Chyba pierwszy raz stykam się z czystą opowieścią umieszczoną w kostiumie dzikiego zachodu. Było już artystyczne spojrzenie Sergio Leone, było mroczne "Bez przebaczenia", były przygody, były te dotyczące rewolucji meksykańskiej, były różne dramaty w których nie ma tylko "dobrych i złych", były te w których szeryf miał białe ząbki i chodził w jasnym kapeluszu... ale nigdy nie zobaczyłem czystego westernu. Przynajmniej mam takie wrażenie. "Lonesome Dove" to opowieść o życiu, jakie się toczyło w tamtych czasach. Jego trudach, urokach, smutkach, gorzkich myślach i... kurde, wszystkim. Postaci i wątków tu bezliku: zaczyna się od dwójki starszych mężczyzn, których legenda opuściła: Woodrow F Call oraz Augustus McCrae. Byli sławnymi szeryfami, dziś siedzą zapomniani gdzieś w miasteczku, o którym nikt nawet teraz nie pamięta. I kopię studnię, zajmują się ranczem... Odwiedza ich stary znajomy - Jake Spoon. Proponuje interes życia, czyli spęd bydła na północ, gdzie ponoć jest jak w niebie. Idealne warunki do życia. Nic nie trzyma żadnego z nich tutaj, więc przystają. W innym miejscu Ameryki okazuje się jednak, że pewna kobieta chce głowy Spoona. Zmusza szeryfa, by ten wbrew pozostałym świadkom, zeznających niewinność Jake'a, odbył tę długą podróż i złapał naszego trzeciego bohatera. I tym samym staje się on czwartą główną postacią, bo wyrusza w podróż z synem. A gdy to się stanie, jego żona wyjedzie też, tylko w innym kierunku. Ponoć za innym facetem. Zastępca szeryfa pojedzie do szefa, by mu o tym powiedzieć. A następne odcinki tylko dokładają kolejne wątki i postaci.
| 4 odcinki po 93 minuty |