poniedziałek, 31 lipca 2017

Widziałem w lipcu dobre filmy i seriale

Witam w podsumowaniu miesiąca, które upłynęło mi z grubsza na przygotowaniach się do nadchodzących Nowych Horyzontów, z których najwyraźniej widziałem już ponad 30 tytułów. Festiwal jednak wystartuje w sierpniu, a w lipcu polecam wam opowieść o dziewczynce która jadła koty; polski dramat społeczny tak smutny, że władza go zablokowała na lata; autobiograficzną opowieść o miłości do kobiet oraz bolesny obraz porywania ludzi prosto z Australii. Zapraszam.






****FILMY****


Ósmy dzień tygodnia (1958) - 7/10. Chciałem obejrzeć ten tytuł, bo kiedyś przeczytałem, jakoby władza zablokowała go, ponieważ ukazywał życie polaków jako zbyt nieszczęśliwe. Oglądam - i muszę przyznać, nie dziwię się. Bohaterowie filmu żyją w epoce socjalizmu i wręcz z minuty na minutę widzimy, jak coraz bardziej uchodzi z nich chęć życia, chęć kochania. Tak depresyjnego i mrocznego obrazu jeszcze nie widziałem. Brak mieszkania i prywatności jako metafora braku własnego miejsca na tej ziemi. A spacer ulicami Warszawy po północy to jak Kevin chodzący po Nowym Jorku ("Home Alone 2"), tylko w wersji dla dorosłych. Mocna rzecz!

Matka Królów (1982) - 7/10. Solidny obraz relacji państwa i zwykłej rodziny, kiedy człowiek był niczym, a państwo wszystkim. Tytuł odnosi się do nazwiska głównej bohaterki - Król, a więc jej synowie to Królowie. Film jest solidny, mocny i sugestywny, a przy tym temat zdążył już spowszechnieć i jakoś nie wpłynął na mnie w wyjątkowy sposób. Oglądałem i czułem, jakbym znał już ten film. Dobry, tak, i odważny jak na swoje losy.

Kaprysy Łazarza (1972) - 6/10. Średni metraż prezentujący ludową komedię polską o rodzinie wyczekującej śmierci głowy rodu. Ten jednak nie chce umrzeć dopóki nie zgodzą się pochować go tam gdzie on chce - na ojczystej ziemi, gdzie się urodził. Dla reszty to za dużo zachodu, tutaj przecież na miejscu można - ten więc żyje dalej, chociaż już dawno powinien odejść. I wszystko fajnie - polskość, humor, jakaś tam melancholia w powietrzu - ale nadal nie wiem, czemu im tak zależało, aż on umrze, i cały film siedzieli z założonymi rękoma.

Robotnicy '80 (1980) - 6/10. Dokument rejestrujący zapis rozmów między strajkującymi robotnikami i rządem w roku 1980. Powstawał na gorąco, bez planu ale z szacunkiem dla chwili i pokazywanych wydarzeń. One mają swoją wagę, i tam też je zaprezentowano. Mamy tu spokojne rozmowy, chociaż dyplomatyczne odpowiedzi rządu przypominają jakby całość była biciem kulą w płot. Ale kropla drąży skałę. Nie ma tu jasnego kontekstu i trzeba samemu dowiedzieć się o przyczynach strajku. Seans dokumentu daje tylko ogólny obraz oraz oddaje atmosferę tamtych dni. Widok tłumu śpiewającego Mazurek Dąbrowskiego wywołał dreszcze.

Art of Freedom (2011) - 6/10. Dokument poświęcony polskim himalaistom, którzy zaczynali w PRL, i jak to się stało, że zaskoczyli cały świat robiąc rzeczy niemożliwe. Konkretna i krótka produkcja.

Zezowate szczęście (1960) - 6/10. Powtórka. Gość opowiada swoje smutne życie, kiedy to cały czas kładł sobie kłody pod nogi, i się o nie przewracał. Wszystko na tle historii Polski w okolicy drugiej wojny światowej - przed, w trakcie i po. Bardzo podobała mi się spokojna praca kamery, i to tyle. Sam film jest zbyt smutny i niesympatyczny. Gość chciał poruchać i zabierał się do tego na wzór Sama z "Transformersów".

Inny świat (2012) - 6/10. Dokument o życiu Danuty Szaflarskiej, który tak naprawdę jest audiobookiem. Aktorka siedzi przed kamerą i opowiada, jak to w dzieciństwie chodziła wyłącznie boso (chyba, że poszła do kościoła albo śnieg spadł, wtedy trzeba było się obuć), ze śmiechem wspomina jak biła braciszka oraz oglądanie martwego noworodka, bo jakaś kobita we wsi poroniła. A potem szkoła aktorska, gdzie jej powiedzieli, że ma za małe oczy. A potem wojna... Jest w tym urok, nie powiem, ale ostatecznie za duży jest tu pierwiastek starej osoby mówiącej "I on mi powiedział... Więc ja mu powiedziałam... Tak mu powiedziałam!".

Niespotykanie spokojny człowiek (1975) - 4/10. Chłop dowiaduje się, że jego syn chce się ożenić z miłości, i to chłopa z jakiegoś powodu wkurwia, i postanawia zrobić własnego syna w chuja, robiąc przy tym taki burdel, że trzeba będzie wojsko i księdza wzywać. Głupoty i schematy aż dudni pod sufit, bohaterowie którzy za diabła nie umieją powiedzieć o co im chodzi, problemy rozwiązywane poprzez mówienie "a tam, pierdolisz"... Adam Sandler lepszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz