poniedziałek, 31 lipca 2017

Widziałem w lipcu dobre filmy i seriale

Witam w podsumowaniu miesiąca, które upłynęło mi z grubsza na przygotowaniach się do nadchodzących Nowych Horyzontów, z których najwyraźniej widziałem już ponad 30 tytułów. Festiwal jednak wystartuje w sierpniu, a w lipcu polecam wam opowieść o dziewczynce która jadła koty; polski dramat społeczny tak smutny, że władza go zablokowała na lata; autobiograficzną opowieść o miłości do kobiet oraz bolesny obraz porywania ludzi prosto z Australii. Zapraszam.






****FILMY****


Logan (2017) - 7/10. Główny bohater jest już stary. Opiekuje się dawnym przyjacielem i chcę zamieszkać na łódce. Ale jest mutantem, więc ktoś znowu pakuje go w kłopoty, i nasz bohater musi uciekać razem z małą dziewczynką przed ludźmi którzy chcą jej zrobić krzywdę. Byłem zdziwiony, gdy ten film premierował w Berlinie, ale zaskakująco pasuje on do takiego miejsca jak festiwal filmowy. "Logan" jest poważny i dojrzały, w stylistyce jak i podejmowanych tematach - starość, umieranie, egzystencja bez celu i własnego miejsca. Przy tym umie zabrać widza w tą beznadziejną podróż bez wywoływania u niego chęci aby przerwać seans - i osiąga to pomimo braku nadziei. Wiemy, że na końcu podróży nie znajdziemy zbawienia, bo takie sztuczki są poza zasięgiem tego wszechświata... A i tak jedziemy.

Wszechstronna dziewczyna ("The Girl with All the Gifts", 2016) - 7/10. Film jawi się jako opowieść o dzieciach będących obiektem badań militarnych, ale tak naprawdę jest to tylko przykrywką dla post-apokaliptycznej historii o zombie... będącej jedynie przybraniem czegoś jeszcze. "Wszechstronna dziewczyna" ma swój styl oraz masę pomysłów na siebie - za każdym razem gdy myślałem: "To wszystko, film się wyczerpał" pojawiało się coś świeżego. Nowego i ciekawego. To obraz ciężki, wręcz wyczerpujący i... niełatwy. Film tak daleki od typowej historii którą zwykle widzicie na ekranie jak to tylko możliwe. Stawia widza w sytuacji której większość naprawdę nigdy nie będzie chcieć być stawiana.

Ósmy dzień tygodnia (1958) - 7/10. Chciałem obejrzeć ten tytuł, bo kiedyś przeczytałem, jakoby władza zablokowała go, ponieważ ukazywał życie polaków jako zbyt nieszczęśliwe. Oglądam - i muszę przyznać, nie dziwię się. Bohaterowie filmu żyją w epoce socjalizmu i wręcz z minuty na minutę widzimy, jak coraz bardziej uchodzi z nich chęć życia, chęć kochania. Tak depresyjnego i mrocznego obrazu jeszcze nie widziałem. Brak mieszkania i prywatności jako metafora braku własnego miejsca na tej ziemi. A spacer ulicami Warszawy po północy to jak Kevin chodzący po Nowym Jorku ("Home Alone 2"), tylko w wersji dla dorosłych. Mocna rzecz!

20th Century Women (2016) - 7/10. Mike Mills po 6 latach wraca za kamerę aby zaprezentować światu swój prezent do wszystkich kobiet które kiedyś kochał, które mu kiedyś pomogły, które wciąż pamięta, chociaż wszystko wydarzyło się wiele dekad temu. Opowieść jest linearna, ale też bardzo otwarta, widać po niej znamiona twórcy "Debiutantów", ale przy tym to wciąż własna, samodzielna rzecz. Mamy tu doświadczanie dzieciństwa i dorastania młodego chłopca, jego relację z matką i otoczeniem, obraz tamtych czasów - nowej muzyki, nowych tematów, świat w nowych kolorach. 

Ogary miłości ("Hounds of Love", 2016) - 7/10. Przykład kina które bez kombinowania potrafi angażować widza. Dziewczyna zostaje porwana, przetrzymywana i na końcu po prostu zamordowana. Brakuje wymyślnej intrygi, tortur lub porywaczy-wariatów, którzy jedzą sztućce na śniadanie. Zamiast tego samo okrucieństwo bez zniekształceń. Ludzie czynią krzywdę drugiemu człowiekowi. Są tu wątki poboczne budujące tło i sylwetki bohaterów, używane są też techniki rodem z kina bardziej artystycznego ("It Follows"!), ale najważniejszym czynnikiem jest tu terror bez upiększeń i dodatków. Samo bycie zamkniętym jest tu przedstawione w potężny, wyrazisty sposób. Przemoc jest tu celem samym w sobie, a nie przystankiem do czegoś.

Matka Królów (1982) - 7/10. Solidny obraz relacji państwa i zwykłej rodziny, kiedy człowiek był niczym, a państwo wszystkim. Tytuł odnosi się do nazwiska głównej bohaterki - Król, a więc jej synowie to Królowie. Film jest solidny, mocny i sugestywny, a przy tym temat zdążył już spowszechnieć i jakoś nie wpłynął na mnie w wyjątkowy sposób. Oglądałem i czułem, jakbym znał już ten film. Dobry, tak, i odważny jak na swoje losy.

Una (2016) - 6/10. Kino ukrytego dialogu, w którym kobieta po wielu latach odwiedza swoją pierwszą miłość. Pierwotnie była to sztuka teatralna, przy adaptowaniu na duży ekran dodano filmowi przestrzeni, i wyszedł intrygujący film o którym nie warto dużo zwiedzać. Jest wyciszony i niełatwy, stawia widza w trudnych sytuacjach. "Una" jest też przy tym obrazem o niewykorzystanym potencjale - wywołuje tyle pytań i możliwości, bez nadążania za podkładaniem fundamentów pod nie. Zastanawiając się coraz głębiej nad tym filmem widzimy, że wyszliśmy "poza mapę" przygotowaną przez twórców. Szkoda. Wciąż warto!

Nocturama (2016) - 6/10. Współczesny "Rififi" - egzekucja precyzyjnie nakreślonego planu w spokojnej, cierpliwej i bezbłędnej atmosferze. Wydaje się jakby nic się nie działo, ale wyraźnie widać jak bez słów to wszystko dochodzi do skutku. Zamach zostaje przeprowadzony - przez młodych ludzi, w celu pokazania czegoś (nie jest jasne czego, albo i w ogóle to nie jest powiedziane), bez ofiar w ludziach. A potem następuje druga część filmu, ta jednocześnie nieskończenie mniej ciekawa (bo akcja staje w miejscu i nic się nie dzieje przez długi czas) ale też i najbardziej wartościowa. Finał oferuje nowe spojrzenie na kwestię zamachów terrorystycznych i walk z nimi. Stawia widza w niełatwym położeniu, w którym nie ma prostych stanowisk, a jednak... trzeba jakieś zająć. Prawda?

Free Fire (2016) - 6/10. Film złożony z dosłownie JEDNEJ sceny strzelaniny. Podczas wojny IRA kilku ludzi spotyka się - jedni chcą kupić broń, drudzy ją sprzedać. Ale coś idzie nie tak i wszystko trafia szlag - rozwalony budynek w remoncie staje się areną bitwy, wszyscy leżą na plecach ukryci za byle zasłoną. Amunicji brakuje z każdym wystrzałem, trudno nawet powiedzieć kto jest po czyjej stronie, a ilość postrzeleń tylko rośnie. Coraz więcej ludzi za draśnięte kolano lub ramię. A czas ucieka. Powód i cała zasadność tej historii jest cokolwiek bezsensowna, ale trudno jest mi tego filmu nie docenić. Szczególnie za to, że w pewnym momencie zorientowałem się o tym, iż każda z blisko 15-stu postaci pełni tu pewną rolę. W tym czasie inne filmy mają problemy aby zrobić scenę gdzie pięć postaci jednocześnie ma coś do zrobienia. Z pewnością będę wspominać "Free Fire" pozytywnie.

Uciekaj! ("Get Out", 2017) - 6/10. Czarnoskóry główny bohater jedzie poznać rodziców swojej białej dziewczyny. Na miejscu zaczynają się dziać różne rzeczy - rodzice cały czas chcą pokazać, że nie są rasistami. Policjant jest rasistą. A matka chce pomóc hipnozą bohaterowie, aby przestał palić. A potem zaczyna być tylko dziwniej. Oglądamy i nie rozumiemy, co się dzieje. Seans mija w tajemnicy i napięciu. Chcemy wiedzieć, co się dzieje. A po blisko 3/5 filmu okazuje się, że oglądamy tylko coś o wiele prostszego niż myśleliśmy. Twórcy mylili jedynie tropy i budowali bardzo długi wstęp do czegoś... Prostego, znanego i zwykłego. Niemniej, doceniam zabawę jaką film oferuje przez pierwsze półtorej godziny.

Kaprysy Łazarza (1972) - 6/10. Średni metraż prezentujący ludową komedię polską o rodzinie wyczekującej śmierci głowy rodu. Ten jednak nie chce umrzeć dopóki nie zgodzą się pochować go tam gdzie on chce - na ojczystej ziemi, gdzie się urodził. Dla reszty to za dużo zachodu, tutaj przecież na miejscu można - ten więc żyje dalej, chociaż już dawno powinien odejść. I wszystko fajnie - polskość, humor, jakaś tam melancholia w powietrzu - ale nadal nie wiem, czemu im tak zależało, aż on umrze, i cały film siedzieli z założonymi rękoma.

Robotnicy '80 (1980) - 6/10. Dokument rejestrujący zapis rozmów między strajkującymi robotnikami i rządem w roku 1980. Powstawał na gorąco, bez planu ale z szacunkiem dla chwili i pokazywanych wydarzeń. One mają swoją wagę, i tam też je zaprezentowano. Mamy tu spokojne rozmowy, chociaż dyplomatyczne odpowiedzi rządu przypominają jakby całość była biciem kulą w płot. Ale kropla drąży skałę. Nie ma tu jasnego kontekstu i trzeba samemu dowiedzieć się o przyczynach strajku. Seans dokumentu daje tylko ogólny obraz oraz oddaje atmosferę tamtych dni. Widok tłumu śpiewającego Mazurek Dąbrowskiego wywołał dreszcze.

Art of Freedom (2011) - 6/10. Dokument poświęcony polskim himalaistom, którzy zaczynali w PRL, i jak to się stało, że zaskoczyli cały świat robiąc rzeczy niemożliwe. Konkretna i krótka produkcja.

Zezowate szczęście (1960) - 6/10. Powtórka. Gość opowiada swoje smutne życie, kiedy to cały czas kładł sobie kłody pod nogi, i się o nie przewracał. Wszystko na tle historii Polski w okolicy drugiej wojny światowej - przed, w trakcie i po. Bardzo podobała mi się spokojna praca kamery, i to tyle. Sam film jest zbyt smutny i niesympatyczny. Gość chciał poruchać i zabierał się do tego na wzór Sama z "Transformersów".

Inny świat (2012) - 6/10. Dokument o życiu Danuty Szaflarskiej, który tak naprawdę jest audiobookiem. Aktorka siedzi przed kamerą i opowiada, jak to w dzieciństwie chodziła wyłącznie boso (chyba, że poszła do kościoła albo śnieg spadł, wtedy trzeba było się obuć), ze śmiechem wspomina jak biła braciszka oraz oglądanie martwego noworodka, bo jakaś kobita we wsi poroniła. A potem szkoła aktorska, gdzie jej powiedzieli, że ma za małe oczy. A potem wojna... Jest w tym urok, nie powiem, ale ostatecznie za duży jest tu pierwiastek starej osoby mówiącej "I on mi powiedział... Więc ja mu powiedziałam... Tak mu powiedziałam!".

Frantz (2016) - 5/10. Europa, zaraz po pierwszej Wojnie Światowej. Rodzina niemiecka opłakuje zmarłego - tytułowego Frantza - na polu walki syna. Pewnego dnia znajdują na jego grobie kwiaty nieznanego pochodzenia - okazuje się, że postawił je Francuz, który znał Franza na wojnie. Pomimo początkowej wrogości rodzina przyjmuje Frantza jak przyjaciela i dziękuje mu za kwiaty. To jednak dopiero początek - dosyć banalnej historii jednak. Szczególnie kuły mnie to wobec faktu, że mamy do czynienia z doświadczonym reżyserem, a jego film pełny jest zagrań, które pasują wyłącznie do studenta, który nawet nie jest zaangażowany w dany projekt. Jak pokazać smutek postaci? Niech podejmie próbę samobójczą! Jakie postać może mieć motywacje? Miłość! I już nie musimy się zbyt wysilać aby zrobić film. Oferuje on interesujący set-up oraz parę wartych uwagi momentów, ale to w zasadzie tyle. Film który powstał i już go nie ma.

Śmierć Ludwika XIV ("La mort de Louis XIV", 2016) - 5/10. Prezentacja ostatnich chwil życia Króla Słońce... Bez jednoczesnego robienia z tym czegokolwiek. Nawet nie wiem, czemu akurat oglądałem śmierć Ludwika. Kto to był? "Dopisz sobie, widzu, co chcesz, i przypisz mi zasługę za to", zdaje się mówić reżyser. Ten zresztą odwalił iście koszmarną robotę. Nie dość, że całość jest usilnie monotonna, to jeszcze tonacja to jedna wielka zagadka. Szczerze nie mam pojęcia, czy niektóre momenty miały być zabawne, czy głupie, czy zabawne bo głupie, czy głupie bo zabawne. Gdy na początku Ludwik zakłada kapelusz i go zdejmuje po chwili - czy miało to pokazać, że ludzie go kochali? A może, że była dyktatura? Czy tylko chciano pokazać stan choroby bohatera? A cholera wie, bo całemu obrazowi brakuje klarowności. Zapewne oglądanie jak ktoś umiera przez dwie godziny miało mnie nakłonić do refleksji nad życiem. Nakłoniło mnie tylko do tego, że trzeba szanować odbiorcę gdy tworzy się sztukę, a Serra jest pierwszym do uczenia się tego.

Mięso ("Grave", 2016) - 4/10. Samochód rozwala się na drzewie. Kobieta zamawia ziemniaki w knajpie bo jest wegetarianką, znajduje w nich kawałek kiełbasy (...?) i jej rodzice robią raban obsłudze lokalu. Bohaterka idzie na studia i ma współlokatora geja. Na studiach jest kocenie jak w wojsku. Bohaterka uczy się sikać na stojąco na dachu. Jakaś kobieta maluje się cała na niebiesko i bierze prysznic... A jak tak po godzinie dokonuję odkrycia: w tym filmie nic się nie dzieje. Nic tu nie ma związku z czymkolwiek. Co ja oglądam? Byłem okrutnie zmęczony i znużony, nie miałem siły aby coś z tym robić. Gdy już obejrzałem całość to trochę mi się rozjaśniło, i jestem w stanie zrozumieć jaki był tok rozumowania reżyserki, ale nie chce mi się nawet myśleć nad tym, czy wszystko tam pasuje do siebie, czy też 3/4 filmu jest zbędne. Twórcy mnie zniechęcili do siebie.

Niespotykanie spokojny człowiek (1975) - 4/10. Chłop dowiaduje się, że jego syn chce się ożenić z miłości, i to chłopa z jakiegoś powodu wkurwia, i postanawia zrobić własnego syna w chuja, robiąc przy tym taki burdel, że trzeba będzie wojsko i księdza wzywać. Głupoty i schematy aż dudni pod sufit, bohaterowie którzy za diabła nie umieją powiedzieć o co im chodzi, problemy rozwiązywane poprzez mówienie "a tam, pierdolisz"... Adam Sandler lepszy.

Lego Batman (2017) - 4/10. Batman dla najmłodszych widzów takich kanałów jak DisneyXD czy co tam teraz oglądają dzieci kiedy rodzicami są płaskie ekrany. Gacek w tym wydaniu jest fajniutki, odlotowy i... Ech. Oczywiście, czemuś to służy - Batman tylko stwarza pozory, bo boi się z kimś współpracować, bo boi się rodziny, i w trakcie filmu uczy się akceptować pomoc od innych. Takie tam, 'DisneyXD stuff' które nie mają nic wspólnego z Batmanem. Mogli użyć ActionMena i film tylko by na tym zyskał, bo trwały standardowe 70 minut - wycięto by wszystkie nawiązania oraz nawał bohaterów na ekranie, które pojawiają się, bo mogą. Wiecie, to Batman, i były z nim różne rzeczy w przeszłości - Burton, "Batman i Robin", możemy o tym wszystkim wspomnieć i to będzie się liczyć jako dowcip! Słaby i nieśmieszny, ale możemy naciągnąć definicję i zakwalifikować to jako żart. Animacja jest płynna, szczegółowa i dynamiczna; Will Arnett robi dobrą robotę i nie brzmi jak BoJack. Plusik. Dobrze się stało, że trochę minęło czasu od kiedy grałem w "Arkham Knight", bo przepaść między portretami tej samej postaci jest olbrzymia, i jak teraz o tym myślę to film powinien dostać u mnie o wiele niższą ocenę. Czekam teraz na "Lego Jan Paweł 2".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz