnować z wielu rzeczy, aby znaleźć czas na "Wiedźmina 3". Gdy piszę te słowa mam na liczniku 113 godzin.

Plany na lipiec: przygotować się do Nowych Horyzontów, nadrobić nowości i obejrzeć parę długich klasyków, jak "Napoleon" i "Mabuse".





****
FILM MIESIĄCA: Świadectwo urodzenia (1961) - 7/10. Piękne kino polskie powojenne, złożone z trzech nowelek. Bohaterem każdego jest osoba małoletnia, a akcja rozgrywa się podczas wojny. W pierwszej oglądamy chłopca który samotnie podróżuje na wschód, by dogonić matkę i braciszka. W drugiej oglądamy najstarszego brata, który musi opiekować się rodziną i pracować na ulicy pod nieobecność rodziców. W trzeciej mamy sierotę, która musi się ukrywać ze względu na jej żydowskie korzenie. Ta ostatnia nowelka jest najlepsza, to jak ostatnie pół godziny "Pianisty". Opowiadanie obrazem i smutek wylewający się z ekranu. Dziecko, w którym nie było nawet odrobiny woli, aby żyć. Chciało umrzeć, ale nikt jej w tym nie pomógł. Ukrywali ją, a jej zostało patrzeć tylko przez okno bez słów na dzieci, które bawiły się w ogródku... Ech. Pozostałe dwie nowelki są dobre, ale to trzecia najbardziej oddziałuje na odbiorcę. "Świadectwo urodzenia" ma też coś jeszcze co bardzo lubię, czyli bohaterów wyjętych jakby ze "Strefy mroku" (1959). Wyglądających jakby nie należeli do tego świata, jakby byli postacią ze snu, fantazji. W pierwszej nowelce widzimy na polu kobietę ściskająca swoje dziecko na rękach. W drugiej mamy Rosjanina który uciekł z obozu niemieckiego i zakradł się do mieszkania bohatera. Stał w drzwiach, bez słowa, pojawiając się w środku nocy... Muszę nadrobić twórczość Różewicza. Wcześniej widziałem tylko "Westerplatte" (doskonały!), ale teraz wiem już, że ten reżyser zrobił również inne tytuły! GARRET POLECA!



Końskie piórka ("Horse Feathers", 1932) - 7/10. Filmy braci Marx to zawsze paczka z niespodziankami, których człowiek spodziewałby się pod choinką. Tym razem mamy Groucho w roli dyrektora na uniwersytecie, który otwarcie mówi, że objął posadę aby przepchnąć swojego syna przez szkołę. A to oznacza, że trzeba zrobić drużynę futbolową... A nie wiem. Reżyseria i scenariusz jest średnia, ten film to zbiór scen które prowadzą do urwanego zakończenia które niczego nie zamyka, ale przy tym i tak zabawa jest więcej niż przednia! Groucho śpiewa "I'm against it!", Harpo nosi najlepszy płaszcz na świecie (też mam ochotę na filiżankę gorącej kawy!) oraz nosi lód bez żadnego powodu. Gry słowne nie mają końca, tak samo jak i przekomarzanie. Przygoda warta poznania, chociaż na pierwsze spotkanie z braćmi są lepsze tytuły.



Professor: Masz jakieś doświadczenie w uprowadzaniu ludzi? 
Baravelli: No pewno. Chcesz wiedzieć, jak to robię? Najpierw do nich dzwonię, a potem wysyłam po nich swojego szofera
Professor: A więc masz szofera? Jakim autem jeździsz
Baravelli: Och, nie mam auta, mam tylko szofera
Professor: Może jestem szalony, ale skoro masz szofera to nie powinieneś mieć też auta? 
Baravelli: Miałem, ale widzisz - koszty były za wysokie, więc zachowałem szofera i sprzedałem auto.
Professor: To pokazuje jak mało wiem o życiu. Ja bym zachował auto i zwolnił szofera
Baravelli: Nie da rady. Muszę mieć szofera aby mnie woził z rana do roboty
Professor: Ale jak on wozi cię do roboty bez samochodu? 
Baravelli: Nie musi. Nie mam pracy.



Olimpiada, część II ("Olympia 2. Teil - Fest der Schönheit", 1938) - 7/10. Transmisji igrzysk z Berlina ciąg dalszy. Tym razem zaczynamy od sekwencji która dzisiaj kojarzy się z "Humans Are Awesome" - czyli pokaz umiejętności lekkoatletów, ich wyczynów i akrobacji. Delikatnie spowolnione tempo wynosi całość na wyższy poziom - teraz nie tylko można je oglądać i docenić w pełni, ale ruchy sportowców wydają się w ten sposób bardziej pewne, spokojne, jakby byli wykuci z żelaza... Elektryzujący widok. A potem przechodzi do standardowej relacji, i dopiero finalne skoki do wody - równie piękne co oblicze kobiety - przypominają o klasie tej produkcji. Intrygujące, że dopiero teraz zacząłem zastanawiać się nad tym, czy to co widzę, nie przeszło wcześniej przez pewien tryb manipulacji... Konkretnie w scenie biegów, kiedy to pierwszy uczestnik tak wyprzedził resztę, że kamera widziała tylko jego. A co działo się poza kadrem? Czy może ktoś pomagał i hamował pozostałych sportowców? A może całość w ogóle nie była nawet nagrywana na stadionie? Miałem świadomość, że oglądam tytuł od autorki propagandy, a i tak wierzyłem całkowicie w to co widzę. Moje wątpliwości pozostają bez odpowiedzi. Dobra robota, muszę uchylić kapelusza.

Październik ("Oktyabr", 1927) - 7/10. Sergei M. Eisenstein przedstawia rewolucję październikową i zamach stanu, i robi to w swoim stylu. "Październik" jest masywny, olbrzymi i ekscytujący. Montaż dodaje mnóstwo emocji, oglądałem ze śpiewem na ustach.






Destry znowu w siodle ("Destry Rides Again", 1939) - 7/10. Klasyczny western zakłamujący całkowicie ówczesne warunki życiowe. Przerysowany i kiczowaty tak bardzo, jak tylko ludzie to wtedy kochali. Mamy nawet Marlenę Diertrich krzyczącą "Iiii-ha!". Ale do rzeczy: mamy miasteczko gdzie burmistrz siedzi u gangstera w kieszeni, a okoliczni mieszkańcy będą mieć przekichane, bo nasz czarny charakter ma niecny plan aby utrudnić wszystkim życie. Co jednak mogą zrobić? Poprzedni szeryf chciał to zmienić, ale zniknął, a w jego miejsce burmistrz wybrał największego pijaka. Ten jednak sprawia niespodziankę: dzięki gwieździe szeryfa rzuca alkohol oraz sprowadza do miasta tytułowego Destry'ego Juniora - syna legendarnego stróża prawa, który ponad wszystko wierzy w sprawiedliwość oraz literę prawa. Film ten ma swoje za uszami - postać grana przez Dietrich jest na siłę pozorowana na famma fatale i wszyscy się w niej zakochiwali (widać, że ego aktorki miało wpływ na historię, bo te motywy pasują do reszty filmu jak pięść do nosa). Gadanie o sprawiedliwości w końcu zaczyna być mdłe, bo kino poszło do przodu i antagonista szybko by ich sprzątnął, choćby dla własnego spokoju. Ale "Destry..." i tak się broni, zbierając dodatkowe punkty za doskonały scenariusz warty analizowania i zastanowienia się, co i jak tu zostało zrobione. Jest niezwykle uporządkowany, mamy tu miejsce na wszystko, przedstawienie wszystkich motywów odbywa się tu przez działanie, a sympatia do głównego bohatera płynie od widza niemal od pierwszego wejrzenia.



To mi przypomina historię dziecka, które zabiło młotkiem swoich rodziców... Sąd zapytał się go, co ma na swoją obronę. A ono na to: "Liczę, że sąd będzie wyrozumiały dla sieroty"
"Destry znowu w siodle"



Dziki cel ("Wild Target", 2010) - 6+10. A jednak! Tyle lat obawiałem się o jakość tego filmu - chyba od 2009 roku, kiedy spodobała mi się współpraca Rona Wesleya z Lynnem (reżyser "Tropu"), a tu jeszcze Emilly Blunt, Bill Nighy, Martin Freeman... Recenzje były przeciętne, ale co tam - w końcu zobaczyłem i nie żałuję. To jest jedna z czołowych komedii kryminalnych, obok "Vinci" czy "Gangu Olsena" i "Nic do stracenie". Profesjonalny zabójca ratuje swój cel przed byciem zastrzeloną przez innego mordercę do wynajęcia. Teraz razem muszą uciekać, a po drodze biorą pod pachę maskotkę w osobie Ruperta Grinta. Tempo filmu jest idealne, obraz jest świeży i zabawny aż do końca. Kreatywność, pomysły, intryga... Śmiałem się. Warto, jak cholera warto!

Gdzie zabawki tamtych lat (2007) - 6/10. Ujmujący czarno-biały dokument o rozgrywkach młodocianych sprzed lat. Rysowanie, przerysowywanie, plastelina, zabawki, las... Ujęła mnie w tym skromność twórcy. On tylko pokazuje z nutką nostalgii swoje dzieciństwo, bez jednoczesnego potępienia dzisiejszej ery elektroniki. Chociaż, kto wie, może to są współczesne dzieci, tylko wolą one bawić się właśnie w taki sposób? A może to eksperyment i wyrwano dzieci z miasta aby pokazać im drewniane klocki? Tak czy inaczej, otrzymaliśmy niemy dokument posiadający głębię. Oglądałem z przyjemnością.

Gang Olsena ("Olsen-Banden", 1968) - 6/10. Powtórka po latach. Pierwsza część kultowej sagi i już mamy mocny start: cały film to jeden wielki napad. Grupa pokracznych przestępców próbuje ukraść drogocenny obiekt. Plan dochodzi do skutku, ale i tak wszystko bierze w łeb - nie będę więcej zdradzać, ale cały film to 80 minut gonitwy, pościgów i kombinowania, składające się na niezwykle rozrywkowy napad w konwencji komedii kryminalnej. Pomysły są intrygujące, tempo równe, seans upływa przyjemnie aż do końca. Już teraz zostały ustawione wszystkie charakterystyczne cechy serii - ujęcie gdy bohaterowie idą w szeregu, motyw muzyczny oraz powiedzonko "klawo jak cholera!". Zaskoczył mnie silny akcent seksualny - wciąż nie wiem, czy żart z prostytutkami był smaczny czy jednak przegięli pałę (badum-tss) (chodzi o to, że podczas ucieczki przed policją gang zostawił za sobą kilka dziwek, a na ich widok mundurowi rzekli: "zgodnie z rozkazem - najpierw strzelać, potem pytać!". Koniec żartu. Jak myślicie? Smaczny, niesmaczny?)

Koniec Sankt-Peterburga ("Konets Sankt-Peterburga", 1927) - 6/10. Film propagandowy ku pamięci rewolucji październikowej. Ludzie protestują przeciw właścicielom wielkich koncernów, bo nie chcą być wykorzystywani ponad siły, a oni wstrzymują im płacę. Co robić w takiej sytuacji, kiedy to dzieci i żony z głodu pomrą, zanim strajk się skończy? Konflikt chwyta gdzie trzeba, i nie czuć tutaj "propagandy". Raczej dramat tamtych czasów, kiedy prości ludzie nie wiedzieli co zrobić.

Szpital (1977) - 6/10. Kieślowski zagląda na jedną dobę do polskiego szpitala. Znowu daje upust swojemu pragnieniu, aby przyjrzeć się drugiemu człowiekowi, i przy okazji zostawia miejsce dla widza. Dla jednych jest to dokument o braterstwie. Dla innych o ponadczasowych warunkach polskich szpitali. Mnie zachwyca zdolność reżysera do znalezienia czegoś w tym co zastał.

Dwie Joasie (1935) - 6/10. Przyjemna i satysfakcjonująca polska komedia pomyłek z okresu międzywojennego. Kobieta próbuje znaleźć pracę, ale wszędzie gdzie nie trafi to jej uroda staje się problemem. Faceci chcą ją głaskać i za rączki trzymać, a w takim wypadku nasza bohaterka nie umie trzymać rąk przy sobie i wymierza im "liścia". Do kolejnej pracy przygotuje się więc w drugą stronę, próbując pogorszyć swój wygląd. I wychodzi. Problem w tym, że tam akurat się zakochuje, i w skutek zbiegu okoliczności będzie odgrywać dwie postaci (jedna będzie podobać się mężczyźnie jej marzeń). Sympatyczny obraz, muszę przyznać. Bardzo podobał mi się pomysł na to, że bohaterka najpierw musi walczyć o szacunek do siebie, aby coś w życiu osiągnąć. Potem jednak bardziej zaczyna się liczyć jej fryzura, i to trochę osłabia wymiar produkcji, ale wciąż oferuje ona przyjemnie spędzony czas.

Mroczne zwycięstwo ("Dark Victory", 1939) - 6/10. O ile dobrze się orientuję, jest to pierwszy film o chorobie rakotwórczej, tak więc mamy nowy typ historii o kobiecie, która umrze wraz z końcem filmu. Ale ona o tym nie wie, ponieważ lekarz to przed nią zataił. Poczuła się lepiej, ale za parę miesięcy poczuje się gorzej i odejdzie we śnie. Film z całą pewnością ma serce po właściwej stronie - jest melodramat oraz angaż widza w sytuację głównej bohaterki (chciałbym wiedzieć? Co bym zrobił na jej miejscu?), która przykładnie stawia śmierci czoła z godnością. Intencje twórców takie właśnie były - uspokoić odbiorcę i powiedzieć mu, że każdy umrze. Ważne jest, aby wcześniej załatwić wszystkie swoje sprawy. Jest w tym filmie pierwiastek piękna. Spotyka się z nimi jednak drewno klasycznego Hollywood - nienaturalne przemiany w które nie da się uwierzyć (poziom "masz depresję? To przestań."). Aktorzy grają pod dyktando reżysera, więc wszyscy tworzą dwie różne postaci gdy historia zmienia bieg. Nawet cholerny Bogart, nieustępliwy i gorzki, na koniec musi wyznać miłość w imię dramaturgii.

Dom Roughów ("The Rough House", 1917) - 6/10. Początkowy gag z gaszeniem pożaru przez Fatty'ego to prawdziwa perła i mocny kandydat do mojego ulubionego żartu w okresie kina niemego. Potem też jest zabawnie. Mamy tu typowe przedstawienie klaunów - ciasta latają, Buster Keaton skacze po meblach, jest dużo energii.

Małpi interes ("Monkey Business", 1931) - 6/10. Bracia Marx jeszcze w składzie z Zeppo podróżują statkiem na gapę. Gdy zostają nakryci to uciekają, po drodze mieszając się w różne rzeczy, i w ten sposób w jakoś powstał film, który dzieje się niejako przy okazji. Bracia nie zawodzą, ale i tak naprawdę nie ma za co szczeghólnie pamiętać tej produkcji. Ot, przyjemnie spędzony czas i kilka solidnych śmiechów. To wszystko.



- Kapitanie! Wie pan, kto zakradł się wczoraj do mojej luksusowej kajuty wczoraj w nocy? 
- Kto? 
- Nikt! W tym problem! 
"Małpi interes"

- Od kiedy zostaliśmy małżeństwem wiodę pieskie życie
- Może twój mąż myślał, że żeni się z psem? 
"Małpi interes"

- Masz coś w sobie... Możesz to zachować.
"Małpi interes"



Opowieść o lisie ("Le Roman de Renard", 1930) - 6/10. Quasi polska produkcja poklatkowa wykorzystująca lalki. Na dodatek czarno-biała, opowiadająca o królestwie zwierząt, w którym to Lew zarządza koniec mięsożerności. Ma być pokój i miłość między wszystkimi. Sympatyczne, koncept ciekawy a wykonanie zaskakująco płynne jak na 1930 rok... Ale nie wywiera większego wpływu na oglądającym. Ot, do zapomnienia.

Orzechy kokosowe ("The Cocoanuts", 1929) - 5/10. Pierwszy film w którym bracia Marx wystąpili wspólnie. Są już pierwsze zapowiedzi zabawy która nastąpi w przyszłości, ale na chwilę obecną mało mamy braci w braciach. Dość powiedzieć, że w ciągu pierwszych 20 minut mamy 3 sekwencje taneczne lub śpiewane, a jeszcze nie widzieliśmy Chico i Harpo, a Groucho miał jedną scenę. Niewiele zostaje w pamięci, i trudno powiedzieć o co w sumie chodzi (Groucho prowadzi hotel i robi to najgorzej jak się da, ale ludzie nadal z nim pracują, chociaż im nie płaci. Robią mu o to awanturę i... nic), ale wciąż są momenty warte obejrzenia. Na aukcji działek płakałem ze śmiechu. Dla fanów braci - pozycja obowiązkowa trzeciej lub czwartej kategorii.

Głos z tamtego świata (1962) - 5/10. Stanisław Różewicz o zabobonach. Konował leczy ludzi, stara baba udaje bycie medium. Opowieść złożona ze scenek które bardzo luźno budują jakąś większą całość. A przez to wkrada się monotonia i chaos, kiedy to zainwestowany czad nie zwraca się jak powinien.

Juno i Paw ("Juno and the Paycock", 1929) - 5/10. Hitchcock tworzy film dźwiękowy, ale umieszcza akcję w Dublinie, więc i tak nic nie można zrozumieć. Tak czy siak, okres wojny domowej w Irlandii, kiedy to bohater i jego rodzina klepią biedę... Aż tu nagle okazuje się, że spotkało ich szczęście, i zaraz wszystko się odmieni. Materiał nieoryginalny, adaptowany, i przy tym... Nie jest zły. Tylko obojętny.

Bucking Broadway (1917) - 5/10. Pierwszy pełnometrażowy film Johna Forda to oczywiście western. Prosty jak cholera, ale i tak toporny, i nieczytelnie opowiedziany.

Bunt na Bounty ("Mutiny on the Bounty", 1935) - 2/10. Scenariusz jest okropny - bunt jest w tytule, spodziewamy się go, chcemy nawet aby wybuchł... Ale gdy w końcu do niego dochodzi, to bierze się znikąd. Ot, nagle ktoś tam mówi "mam tego dosyć", a w następnej scenie "dobra chłopcy, przejmujemy statek!". Brakuje tu choćby najbardziej podstawowych zagrywek, jak choćby załoga mieląca przekleństwa w ryju po każdym numerze kapitana, głośno mówiących we własnym gronie, że to im się nie podoba. Ale co mogą zrobić? Nic. A może jednak? I dylemat przez kilka scen. Zastanowienie się - może są inne sposoby? Jaki jest koszt buntu? Wrócić do domu, do żony, ale ze świadomością, że pozwoliliśmy na całe to okrucieństwo? A chuj z tym. Nic nie robimy przez półtorej godziny, a potem nagle zmiana gry bez uzasadnienia. Bez zastanowienia. I jak wygląda bunt? Okazuje się, że część załogi jednak jest za kapitanem, ponieważ... I bunt oznacza wywalenie jego i jego zwolenników za pokład, śmierć głodowa. A, i jeszcze płyniemy na Hawaje podejmując dyktatorską decyzję, ponieważ...??? Nagle Christian jest złym człowiekiem, bez powodu. Dlaczego nie można kapitana zakuć i pod pokład? Wrócić do domu i postawić go przed sądem? Są dowody, aby go skazać legalnie. Etam, po prostu etam. A na morzu kapitan okazuje się być dobrym człowiekiem. Dowodzi ludźmi, daje im nadzieję, dba o chorych... Ponieważ etam. Potem nawet zostaje pochwalony za to, ponieważ wykazał się wtedy znajomością morza, chociaż wszystko co zrobił to leżał na łódce i czekał, aż morze samo go sprowadzi na ląd. Dobra robota. W końcu jeszcze jest coś co można spierdolić w tym filmie. Kapitan daje radę więc przeżyć, przejmuje obcy statek (jakoś), odnajduje starą załogę, łapie kilku i zaprowadza ich na sąd. A jak wygląda sąd? "- Kapitanie, czy nasz jakieś podejrzenia, czemu się zbuntowali?; - Najmniejszych; - W porządku, zaraz podejmiemy decyzję". Dobra robota. Znaczy, kapitan będzie jeszcze szkalować buntowników, ponieważ to jest ta okazja kiedy można najbardziej wkurwić widza trzeba skorzystać, jeśli chce się zrobić beznadziejny film. A co na to buntownicy? Słowem nie zająkną się o tym, co kapitan robił. Cały czas będą tylko potulnymi debilami "Wysoki sądzie, ja jestem dobry chłopak". Świetna robota.




****SERIALE****

Bloodline, sezon II (2016) - 7/10. Serial opowiada o tajemnicach rodzinnych i o tym, co się stanie, gdy wypłyną po latach na światło dzienne. Z jednej strony pierwszy sezon mógł pretendować do bycia zamkniętą całością. Z drugiej, temat produkcji jest jaki jest, i dlatego kontynuacja znakomicie komponuje się z wcześniejszymi odcinkami. Brudy i kłamstwa z czasem tylko rosną w siłę, pociągając za sobą kolejne półprawdy i miganie się od powiedzenia co tak naprawdę się wydarzyło. Konstrukcja dramatyczna całości jest solidna i precyzyjna - każde kolejne powiedzenie nieprawdy ma dla nas oczywiste źródło. Wiemy, co bohaterowie chcą nim osiągnąć, i rozumiemy ich. Jednocześnie jednak widzimy wyraźnie, jak w ten sposób pogarszają swoją sytuację na dłuższą metę. Każdy bohater ma tu swoją historię, mierzy się ze swoim wyzwaniem, dla każdego z nich cała ta opowieść ma inny wymiar i pragną czegoś innego. To dynamiczna i złożona tragedia, w której nikt nie jest w dobrej sytuacji. Przy tym jest to produkcja opowiedziana w konsekwentny, cierpliwy sposób. Brakuje tutaj kombinowania z budowaniem tempa. Nie doświadczymy przez te 10 odcinków choćby jednej wyraźnej sceny - dużej, dramatycznej wymiany zdań lub innego punktu zwrotnego, który mógłby odebrać nam oddech i sprawić, że natychmiast zaczniemy oglądać ciąg dalszy. Zamiast tego te dziesięć godzinnych epizodów rozegranych zostaje w jednostajnym tempie. Konstrukcję całości wznoszono cierpliwie, scena po scenie, cały czas podnosząc stawkę i alienując bohaterów. Sytuacja stawała się tylko gorsza i gorsza, bez widocznej możliwości aby cokolwiek uratować. Każde rozwiązanie wiązało się z ogromną stratą. To poważny, dobry dramat obyczajowym, trochę już w niedzisiejszym stylu. Wciąż za to jest bardzo urokliwy formalnie - plenery, kadry, a niektóre sztuczki techniczne (jak operowanie barwami) zastosowano później w Oscarowym "Moonlight" (miejsce akcji w obu tytułach to Floryda, US). Do tego aktorzy dostali bardzo dużo przestrzeni, aby stworzyć solidne postaci. Takie nazwiska jak Kyle Chandler czy Ben Mendelsohn mogą być wam znane z dużego ekranu, ale dopiero w "Bloodline" pokazali swoją klasę.

Brooklyn 9-9 (2013) - 5/10. Miejscem akcji jest posterunek policyjny, ale to nie ma większego znaczenia. Mamy tutaj bandę postaci, które mają być śmieszne, a scenarzyści nie mają na nic pomysłu, więc efekt wygląda tak, że bohater podchodzi do kobiety w barze... A potem widzimy, jak jedzą skrzydełka... A w tym czasie jakaś babka na komisariacie gra na telefonie. I podchodzi do niej szef i gadają o tym, w co ona gra. Twórcy bardziej są świadomi tego, że ich bohaterowie są policjantami, ale nie mają w planach nic z tym robić tak naprawdę. Ot, każdy bohater jest śmieszny na inny sposób, i... ma być zabawny. Koniec. Żart dla żartu. Odcinki wchodzą szybko, ale od samego początku oglądałem je ze znudzeniem. Jedna z tych produkcji, która nie jest wymagająca - ani wobec widzów ani też wobec samych siebie. Nie trzeba nic umieć, aby tworzyć takie rzeczy. Obejrzałem 10 odcinków, "Halloween II" najlepszy.

Most nad Sundem, sezon 1 ("Bron / Broen", 2011) - 5/10. Przykład produkcji napisanej przez przeciętnego scenarzystę o genialnym mordercy. Pierwsze kilka sekund jest intrygujących - na moście łączącym Danię ze Szwecją gasną światła, a gdy znowu jest jasno, to dostrzegamy tam martwe ciało. Ale to było na tyle. Reszta sezonu trwająca solidne dziesięć godzin pozostawiła mnie obojętnym pod każdym możliwym kątem. Bohaterowie, śledztwo, fabuła, morderca, zagadka... Oglądałem do końca tylko dlatego, że nie chciałem oceniać bez znajomości całości. Po drodze więc znalazłem sceny typu: morderca więzi zakładnika, ale ten ucieka z budynku. Wybiega na ulicę i spotyka przechodnia, ale zamiast coś mu powiedzieć to pakuje mu się do auta jak ostatni chuj. Tamten go wyrzuca, nazywa pijakiem, koleś zostaje sam i od razu zostaje odebrany przez mordercę. Szczęśliwe zakończenie, wraca zakneblowany i związany przed kamerę - morderca w końcu streamuje całe wydarzenie na żywo. Ale zakładnik wpada na genialny pomysł! Zaczyna coś mówić alfabetem morsa. Czego najwyraźniej genialny morderca nie przewidział. Wszyscy widzowie to przewidzieli wczoraj, ale morderca planujący wszystko w drobnych szczegółach od kilku lat nie. Życie. Ale biznesmeni decydują się nie zapłacić! A wtedy morderca zabije zakładnika! Wszyscy są smutni. Koniec wątku. Ale jakaś inna baba chce zapłacić! Co na to wszyscy? "Czy jest pani pewna? Dlaczego to pani robi?" JAK, KURWA, MOŻNA O TO PYTAĆ W TAKIEJ CHWILI! NIE MA CZASU NA WKURWIANIE WIDZA, BIERZCIE HAJS I RATUJCIE GOŚCIA, CHUJOWA POLICJO! Niedoszła ofiara rysuje portret pamięciowy mordercy. Detektywi trzymają tak ten rysunek, rozpoznają kto się na nim znajduje... I tak sobie siedzą na korytarzu. "Coś z tym chyba powinniśmy zrobić, nie?", "A nie wiem... Posiedźmy sobie tutaj. Jest git". Praca policji z kolei wygląda w tym serialu tak, że nikt niczego nie zrobi bez polecenia głównych bohaterów. Ma to na celu sprawienie, aby wyglądali oni na ważnych i istotnych. "Proszę pani, morderca jest w tym miejscu" - "IDZIEMY TAM! TY ZRÓB TO CO ZAWSZE ROBISZ! TY RÓB TO CO ZAWSZE ROBISZ! TY TEŻ RÓB DOKŁADNIE TO CO ZAWSZE ROBISZ!", bo nikt by nie wpadł na to, gdyby ona tego nie powiedziała. Naprawdę tęsknię za statystami-terrorystami w "Die Hard", którzy mieli własną świadomość i Grubber nie musiał im wszystkiego mówić (a przy tym wciąż był charyzmatyczny). Na tym nieumiejętne budowanie bohaterów nie kończy się - w końcu mamy też takie numery jak opowiadanie innym postaciom, jaki to ktoś inny nie jest wspaniały. "Coś w nim jest", "Ma coś w sobie", "Wydaje się inaczej... Ale jest w niej więcej niż się wydaje". Szkoda, że tym czymś nie jest interesujący charakter lub charyzma, lub cokolwiek co czyni postać interesującą. Swoją drogą, główna bohaterka to kosmitka. To tylko moja interpretacja, ale jeśliby porównać tę rolę do jakiekolwiek postaci która była w jednej z tych komedii amerykańskich z lat 80/90 w których kosmita przybiera postać ludzką i próbuje się dostosować - to nie byłoby między tymi przedstawieniami nawet najmniejszej różnicy. Byłyby zagrane tak samo co do jednego ruchu rzęsą. Niedorzeczne. wiem,że rzucam w tym miejscu nieskładnie różnymi obserwacjami, ale nie mam siły na nic więcej. Ten serial zostawił mnie doskonale obojętnym, a trwał przy tym 10 godzin.

Flight of the Conchords, sezon 1 (2007) - 4/10. Serial jednej sztuczki - jeśli śmieszy ciebie prezentowane tu poczucie humoru, to oglądasz z przyjemnością. Jeśli nie bawi, to TEN SERIAL JEST JEDNYM WIELKIM NIC. Bohaterów, historii, uroku, NAWET POCZUCIA HUMORU TU NIE MA. To nie jest śmieszne, to jest przypadkowe. I nieśmieszne. W teorii oczywiście dlatego to bawi zapewne wielu widzów, ale mnie... po prostu nie bawi. Najgorszy odcinek to "Girlfriends", którego oglądanie fizycznie boli. Cały epizod opiera się na odwróceniu ról płciowych - kobieta naciska faceta na seks, a on woli poczekać bo wyobrażał to sobie jako coś specjalnego. I to nie było śmieszne, to było okrutne. Gdyby obrócili płcie, to też byłoby okrutne. Niesmaczne, niesmaczne, niesmaczne. Zmuszałem się do oglądania, zmuszałem się do oceniania tego na chłodno, i wtedy widziałem w jaki sposób niektóre z tych sytuacji miały być zabawne. Niektóre miały nawet potencjał by wycisnąć ze mnie jakiś ruch kącikiem ust, ale ten serial jako całość wywołuje we mnie niechęć do śmiania się. Zabija we mnie zdolność do uśmiechania się. Nie, nie, nie. Przerwałem po pięciu odcinkach. Ja nie chcę nienawidzić "FotC", ale z każdym odcinkiem było tylko gorzej i gorzej. A pomyśleć, że 10 lat temu uczyłem się angielskiego na ich piosenkach ("Jenny", "Human's Are Dead", nawet "Business Time" trochę mnie bawiło).


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz