Obejrzałem nowy film Sandlera: "The Do-Over". Dlaczego? Bo był "za darmo" na Netflixie i zagrał w nim najlepszy aktor wszechczasów: Michael Chiklis (Vic Mackey w "The Shield"). Mała rola, wściekły mąż w wydaniu komediowym. Pojawia się od 30 minuty, ale jest przyjemna i fani tego aktora nie będą zawiedzeni. Ale o samym filmie też warto napisać kilka słów.
Sandler wie co robi. Sprzedaje marzenie. Mamy oto "The Do-Over" - opowieść o człowieku imieniem Charlie, który nie jest zadowolony ze swojego życia. Samochód i praca od lat nie zmieniły się, własne dzieci go nie szanują, nie zrealizował młodzieńczych aspiracji. Ale pojawia się w jego życiu Adam Sandler, który zabiera go na weekend, gdzie finguje śmierć obojga, i dzięki temu zaczynają życie na nowo. A ten nowy los oznacza wieczne wakacje: drogie samochody, drogie rezydencje, drogie jachty. A do tego jeszcze kobiety które nie noszą majtek (a w łóżku bawią się bez zdejmowania staników z jakiegoś powodu), chętne są na wszystko, alkohol leje się strumieniami... Ale bez nieprzyjemności. Drinki to jedynie dobra zabawa, pozwalające cieszyć się życiem. Do tego skoki na spadochronie, narty wodne, tatuaże i wieczne słońce.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą United States. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą United States. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 17 października 2016
czwartek, 14 stycznia 2016
"Steve Jobs" (7/10)
Jeśli startujecie tę produkcję z nastawieniem się, że poznacie genezę pomysłów i produktów Apple, ich sukcesów, bazy fanów, skąd ta wojna między zwolennikami i przeciwnikami... Albo kim był Jobs i jaka była jego rola w tym wszystkim... To albo nic się nie dowiecie, albo odpowiedzi będą śmiechu warte. Jeśli jednak potraktujecie to jako fikcyjną opowieść, to dostaniecie znakomity tytuł. Energiczny, pełen akcji, napięcia i z mnóstwem ciekawych scen.
"Steve Jobs" skupia się na trzech krótkich momentach z życia pewnego pracownika w firmie zajmującej się komputerami. Nie wiadomo, za co odpowiada, ale zdaje się najbardziej zainteresowany w sukces i dopieszczenie każdego szczegółu, Za chwilę ma zamiar zaprezentować jakiś wynalazek. Zaczynamy na początku lat 80'tych, kończymy pod koniec lat 90'tych. Pierwsza z tych sekwencji jest idealna co do sekundy - na każdym polu. Aktorzy są pełni życia, w każdym momencie dzieje się kilka rzeczy na raz, bohaterowie biegają by zdążyć na czas... Ramy czasowe są jasne: Jobs zaprezentuje komputer osobisty i chce, by ten mógł się przywitać podczas prezentacji, ponieważ w tamtych czasach ludzie kojarzyli takie wynalazki z zagrożeniem typu HAL 9000. Ale jest błąd i komputer tego nie powie. Jobs naciska, by to naprawić do konferencji, która zacznie się za pół godziny.
środa, 23 grudnia 2015
Dylogia "Die Hard", czyli "Szklana pułapka"
Action, 1988-1990
Uznaję za zabawne, że dzisiaj "Die Hard" jest uznawane za typowe kino akcji na równi z całą resztą gatunkowych klasyków, większych i mniejszych. Zgoda, główny bohater przeżywa tutaj wiele niemożliwych zdarzeń... ale jest tu o wiele więcej.
Uznaję za zabawne, że dzisiaj "Die Hard" jest uznawane za typowe kino akcji na równi z całą resztą gatunkowych klasyków, większych i mniejszych. Zgoda, główny bohater przeżywa tutaj wiele niemożliwych zdarzeń... ale jest tu o wiele więcej.
Etykiety:
1988,
1990,
Action,
Christmas,
cytaty,
Heist Film,
Thriller,
Ulubione,
Ulubione sceny,
United States
sobota, 19 grudnia 2015
"Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy" - Sześć rzeczy, które dobrze zrobiono.
Minęło 30 lat od finału "Powrotu Jedi". W tym czasie wiele rzeczy się zmieniło. Luke Skywalker zniknął, Han Solo utracił Sokoła Milenium, zamiast Armii Klonów mamy prawdziwych ludzi - porwanych i wychowanych na żołnierzy idealnych. Najważniejsza jest ta pierwsza kwestia. Walka między Ciemną i Jasną stroną Mocy trwa, i obu zależy, by odnaleźć Skywalkera. By zniszczyć ostatniego Rycerza Jedi. Albo go ocalić.
Strzelam, że przez ten weekend wszyscy napiszą recenzję tego filmu, więc ja od siebie dorzucę co innego. Krótką listę kilku rzeczy, które najbardziej mi się spodobały w filmie. Bez spoilerów.
sobota, 7 listopada 2015
"48 godzin" (7/10) Męski klasyk!
Klasyk dzieciństwa. A może jednak nie? Nie nadążam za tym, co i kiedy zyskuje takowy status. Ale faktem jest, że "48 godzin" oglądałem bardzo dawno temu, w czasach gdy uważałem, że film z Eddie Murphym = komedia. I nawet miło go wspominałem, mimo że wspomnienia się zatarły, zresztą był to obraz wyraźnie ponad wiek młodego Garreta. A może właśnie dlatego?
sobota, 17 października 2015
"Czas Apokalipsy" (8+/10) Kiedy ostatnio oglądaliście ten film?
Oto produkcja, którą wszyscy widzieliście, lubicie, zapewne nawet podziwiacie. Ale kiedy to było? W którym roku ostatni raz oglądaliście ten film? 2008? To lepiej odświeżcie go, bo "Czas Apokalipsy" jest produkcją o wiele większą niż pamiętacie.
Fabularnie jest to jeden z wielu tytułów opowiadający o koszmarne wojny wietnamskiej. O tym, jak to obywatele USA zostali zmanipulowani w konflikt o cholernie wie co, wrócili do domu zniszczeni i wkurzeni. Brzmi banalnie i tak pozostanie do czasu gdy Ken Burns wypuści swój dokument o Wietnamie w przyszłym roku. Dopiero wtedy moja wiedza w tym temacie się poszerzy i przestanę mylić te ich jankeskie wojny ze sobą. Nie moja wina, że te filmy są identyczne.
Co nie znaczy, że nie są dobre. Szczególnie gdy mówimy o "Czasie Apokalipsy", jednym z największych i najlepiej wyreżyserowanych filmów jakie w życiu widziałem!
Etykiety:
1979,
najlepsze,
New Hollywood,
Psychological Drama,
Ulubione,
Ulubione sceny,
United States,
War
czwartek, 8 października 2015
"Hot Girls Wanted" (6/10) Dokument o porno.
A konkretnie o przemyśle zawodowego amatorskiego porno (filmiki które wyglądają jakby były nagrane przez przypadkowych ludzi). Tutaj większość dziewczyn zaczyna gdy tylko kończy 18 lat, same się zgłaszają, prawie wszystkie w ten sam sposób. Lecą na wschodnie wybrzeże USA i innych miejsc, gdzie nie ma obowiązku kręcenia z użyciem prezerwatyw. W kwestii fabuły - kamera śledzi tu jedną metę takich dziewczyn i kilka spośród nich. Życie zawodowe, osobiste, przeszłość.
![]() |
| Na tym zdjęciu jest też mężczyzna. |
piątek, 8 maja 2015
Avengers: Age of Ultron (7+/10) A kiedy będzie wersja reżyserska?
Superhero, 2015
Akcja "Age of Ultron" rozpoczyna się za granicą, gdzie na scenę wchodzi rodzeństwo mutantów*: Quicksilvera oraz Scarlet Witch. Ta druga mąci w głowie Tony'emu Starkowi, pokazując mu świat w którym znowu dojdzie do inwazji Chitauri jak w pierwszym "Avengers", jednak tym razem nie będzie bomby atomowej pod ręką, by posłać ją do portalu. Co wtedy? Nie daliby sobie rady. Trzeba wymyślić na tę okazję coś specjalnego. W ten sposób powraca do pomysłu Ultrona: sztucznej inteligencji, której celem byłby wieczny pokój na Ziemi. Gdy ten jednak ożywa, od razu obraca się przeciwko twórcy i jego drużynie, identyfikując ich jako największych wrogów stojących na drodze rozwojowi ludzkości. Jak ma być dobrze, skoro nie ewoluują? Sam robot szybko zostaje zniszczony, ale Ultron jest oprogramowaniem, i wciąż gdzieś istnieje. Tylko gdzie go szukać? Jaki jest jego plan?
Akcja "Age of Ultron" rozpoczyna się za granicą, gdzie na scenę wchodzi rodzeństwo mutantów*: Quicksilvera oraz Scarlet Witch. Ta druga mąci w głowie Tony'emu Starkowi, pokazując mu świat w którym znowu dojdzie do inwazji Chitauri jak w pierwszym "Avengers", jednak tym razem nie będzie bomby atomowej pod ręką, by posłać ją do portalu. Co wtedy? Nie daliby sobie rady. Trzeba wymyślić na tę okazję coś specjalnego. W ten sposób powraca do pomysłu Ultrona: sztucznej inteligencji, której celem byłby wieczny pokój na Ziemi. Gdy ten jednak ożywa, od razu obraca się przeciwko twórcy i jego drużynie, identyfikując ich jako największych wrogów stojących na drodze rozwojowi ludzkości. Jak ma być dobrze, skoro nie ewoluują? Sam robot szybko zostaje zniszczony, ale Ultron jest oprogramowaniem, i wciąż gdzieś istnieje. Tylko gdzie go szukać? Jaki jest jego plan?
niedziela, 22 marca 2015
"In Your Eyes" (4/10) Słaby film nad którym warto się pochylić
Low-Fantasy, 2014
Wyjątek od reguły - nisko ją oceniam, ale i tak poświęcam niniejszej produkcji miejsce na blogu. Czasem trafi się na tytuł będący zły w dobry sposób. Można obejrzeć i uczyć się, jak powinna wyglądać produkcja filmów na poziomie. Przypomnieć sobie, że podstawowe elementy w filmie też można zepsuć, i bardziej docenić pozostałe produkcje.
Zaznaczę tylko, że to nie jest tragiczny obraz. Ale jest zwykły i nie spełnia obietnicy. Jest też nieco niezręczny.
Fabuła wygląda następująco: pewna kobieta i mężczyzna mają zdolność widzenia wzajemnie oczami tej drugiej postaci. Są od siebie oddaleni o połowę Stanów Zjednoczonych, nie znają się, ale w ważnych chwilach nagle widzą to co widzi tamta druga osoba. Czasem wystarczy jak się zdenerwują, ale najczęściej jest to coś o wiele poważniejszego. Jak wypadek. I wtedy oboje zachowują się, jakby wpadli na drzewo, chociaż tylko jednej jest tak naprawdę źle. Gdy dojrzewają, uczą się kontrolować tę zdolność i zdają sobie sprawę, że nie zwariowali. Ta druga osoba naprawdę istnieje...
Wyjątek od reguły - nisko ją oceniam, ale i tak poświęcam niniejszej produkcji miejsce na blogu. Czasem trafi się na tytuł będący zły w dobry sposób. Można obejrzeć i uczyć się, jak powinna wyglądać produkcja filmów na poziomie. Przypomnieć sobie, że podstawowe elementy w filmie też można zepsuć, i bardziej docenić pozostałe produkcje.
Zaznaczę tylko, że to nie jest tragiczny obraz. Ale jest zwykły i nie spełnia obietnicy. Jest też nieco niezręczny.
Fabuła wygląda następująco: pewna kobieta i mężczyzna mają zdolność widzenia wzajemnie oczami tej drugiej postaci. Są od siebie oddaleni o połowę Stanów Zjednoczonych, nie znają się, ale w ważnych chwilach nagle widzą to co widzi tamta druga osoba. Czasem wystarczy jak się zdenerwują, ale najczęściej jest to coś o wiele poważniejszego. Jak wypadek. I wtedy oboje zachowują się, jakby wpadli na drzewo, chociaż tylko jednej jest tak naprawdę źle. Gdy dojrzewają, uczą się kontrolować tę zdolność i zdają sobie sprawę, że nie zwariowali. Ta druga osoba naprawdę istnieje...
niedziela, 1 marca 2015
"12 gniewnych ludzi" (5/10) Nudziłem się.
Nie wiem, w jakim stopniu dotyczy to samego filmu, ale koncept z ławą przysięgłych to skończony debilizm.Nie jestem nawet pewny, po co tam sędzia jest, i czemu to on ma najwyższy autorytet. Są adwokaci,prokuratorzy, fakty, przesłuchania, wszystko obiektywnie (w teorii, temat grania pod publikę na emocjach zostawię), a potem 12 przypadkowych ludzi może to mieć w dupie i robić co chce. Nawet skazać na śmierć, i tow przypadku niepodważalnej niewinności. Chyba o tym jest ten film, że system jest spierdolony? Tylko czemu robi to w ciągu pierwszych 6 sekund, by trwać potem kolejne półtorej godziny? Wystarczy przedstawić sam koncept takowej "sprawiedliwości" dowolnemu myślącemu i ten sam zrobi swoje, film mu nie jest potrzebny do tego. Lumet ma widzów za idiotów?
Powinni o tym uczyć w szkołach. Jak do takiego cyrku doszło. Domyślam się, że to miało łączyć klasę wyższą z niższą i średnią - uczeni dowodzą i trzymają władzę, ale to ci najprostsi muszą zostać przekonani o tym, że sprawiedliwość się dzieje. Ale czy to prawda? Powinni o tym uczyć w szkołach. Serio jestem zainteresowany. Szkoda, że "12 gniewnych ludzi" omija ten temat.
Dobra, teraz sam film. Podobał mi się sam początek, który następuje po kilku minutach. Słynne pierwsze ujęcie, przedstawiające wszystkich bohaterów - widzę tu kunszt i umysł reżyserski oraz aktorski. Nie mam siędo czego przyczepić, nawet Lubezki za kamerą zrobiłby tylko niewielką różnicę. Moment perfekcji. Potem coraz rzadziej widziałem podobny umysł. Jakby nagle twórcy zapomnieli, jak się robi filmy.
czwartek, 12 lutego 2015
(nierecenzja) Ben Hur
Dziwna sprawa. Kolejny film, który kiedyś (początek 2008 roku) bardzo polubiłem, a teraz oglądam i nie widzę nic, co powinno imponować. Poza dwoma scenami, w których dla odmiany coś robią zamiast gadać o robieniu. Ale po kolei.
"Ben Hur" to opowieść o Żydzie, który został nazwany na cześć tego filmu, i jest przyjacielem od dziecka z Rzymianinem Mesallą. Mamy czasy, gdy Jezus dopiero zaczyna głosić swoje poglądy, i Judea jest prowincją Cesarstwa. Niesłychany przypadek, że oglądam ten film niemal zaraz po skończeniu "Ja, Klaudiusz". W każdym razie: teraz przyjaciele są dorośli i Rzymianin zarządza prowincją. Stwierdza, że sobie nie poradzi bez porady przyjaciela. Ben Hur oczywiście radzi mu (przyjacielsko, nie miejcie wątpliwości) by zwrócił Żydom wolność. Mesalla nazywa to "odmową pomocy" i zrywa przyjaźń. Wieloletnią przyjaźń na życie, opartą w zasadzie na deklaracji postaci, że taka była. Podczas oglądania jakoś przeszedłem nad tym, ale teraz to napisałem i zawiesiłem się kompletnie, nie ogarniam tego... Podczas parady Rzymskiego wojska ulicami miasteczka, dziewczyna Bena przypadkowo zrzuca dachówkę z dachu obok żołnierza, więc zostają skazani na lochy a bohater idzie na galery. Teraz bohater żyje jedynie po to, by wrócić do ojczyzny i zemścić się na byłym przyjacielu Rzymianinie, który to wydał takowy wyrok.
Wystarczy w sumie przeczytać na głos wstęp i już ma się kilka powodów, dlaczego ten film nie działa. Na przykład, czemu władzę obejmuje ktoś, kto nie ma pojęcia o rządzeniu i nie daje sobie rady? Właściwie to kiedy on nie daje sobie tej rady? (to film, pamiętacie? Trzeba rzeczy POKAZYWAĆ, zamiast mówić!) Czemu go nie zmienili na kogoś bardziej kompetentnego? I przy okazji, czemu właśnie Ben Hur, skoro w całym filmie nie pokazał żadnych cech przywódczych? Czemu twórcy w ogóle starali się połączyć te dwa zdarzenia w jedno, by zerwanie przyjaźni było powodem takiego wyroku? Czy gdyby nie stara dachówka to Mesalla inaczej by wpakował byłego przyjaciela w tarapaty? Skąd w ogóle wzięło się to zerwanie przyjaźni? Pytać można długo, a i tak nie czuję, że wyczerpię temat. Strasznie skomplikowano te kilka minut.
"Ben Hur" to opowieść o Żydzie, który został nazwany na cześć tego filmu, i jest przyjacielem od dziecka z Rzymianinem Mesallą. Mamy czasy, gdy Jezus dopiero zaczyna głosić swoje poglądy, i Judea jest prowincją Cesarstwa. Niesłychany przypadek, że oglądam ten film niemal zaraz po skończeniu "Ja, Klaudiusz". W każdym razie: teraz przyjaciele są dorośli i Rzymianin zarządza prowincją. Stwierdza, że sobie nie poradzi bez porady przyjaciela. Ben Hur oczywiście radzi mu (przyjacielsko, nie miejcie wątpliwości) by zwrócił Żydom wolność. Mesalla nazywa to "odmową pomocy" i zrywa przyjaźń. Wieloletnią przyjaźń na życie, opartą w zasadzie na deklaracji postaci, że taka była. Podczas oglądania jakoś przeszedłem nad tym, ale teraz to napisałem i zawiesiłem się kompletnie, nie ogarniam tego... Podczas parady Rzymskiego wojska ulicami miasteczka, dziewczyna Bena przypadkowo zrzuca dachówkę z dachu obok żołnierza, więc zostają skazani na lochy a bohater idzie na galery. Teraz bohater żyje jedynie po to, by wrócić do ojczyzny i zemścić się na byłym przyjacielu Rzymianinie, który to wydał takowy wyrok.
Wystarczy w sumie przeczytać na głos wstęp i już ma się kilka powodów, dlaczego ten film nie działa. Na przykład, czemu władzę obejmuje ktoś, kto nie ma pojęcia o rządzeniu i nie daje sobie rady? Właściwie to kiedy on nie daje sobie tej rady? (to film, pamiętacie? Trzeba rzeczy POKAZYWAĆ, zamiast mówić!) Czemu go nie zmienili na kogoś bardziej kompetentnego? I przy okazji, czemu właśnie Ben Hur, skoro w całym filmie nie pokazał żadnych cech przywódczych? Czemu twórcy w ogóle starali się połączyć te dwa zdarzenia w jedno, by zerwanie przyjaźni było powodem takiego wyroku? Czy gdyby nie stara dachówka to Mesalla inaczej by wpakował byłego przyjaciela w tarapaty? Skąd w ogóle wzięło się to zerwanie przyjaźni? Pytać można długo, a i tak nie czuję, że wyczerpię temat. Strasznie skomplikowano te kilka minut.
sobota, 7 lutego 2015
"Dzieci gorszego Boga" (6/10) Lubisz romans?
Romance, 1986
James jest utalentowanym człowiekiem, który spędził całe życie na podróży. Był wszędzie i robił bardzo dużo. Teraz przypłynął do niewielkiej miejscowości, by uczyć w tutejszej szkole dla głuchych. Umieją już komunikować się za pomocą tamtejszego języka migowego, jednak większość wstydzi się mówić. Dźwięki które wydają są nieskładne, inni nie mają "ładnego" głosu, ludzie się z nich śmieją... James przybył tu, by ich nauczyć porozumieć się również z tymi, którzy nie znają języka migowego. W kuchni zauważa Sarę - dorosłą pracownicę sprzątającą po godzinach, która również nie mówi. Nasz bohater postanawia ją uszczęśliwić.
To oczywiście prowadzi do zakochania się. Problemy z tym filmem można wymieniać niemal bez końca - James cały czas przeprasza za wszystko, Sarah to chodzący stereotyp ówczesnej kobiety na ekranie, czyli "silna, samodzielna istota, która jest jednak delikatna w środku i potrzebuje, by ją ktoś zrozumiał i przytulił". Historia jest prosta jak napięty sznurek, brak tu tła lub wątków pobocznych, życia. To jedynie kino gatunkowe, w którym on i ona się spotykają i jest miłość. Szkoła nie jest tu istotna, inne postaci nic nie znaczą, temat głuchych też w zasadzie nie istnieje. Ponadto fabuła to wzór schematu komedii romantycznej, a wszystkie dramaty jakby gubią się po drodze i chyba same postaci nie pamiętają miejscami o swojej przeszłości.
Ale jakie to jest łatwe kino! I przyjemne! Nastawiłem się na ciężki dramat, w której głusi są gnębieni i śmieją się z nich, i dzielni William Hurt broni ich własną piersią, i wszyscy płaczą, i samobójstwa... zasugerowałem się plakatem. A zamiast tego dostałem lekki, sympatyczny film. Bohaterów można polubić, a ich głębia psychologiczna - chociaż to kolejny schemat - jest solidna i zadowala. Wydaje się prawdziwa i naturalna. William Hurt i inni mogący gadać cały czas czytają na głos język migowy używany przez inne postaci, ale to też wyszło... łatwo. Nie przeszkadza, wydaje się naturalne, wchodzi bez poślizgu podczas oglądania i w ogóle nie rozprasza.
Nie tego się spodziewałem. Odkładałem ten seans od wielu lat, i teraz też myślałem, że wyłączę po godzinie, a obejrzałem z zadowoleniem i bez problemu do samego końca. Jasne - są lepsze filmy, ale dla fana gatunku jakie to ma znaczenie? Przyjemny seans.
James jest utalentowanym człowiekiem, który spędził całe życie na podróży. Był wszędzie i robił bardzo dużo. Teraz przypłynął do niewielkiej miejscowości, by uczyć w tutejszej szkole dla głuchych. Umieją już komunikować się za pomocą tamtejszego języka migowego, jednak większość wstydzi się mówić. Dźwięki które wydają są nieskładne, inni nie mają "ładnego" głosu, ludzie się z nich śmieją... James przybył tu, by ich nauczyć porozumieć się również z tymi, którzy nie znają języka migowego. W kuchni zauważa Sarę - dorosłą pracownicę sprzątającą po godzinach, która również nie mówi. Nasz bohater postanawia ją uszczęśliwić.
To oczywiście prowadzi do zakochania się. Problemy z tym filmem można wymieniać niemal bez końca - James cały czas przeprasza za wszystko, Sarah to chodzący stereotyp ówczesnej kobiety na ekranie, czyli "silna, samodzielna istota, która jest jednak delikatna w środku i potrzebuje, by ją ktoś zrozumiał i przytulił". Historia jest prosta jak napięty sznurek, brak tu tła lub wątków pobocznych, życia. To jedynie kino gatunkowe, w którym on i ona się spotykają i jest miłość. Szkoła nie jest tu istotna, inne postaci nic nie znaczą, temat głuchych też w zasadzie nie istnieje. Ponadto fabuła to wzór schematu komedii romantycznej, a wszystkie dramaty jakby gubią się po drodze i chyba same postaci nie pamiętają miejscami o swojej przeszłości.
Ale jakie to jest łatwe kino! I przyjemne! Nastawiłem się na ciężki dramat, w której głusi są gnębieni i śmieją się z nich, i dzielni William Hurt broni ich własną piersią, i wszyscy płaczą, i samobójstwa... zasugerowałem się plakatem. A zamiast tego dostałem lekki, sympatyczny film. Bohaterów można polubić, a ich głębia psychologiczna - chociaż to kolejny schemat - jest solidna i zadowala. Wydaje się prawdziwa i naturalna. William Hurt i inni mogący gadać cały czas czytają na głos język migowy używany przez inne postaci, ale to też wyszło... łatwo. Nie przeszkadza, wydaje się naturalne, wchodzi bez poślizgu podczas oglądania i w ogóle nie rozprasza.
Nie tego się spodziewałem. Odkładałem ten seans od wielu lat, i teraz też myślałem, że wyłączę po godzinie, a obejrzałem z zadowoleniem i bez problemu do samego końca. Jasne - są lepsze filmy, ale dla fana gatunku jakie to ma znaczenie? Przyjemny seans.
piątek, 30 stycznia 2015
"John Wick" (6/10) Ciekawe, co mu zabiją w drugiej części?
Zabili mu psa, więc idzie się zemścić, niszcząc każdego kto mu stanie na drodze. Bo zwierzątko dostał jako prezent od żony, która nadała mu go zza grobu, by miał co kochać. I to w sumie wszystko, poza wstępem są może jeszcze trzy sceny w których coś mówią. Cała reszta to akcja, i w zasadzie to była całkiem satysfakcjonująca.
Fabuła jest znośna. Daje kontekst, jest bardzo podstawowa, nie przeszkadza. Wiedziałem, kto jest kim i co się dzieje. Dobrze łączy poważne akcenty z komiksowymi scenami przemocy - gdy John Wick leci na plecy z 1 piętra, czuć jego ból. Ale zaraz potem wstaje i sobie idzie, ledwo bo ledwo, ale jednak pozostaje to spójne. Jest tu nawet miejsce dla absurdalnego hotelu dla morderców, w którym jest lekarz przez 24/7, za pokój pewnie płaci się w milionach za godzinę, i nikt nie zadaje pytań. Dodatkowo, za recepcją stoi Matthew Abaddon, z jakiegoś powodu posługujący się akcentem nie dającym się zidentyfikować. Lester Freamon też się pojawi, ale jego nie warto nawet wspominać, i sam nie wiem, po co tu wystąpił.
niedziela, 4 stycznia 2015
Justice League: War (6+/10) Tycie Avengers
Superhero, 2014
Jakby z produkcji Jossa Whedona wyjąć całą fabułę - jakkolwiek skąpa by ona była - i zostawić samą inwazję obcych oraz superbohaterów walczących z kolejnym palantem chcącym terraformować naszą zieloną planetę... Wtedy zostaje "Justice League: War". Animacja trwająca 80-minut, w której Wonder Woman je lody, Victora ojciec nie kocha, a Superman rzuca Batmanem przez kilka budynków, bo w "Man of Steel" robił większą demolkę, więc czemu nie. Poza tym pojawi się Flash, Zielona Latarnia oraz Shazam, kimkolwiek on jest.
I to w sumie wszystko, naprawdę. Batman z Zieloną Latarnią chodzą po kanałach Gotham, znajdują tam obce coś, co prowadzi do otworzenia portali przez które wchodzą obcy, więc się biją przez 40 minut. Po drodze dołączają do nich reszta postaci.
Jakby z produkcji Jossa Whedona wyjąć całą fabułę - jakkolwiek skąpa by ona była - i zostawić samą inwazję obcych oraz superbohaterów walczących z kolejnym palantem chcącym terraformować naszą zieloną planetę... Wtedy zostaje "Justice League: War". Animacja trwająca 80-minut, w której Wonder Woman je lody, Victora ojciec nie kocha, a Superman rzuca Batmanem przez kilka budynków, bo w "Man of Steel" robił większą demolkę, więc czemu nie. Poza tym pojawi się Flash, Zielona Latarnia oraz Shazam, kimkolwiek on jest.
I to w sumie wszystko, naprawdę. Batman z Zieloną Latarnią chodzą po kanałach Gotham, znajdują tam obce coś, co prowadzi do otworzenia portali przez które wchodzą obcy, więc się biją przez 40 minut. Po drodze dołączają do nich reszta postaci.
Etykiety:
2014,
Action,
Animation,
Science Fiction,
Superhero,
United States
niedziela, 21 grudnia 2014
Nietykalni (5/10)
Crime, 1987
Jeden z moich pierwszych ulubionych filmów. Widziałem go tak dawno temu, że nic z niego nie pamiętałem. Tylko dlatego obeszło mnie, że okazał się po latach taki banalny. Za jakiegoś klasyka chyba nie jest uznawany, zgadza się? Więc to tylko porcja marudzenia Garreta. Wyjątkowo bez spoilerów.
Film opowiada o policjancie granym przez Costnera, który zasadza się na Ala Capone'a. Czasy prohibicji, zakazano alkoholu. Czemu? Nieważne. I bohater będzie pilnować tego przepisu, ruszy na krucjatę przeciwko gangsterom zarabiających na alkoholu. Powód? Takie jest prawo. I to wszystko. Dokładnie, postacią pozytywny jest tu ktoś, kto kilka lat wcześniej walczyłby w imię niewolnictwa. Głębokie.
A jak walczy? Przy pomocy Seana Connery'ego, który ma informatora, który pozwala dojść do kolejnych punktów fabuły. Dzięki niemu wiadomo, gdzie uderzyć by zabolało Capone'a. Zero śledztwa, po prostu otwierane jest ciasteczko z wróżbą... Przynajmniej by tak było, gdyby scenarzyści nie byli zbyt leniwi nawet na to.
A to tylko jeden ze ułomnych stron, nie pozwalających zaistnieć jakiejś dramaturgii. Drugim jest brak przekonania mnie w cokolwiek. Costner jest na krucjacie przeciwko alkoholowi, pierwsza jego akcja. Okazuje się, że nie wyszło. Bo nie. Informator się mylił, a może specjalnie podał mu złe dane? A po co to komu? Grunt, że nie wyszło. I gazety od razu piszą o "porażce". Dużymi literami. I to najwyraźniej wystarczyło, by Costner popadł w depresję. Ta, nie brzmi to zbyt poważnie, prawda? I tak jest z całą fabułą. Zero dramaturgii.
Bo jak może być, skoro tu co chwila są tak dziwne rzeczy, że to zahacza o absurd? Sean Connery tłumaczący Costnerowi jak strzelać do przeciwnika - to brzmiało jak astronauci w "Interstellar" wyjaśniający sobie hiperprzestrzeń. Nietykalni uderzają mocno w interes Capone'a po raz pierwszy. W gazetach piszą o Costnerze, że jest na misji przeciwko prohibicji. Co robi Capone'a? Wysyła gościa, by dał łapówkę naszemu szeryfowi. A ten w odpowiedzi mówi: "Nie" i wypycha go przez drzwi, zamiast aresztować. Trochę później - ktoś zakrada się do domu jednego z bohaterów. Wydaje się, że go zaskoczy z nożem, ale nasz człowiek jednak jest cwany i odwraca się w samą porę. Ze strzelbą w ręku. Zastrzeli go? A gdzie tam, woli wygonić go z domu jakby był muchą. Mądre. Przecież nic niefortunnego z tego nie wyniknie, prawda?
Nawet w jednej z ostatnich scen na peronie, która miała przecież potencjał na bycie jedną z najlepszych w historii kina - nawet w niej trzeba było wsadzić jakiś leniwy absurd. Tym razem jest to kobieta która nie potrafi biec w linii prostej. Woli się położyć i wyciągać ręce w kierunku swojego dziecka, oraz krzyczeć niemo. To jest tak bolesne, że mi wykrzywiło ryj. Przecież to tak łatwo dałoby się naprawić, przecież reszta była tak piękna. Idealnie zmontowana i wyreżyserowana, a wślizg Garcii jest kozacki, aż chciałem podskoczyć na kanapie i wybić łbem dziurę w suficie by sąsiadowi z góry przybić piątkę. Tak bardzo chciałbym pokochać tę scenę...
Ale nie da się. Cały film jest banalny, leniwy i do bólu podstawowy. Policjanci i złodzieje, piu, piu, piu, Yupikajej gówniarzu. The End.
Jeden z moich pierwszych ulubionych filmów. Widziałem go tak dawno temu, że nic z niego nie pamiętałem. Tylko dlatego obeszło mnie, że okazał się po latach taki banalny. Za jakiegoś klasyka chyba nie jest uznawany, zgadza się? Więc to tylko porcja marudzenia Garreta. Wyjątkowo bez spoilerów.
Film opowiada o policjancie granym przez Costnera, który zasadza się na Ala Capone'a. Czasy prohibicji, zakazano alkoholu. Czemu? Nieważne. I bohater będzie pilnować tego przepisu, ruszy na krucjatę przeciwko gangsterom zarabiających na alkoholu. Powód? Takie jest prawo. I to wszystko. Dokładnie, postacią pozytywny jest tu ktoś, kto kilka lat wcześniej walczyłby w imię niewolnictwa. Głębokie.
A jak walczy? Przy pomocy Seana Connery'ego, który ma informatora, który pozwala dojść do kolejnych punktów fabuły. Dzięki niemu wiadomo, gdzie uderzyć by zabolało Capone'a. Zero śledztwa, po prostu otwierane jest ciasteczko z wróżbą... Przynajmniej by tak było, gdyby scenarzyści nie byli zbyt leniwi nawet na to.
A to tylko jeden ze ułomnych stron, nie pozwalających zaistnieć jakiejś dramaturgii. Drugim jest brak przekonania mnie w cokolwiek. Costner jest na krucjacie przeciwko alkoholowi, pierwsza jego akcja. Okazuje się, że nie wyszło. Bo nie. Informator się mylił, a może specjalnie podał mu złe dane? A po co to komu? Grunt, że nie wyszło. I gazety od razu piszą o "porażce". Dużymi literami. I to najwyraźniej wystarczyło, by Costner popadł w depresję. Ta, nie brzmi to zbyt poważnie, prawda? I tak jest z całą fabułą. Zero dramaturgii.
Bo jak może być, skoro tu co chwila są tak dziwne rzeczy, że to zahacza o absurd? Sean Connery tłumaczący Costnerowi jak strzelać do przeciwnika - to brzmiało jak astronauci w "Interstellar" wyjaśniający sobie hiperprzestrzeń. Nietykalni uderzają mocno w interes Capone'a po raz pierwszy. W gazetach piszą o Costnerze, że jest na misji przeciwko prohibicji. Co robi Capone'a? Wysyła gościa, by dał łapówkę naszemu szeryfowi. A ten w odpowiedzi mówi: "Nie" i wypycha go przez drzwi, zamiast aresztować. Trochę później - ktoś zakrada się do domu jednego z bohaterów. Wydaje się, że go zaskoczy z nożem, ale nasz człowiek jednak jest cwany i odwraca się w samą porę. Ze strzelbą w ręku. Zastrzeli go? A gdzie tam, woli wygonić go z domu jakby był muchą. Mądre. Przecież nic niefortunnego z tego nie wyniknie, prawda?
Nawet w jednej z ostatnich scen na peronie, która miała przecież potencjał na bycie jedną z najlepszych w historii kina - nawet w niej trzeba było wsadzić jakiś leniwy absurd. Tym razem jest to kobieta która nie potrafi biec w linii prostej. Woli się położyć i wyciągać ręce w kierunku swojego dziecka, oraz krzyczeć niemo. To jest tak bolesne, że mi wykrzywiło ryj. Przecież to tak łatwo dałoby się naprawić, przecież reszta była tak piękna. Idealnie zmontowana i wyreżyserowana, a wślizg Garcii jest kozacki, aż chciałem podskoczyć na kanapie i wybić łbem dziurę w suficie by sąsiadowi z góry przybić piątkę. Tak bardzo chciałbym pokochać tę scenę...
Ale nie da się. Cały film jest banalny, leniwy i do bólu podstawowy. Policjanci i złodzieje, piu, piu, piu, Yupikajej gówniarzu. The End.
Top 5 De Palmy
1. Wybuch
2. Człowiek z blizną
3. Ważniaki
4. Czarna Dalia
5. Życie Carlita
niedziela, 30 listopada 2014
Wolny strzelec (+ anegdota z kina)
Neo-noir, 2014
Po ulicach Los Angeles jeździ kilku ludzi z kamerami. Nie są związani z żadną ze stacji telewizyjnych, ale zależy im, by być na miejscu zdarzeń pierwszymi i sprzedać nagranie do którejś. To może być wypadek, pożar, strzelanina, katastrofa, napad z włamaniem - cokolwiek. Lou Bloom jest samotnikiem - ma własną kamerę, jeździ własnym samochodem, sam zatrudnia pomocnika który robi za drugi obiektyw oraz GPS. Z pozoru liczy się tylko mięsisty materiał, który będzie można skadrować i wziąć za niego hajs. Sprawa jednak nie jest tak banalna - temat kontrowersyjności oraz pokazywania treści graficznych przez media to tu wątek ledwo obecny. Sama prezentacji pracy w stacji czy policji na miejscu zbrodni jest nieco zbanalizowana i "byle-jaka". Szczególnie, jeśli oglądaliście wcześniej "Newsroom".:)
Mnie zaintrygował główny bohater, który nie jest jasny i łatwy do przewidzenia. To głównie zaleta całej produkcji - wiele tu chwil które nie są standardowe i nie idą zgodnie z myślą widza oczekującego typowego kina. Główny bohater jest niespodzianką w każdej kolejnej scenie, pokazuje niebywałą klasę i styl, a wszystkiego jego skrajności łączą się w całość, reżyser nie utrudnia ani też nie ułatwia dokładnego poznania go. Wszystko jednak tworzy spójny, logiczny obraz, który dostarcza odpowiedzi, chociaż w związku z zakończeniem - o którym za chwilę, bez spoilerów - nie bardzo wiem, co z tymi odpowiedziami mam teraz zrobić.
Lou Bloom z jednej strony zatrudnia pomocnika, by ten pomagał mu z nawigacją gdy ten będzie prowadził swoje auto z dociśniętym gazem przez nocne LA, z drugiej - zna miasto lepiej od niego, i orientuje się w tym, które ulice są w trakcie remontu. Nagrywa fenomenalny materiał na którym widzi bandytów, by następnie wyciąć wstęp i nie pokazać go policji. A resztę zanosi do najpodlejszej telewizji w mieście by wytrzeć tamtejszą prezes o podłogę, dobitnie uświadamiając jej, że bez jego materiałów oglądalność spadnie i ta poleci ze stanowiska. Kim jest bohater i jakie są jego prawdziwe motywacje? Zastanawiałem się nad tym gdy razem jeździliśmy rozświetlonymi w mroku ulicami Los Angeles jego klasycznym, czerwonym samochodem.
To po prostu porządna produkcja. Sprawnie wyreżyserowana, dobrze odegrana, ciekawie napisana (najlepszy składnik). Ma prawie wszystko co było trzeba, po seansie powinniście być usatysfakcjonowani. Ja na pewno, bo nawet zakończenie było słabe w taki obiecujący sposób. Moja ocena byłaby wyższa, gdyby nie finał. Napisać, że film się urywa, to za mało. On się dopiero zaczął rozkręcać. To powinna być dopiero pierwsza trzecia opowieści. To był jedynie pilot serialu, który anulowano i nie zobaczę drugiego odcinka. Prezentacja bohatera, pomysłu, tylko rozwinięcia brakuje. Co też wywołuje we mnie pozytywne uczucie - chciałem więcej.
A może za rok Netflix zapowie pierwszą serię "Nightcrawlera"? Byłoby miło. Opening z Judas Priest itd...
Po ulicach Los Angeles jeździ kilku ludzi z kamerami. Nie są związani z żadną ze stacji telewizyjnych, ale zależy im, by być na miejscu zdarzeń pierwszymi i sprzedać nagranie do którejś. To może być wypadek, pożar, strzelanina, katastrofa, napad z włamaniem - cokolwiek. Lou Bloom jest samotnikiem - ma własną kamerę, jeździ własnym samochodem, sam zatrudnia pomocnika który robi za drugi obiektyw oraz GPS. Z pozoru liczy się tylko mięsisty materiał, który będzie można skadrować i wziąć za niego hajs. Sprawa jednak nie jest tak banalna - temat kontrowersyjności oraz pokazywania treści graficznych przez media to tu wątek ledwo obecny. Sama prezentacji pracy w stacji czy policji na miejscu zbrodni jest nieco zbanalizowana i "byle-jaka". Szczególnie, jeśli oglądaliście wcześniej "Newsroom".:)
Mnie zaintrygował główny bohater, który nie jest jasny i łatwy do przewidzenia. To głównie zaleta całej produkcji - wiele tu chwil które nie są standardowe i nie idą zgodnie z myślą widza oczekującego typowego kina. Główny bohater jest niespodzianką w każdej kolejnej scenie, pokazuje niebywałą klasę i styl, a wszystkiego jego skrajności łączą się w całość, reżyser nie utrudnia ani też nie ułatwia dokładnego poznania go. Wszystko jednak tworzy spójny, logiczny obraz, który dostarcza odpowiedzi, chociaż w związku z zakończeniem - o którym za chwilę, bez spoilerów - nie bardzo wiem, co z tymi odpowiedziami mam teraz zrobić.
Lou Bloom z jednej strony zatrudnia pomocnika, by ten pomagał mu z nawigacją gdy ten będzie prowadził swoje auto z dociśniętym gazem przez nocne LA, z drugiej - zna miasto lepiej od niego, i orientuje się w tym, które ulice są w trakcie remontu. Nagrywa fenomenalny materiał na którym widzi bandytów, by następnie wyciąć wstęp i nie pokazać go policji. A resztę zanosi do najpodlejszej telewizji w mieście by wytrzeć tamtejszą prezes o podłogę, dobitnie uświadamiając jej, że bez jego materiałów oglądalność spadnie i ta poleci ze stanowiska. Kim jest bohater i jakie są jego prawdziwe motywacje? Zastanawiałem się nad tym gdy razem jeździliśmy rozświetlonymi w mroku ulicami Los Angeles jego klasycznym, czerwonym samochodem.
To po prostu porządna produkcja. Sprawnie wyreżyserowana, dobrze odegrana, ciekawie napisana (najlepszy składnik). Ma prawie wszystko co było trzeba, po seansie powinniście być usatysfakcjonowani. Ja na pewno, bo nawet zakończenie było słabe w taki obiecujący sposób. Moja ocena byłaby wyższa, gdyby nie finał. Napisać, że film się urywa, to za mało. On się dopiero zaczął rozkręcać. To powinna być dopiero pierwsza trzecia opowieści. To był jedynie pilot serialu, który anulowano i nie zobaczę drugiego odcinka. Prezentacja bohatera, pomysłu, tylko rozwinięcia brakuje. Co też wywołuje we mnie pozytywne uczucie - chciałem więcej.
A może za rok Netflix zapowie pierwszą serię "Nightcrawlera"? Byłoby miło. Opening z Judas Priest itd...
6/10
Anegdota: nie widziałem początku filmu. Seans był w innym mieście, do którego jedzie się 20 minut. 16:20 bus, o 16:45 "Wolny strzelec" miał się zacząć. Pierwszy się spóźnił, byłem na miejscu o 16:50. Miasta w ogóle nie znałem, jeszcze się zgubiłem, na szczęście starsza para mnie zaprowadziła do kina, bo miała po drodze. Będę im to pamiętał. Tu najlepsze: z powodu wyborów wejście do kina było "Obok". Wchodzę z boku i nikogo, żywego człowieka. Otwieram jedne drzwi, kotara i film słyszę za nimi. Drugie drzwi otwieram, to samo. Innych nie ma, to stwierdzam, że zapłacę po seansie i wchodzę. Przyszedłem na scenę, w której Lou zatrudnia chłopaka, jadą, tamten pomylił się o 2 przecznicę, potem ćwiczyli nawigację podczas szybkiej jazdy.
Jakoś na 30 minut przed końcem, gdy Lou i chłopak kłócili się o wynagrodzenie przed czuwaniem pod domem podejrzanych, do sali kinowej wszedł mężczyzna. Bez kurtki, z plakietką. Wtedy jakoś dotarło do mnie, że ten wieczór mogę skończyć w areszcie. Natychmiast wymyśliłem sobie, że zobaczył na kamerze jak wchodzę i tylko czeka jak będę wychodził. To zagadałem do niego, wyjaśniłem sytuację, a on: "Aha... Tak, nie ma problemu" i wrócił do oglądania. Zamieszanie w związku z wyborami, nawet przeprosił. A po seansie stwierdził, że nie ważne. Nawet jak nalegałem, że chcę zapłacić, to nie chciał (bo wciąż zamieszanie i problemy w związku z wyborami). Jest jeszcze opcja kupna przez Internet, jeśli będzie więcej seansów to na pewno kupię. W końcu to tylko 13 złotych miało być... W sumie obejrzenie filmu wyniosło mnie tyle ile bilet na bus w obie strony, czyli 8 zeta.:)
Tak w ogóle to pierwszy raz byłem w sali kinowej z balkonem. Albo drugi. Pamięta ktoś kino Kosmos w Lublinie? Byłem w nim na Spider-Manie 2, i nie mam pewności.
środa, 10 września 2014
(serial) Na południe od Brazos
Western, 1989
Chyba pierwszy raz stykam się z czystą opowieścią umieszczoną w kostiumie dzikiego zachodu. Było już artystyczne spojrzenie Sergio Leone, było mroczne "Bez przebaczenia", były przygody, były te dotyczące rewolucji meksykańskiej, były różne dramaty w których nie ma tylko "dobrych i złych", były te w których szeryf miał białe ząbki i chodził w jasnym kapeluszu... ale nigdy nie zobaczyłem czystego westernu. Przynajmniej mam takie wrażenie. "Lonesome Dove" to opowieść o życiu, jakie się toczyło w tamtych czasach. Jego trudach, urokach, smutkach, gorzkich myślach i... kurde, wszystkim. Postaci i wątków tu bezliku: zaczyna się od dwójki starszych mężczyzn, których legenda opuściła: Woodrow F Call oraz Augustus McCrae. Byli sławnymi szeryfami, dziś siedzą zapomniani gdzieś w miasteczku, o którym nikt nawet teraz nie pamięta. I kopię studnię, zajmują się ranczem... Odwiedza ich stary znajomy - Jake Spoon. Proponuje interes życia, czyli spęd bydła na północ, gdzie ponoć jest jak w niebie. Idealne warunki do życia. Nic nie trzyma żadnego z nich tutaj, więc przystają. W innym miejscu Ameryki okazuje się jednak, że pewna kobieta chce głowy Spoona. Zmusza szeryfa, by ten wbrew pozostałym świadkom, zeznających niewinność Jake'a, odbył tę długą podróż i złapał naszego trzeciego bohatera. I tym samym staje się on czwartą główną postacią, bo wyrusza w podróż z synem. A gdy to się stanie, jego żona wyjedzie też, tylko w innym kierunku. Ponoć za innym facetem. Zastępca szeryfa pojedzie do szefa, by mu o tym powiedzieć. A następne odcinki tylko dokładają kolejne wątki i postaci.
Chyba pierwszy raz stykam się z czystą opowieścią umieszczoną w kostiumie dzikiego zachodu. Było już artystyczne spojrzenie Sergio Leone, było mroczne "Bez przebaczenia", były przygody, były te dotyczące rewolucji meksykańskiej, były różne dramaty w których nie ma tylko "dobrych i złych", były te w których szeryf miał białe ząbki i chodził w jasnym kapeluszu... ale nigdy nie zobaczyłem czystego westernu. Przynajmniej mam takie wrażenie. "Lonesome Dove" to opowieść o życiu, jakie się toczyło w tamtych czasach. Jego trudach, urokach, smutkach, gorzkich myślach i... kurde, wszystkim. Postaci i wątków tu bezliku: zaczyna się od dwójki starszych mężczyzn, których legenda opuściła: Woodrow F Call oraz Augustus McCrae. Byli sławnymi szeryfami, dziś siedzą zapomniani gdzieś w miasteczku, o którym nikt nawet teraz nie pamięta. I kopię studnię, zajmują się ranczem... Odwiedza ich stary znajomy - Jake Spoon. Proponuje interes życia, czyli spęd bydła na północ, gdzie ponoć jest jak w niebie. Idealne warunki do życia. Nic nie trzyma żadnego z nich tutaj, więc przystają. W innym miejscu Ameryki okazuje się jednak, że pewna kobieta chce głowy Spoona. Zmusza szeryfa, by ten wbrew pozostałym świadkom, zeznających niewinność Jake'a, odbył tę długą podróż i złapał naszego trzeciego bohatera. I tym samym staje się on czwartą główną postacią, bo wyrusza w podróż z synem. A gdy to się stanie, jego żona wyjedzie też, tylko w innym kierunku. Ponoć za innym facetem. Zastępca szeryfa pojedzie do szefa, by mu o tym powiedzieć. A następne odcinki tylko dokładają kolejne wątki i postaci.
| 4 odcinki po 93 minuty |
sobota, 30 sierpnia 2014
Cold in July
Psychological Thriller, 2014
Proste, męskie kino. Schemat znany z kina B opowiedziano w dobry sposób, wzięto do głównej roli Michaela Carlyle Halla, trzymano wszystko najprościej jak się da... Garret jest zadowolony. Akcja "Mroźnego lipca" rozgrywa się w niedalekiej przeszłości, na południu Stanów Zjednoczonych. Pierwsze sceny mają miejsce w nocy - żona budzi śpiącego obok męża. Ktoś jest w domu, słychać tę osobę. Richard Dane natychmiast zrywa się, wyciąga z pudełka rewolwer i zaczyna go ładować - już w tym momencie widać, po tym, jak ta postać wkłada kolejne naboje trzęsącymi się dłońmi, że reżyser wiedział co robi. Z rozmysłem obsadził takiego aktora jak Hall w roli szarego ojca, i nie pomylił się. Richard podczas skradania się po własnym domu przekonuje się na własne oczy, że faktycznie ktoś tu jest. A wystrzał nie był do końca kontrolowany. W jednej chwili tylko w niego celował, w drugiej krew tamtego zachlapała jego cenną ścianę.
Policja przyjeżdża, identyfikuje ciało włamywacza... i przy okazji wspomina, że ten miał tylko ojca. Który właśnie wyszedł z więzienia po wielu latach. Jeśli spodziewacie się, że ten będzie chciał się zemścić na mordercy jego syna, to macie rację. Jeśli spodziewacie się powtórki z "Przylądku strachu", i motywu gnębienia rodziny przez 2 dłużące się godziny, to zostaniecie mile zaskoczeni. Bo ojciec szybko dokonuje ataku, i równie szybko zostaje złapany. Tu następuje pierwszy zwrot akcji - nagle okazuje się, że oglądam coś innego niż myślałem. Kino klasy B? Nie do końca!
Proste, męskie kino. Schemat znany z kina B opowiedziano w dobry sposób, wzięto do głównej roli Michaela Carlyle Halla, trzymano wszystko najprościej jak się da... Garret jest zadowolony. Akcja "Mroźnego lipca" rozgrywa się w niedalekiej przeszłości, na południu Stanów Zjednoczonych. Pierwsze sceny mają miejsce w nocy - żona budzi śpiącego obok męża. Ktoś jest w domu, słychać tę osobę. Richard Dane natychmiast zrywa się, wyciąga z pudełka rewolwer i zaczyna go ładować - już w tym momencie widać, po tym, jak ta postać wkłada kolejne naboje trzęsącymi się dłońmi, że reżyser wiedział co robi. Z rozmysłem obsadził takiego aktora jak Hall w roli szarego ojca, i nie pomylił się. Richard podczas skradania się po własnym domu przekonuje się na własne oczy, że faktycznie ktoś tu jest. A wystrzał nie był do końca kontrolowany. W jednej chwili tylko w niego celował, w drugiej krew tamtego zachlapała jego cenną ścianę.
Policja przyjeżdża, identyfikuje ciało włamywacza... i przy okazji wspomina, że ten miał tylko ojca. Który właśnie wyszedł z więzienia po wielu latach. Jeśli spodziewacie się, że ten będzie chciał się zemścić na mordercy jego syna, to macie rację. Jeśli spodziewacie się powtórki z "Przylądku strachu", i motywu gnębienia rodziny przez 2 dłużące się godziny, to zostaniecie mile zaskoczeni. Bo ojciec szybko dokonuje ataku, i równie szybko zostaje złapany. Tu następuje pierwszy zwrot akcji - nagle okazuje się, że oglądam coś innego niż myślałem. Kino klasy B? Nie do końca!
Etykiety:
2014,
Crime,
Neo-Noir,
Psychological Thriller,
Thriller,
United States
niedziela, 3 sierpnia 2014
Ewolucja planety małp
Science Fiction, 2014
I kolejny film, o którego wcześniejszych odsłonach powinienem coś napisać... "Planetę małp" z 1968 roku widziałem, podobnie jak sporo jej kontynuacji. Kiedyś na Polsacie na początku XXI wieku nadawali co tydzień po jednej, mały Garret był zdziwiony i oglądał. Pamiętam z nich łącznie ze trzy sceny: zakończenie jedynki (oczywiście!), jak na koniec dwójki albo trójki inteligentna małpia matka zamieniła swojego syna na "zwykłą małpę", ocalając mu tym samym życie, oraz gdy w bodaj piątej części małpy natknęły się na hologram i zwariowały, bo nie miały pomysły z czym to się je. Trudno coś mi o tych filmach napisać, tym bardziej ocenić. Remake'u Burtona chyba nawet nie wiedziałem, z kolei "Geneza..." z 2011 roku była do dupy. Reżyseria, scenariusz, wszystko beznadziejne. Typowy współczesny blockbuster - nuda, niepotrzebne komplikowanie, głupoty i zero akcji do ostatnich kilku minut. Ta była fajna, animacja małp i tego, jak sobie skaczą - bardzo miłe to było dla oka. Przyjemne i pomysłowe. Z tego też powodu "Ewolucja..." ma u mnie gigantycznego plusa za to, że można ją oglądać bez znajomości "Genezy...". Wystarczy wiedzieć mniej więcej, o co w tym uniwersum chodzi i kim jest Cezar, a reszta to tam, szczegóły.
Minęlo 10 zim, od kiedy małpy pod wodzą Cezara widziały ostatniego człowieka. Sądzą, że epidemia wybiła ich co do jednego. Tak się jednak nie stało, mało tego: ludzie jedną z baz zbudowali całkiem blisko lasu - tu, w San Francisco. Wszystko z powodu źródła energii i pompy wodnej, które się tu znajduje. Trzeba ją tylko naprawić, ta jednak znajduje się na terytorium naszego owłosionego bohatera, który nie chce mieć już nigdy kontaktu z żadnym człowiekiem i zabrania im wchodzenia tam. Ludzie z kolei potrzebują energii. Jeśli nic innego nie da rady, do akcji wejdzie broń palna.
Ta opowieść od początku zbiera moje pochwały za nie bycie zwięzłą fabułą, którą film popiera i ma się jej udać. Są tutaj dwie grupy bohaterów, każda będzie dążyć do swojego celu za wszelką cenę, i nie wiadomo, jak sytuacja na końcu będzie wyglądać. Ani to opowieść o małpach ani o ludziach, tylko o konflikcie między nimi. To prawdziwy pojedynek, wątki rozwijają się równocześnie, nie ma w nich czegoś takiego jak drzwi, które nie zostaną otwarte. Widać, że obie grupy są gotowe, by walczyć za swoje.
I kolejny film, o którego wcześniejszych odsłonach powinienem coś napisać... "Planetę małp" z 1968 roku widziałem, podobnie jak sporo jej kontynuacji. Kiedyś na Polsacie na początku XXI wieku nadawali co tydzień po jednej, mały Garret był zdziwiony i oglądał. Pamiętam z nich łącznie ze trzy sceny: zakończenie jedynki (oczywiście!), jak na koniec dwójki albo trójki inteligentna małpia matka zamieniła swojego syna na "zwykłą małpę", ocalając mu tym samym życie, oraz gdy w bodaj piątej części małpy natknęły się na hologram i zwariowały, bo nie miały pomysły z czym to się je. Trudno coś mi o tych filmach napisać, tym bardziej ocenić. Remake'u Burtona chyba nawet nie wiedziałem, z kolei "Geneza..." z 2011 roku była do dupy. Reżyseria, scenariusz, wszystko beznadziejne. Typowy współczesny blockbuster - nuda, niepotrzebne komplikowanie, głupoty i zero akcji do ostatnich kilku minut. Ta była fajna, animacja małp i tego, jak sobie skaczą - bardzo miłe to było dla oka. Przyjemne i pomysłowe. Z tego też powodu "Ewolucja..." ma u mnie gigantycznego plusa za to, że można ją oglądać bez znajomości "Genezy...". Wystarczy wiedzieć mniej więcej, o co w tym uniwersum chodzi i kim jest Cezar, a reszta to tam, szczegóły.
Minęlo 10 zim, od kiedy małpy pod wodzą Cezara widziały ostatniego człowieka. Sądzą, że epidemia wybiła ich co do jednego. Tak się jednak nie stało, mało tego: ludzie jedną z baz zbudowali całkiem blisko lasu - tu, w San Francisco. Wszystko z powodu źródła energii i pompy wodnej, które się tu znajduje. Trzeba ją tylko naprawić, ta jednak znajduje się na terytorium naszego owłosionego bohatera, który nie chce mieć już nigdy kontaktu z żadnym człowiekiem i zabrania im wchodzenia tam. Ludzie z kolei potrzebują energii. Jeśli nic innego nie da rady, do akcji wejdzie broń palna.
Ta opowieść od początku zbiera moje pochwały za nie bycie zwięzłą fabułą, którą film popiera i ma się jej udać. Są tutaj dwie grupy bohaterów, każda będzie dążyć do swojego celu za wszelką cenę, i nie wiadomo, jak sytuacja na końcu będzie wyglądać. Ani to opowieść o małpach ani o ludziach, tylko o konflikcie między nimi. To prawdziwy pojedynek, wątki rozwijają się równocześnie, nie ma w nich czegoś takiego jak drzwi, które nie zostaną otwarte. Widać, że obie grupy są gotowe, by walczyć za swoje.
niedziela, 27 lipca 2014
Life Itself
Biography Documentary, 2014
Dokument oparty na wspomnieniach Rogera Eberta, słynnego amerykańskiego krytyka filmowego. Typowy biograficzny materiał miesza się tutaj z obrazem kilku ostatnich miesięcy życia, kiedy to pan Ebert zaprosił do współpracy Steve'a Jamesa, znanego dokumentalisty z Virginii. Wtedy to ten człowiek był już w stanie, gdy nie mógł mówić, leżał na łóżku szpitalnym i nie miał dolnej części szczęki. Ja nie byłem przygotowany na taki widok, ale wy już tak. Nie jest to ponury obraz - opiekowali się nim zarówno rodzina jak i obsługa szpitalna. Był w dobrych rękach, miał Maca i na bieżąco komunikował się ze wszystkimi za pomocą syntezatora mowy. I pisał swojego bloga. Teraźniejszość miesza się z przeszłością, w której Roger Ebert zdobywa Pulitzera, staje się najmłodszym krytykiem filmowym w USA, dostaje propozycje prowadzenia programu telewizyjnego w którym razem z Genem Siskelem będzie opowiadał recenzje kinowe.
Miałem pewne obawy, czy nie powstanie jakaś łzawa laurka ku pamięci. Cóż, moje obawy nie zostały potwierdzone. Ale też nie jestem w pełni usatysfakcjonowany. Część teraźniejsza jest bardzo dobra, James robi to co umie najlepiej: dociera z kamerą do ludzi, pozwala im mówić, samemu będąc praktycznie niewidzialnym, niedostrzegalnym łącznikiem między osobą na ekranie a widzem. Zarówno Ebert jak i jego żona zostali potraktowani z szacunkiem, nie przerywano im, opowiedziano ich życie, dramat i wspomnienia bez ingerencji. Radzenie sobie z chorobą, życie razem do końca, odnajdywanie pozytywów w ciężkich chwilach... I jak umarł.
Dokument oparty na wspomnieniach Rogera Eberta, słynnego amerykańskiego krytyka filmowego. Typowy biograficzny materiał miesza się tutaj z obrazem kilku ostatnich miesięcy życia, kiedy to pan Ebert zaprosił do współpracy Steve'a Jamesa, znanego dokumentalisty z Virginii. Wtedy to ten człowiek był już w stanie, gdy nie mógł mówić, leżał na łóżku szpitalnym i nie miał dolnej części szczęki. Ja nie byłem przygotowany na taki widok, ale wy już tak. Nie jest to ponury obraz - opiekowali się nim zarówno rodzina jak i obsługa szpitalna. Był w dobrych rękach, miał Maca i na bieżąco komunikował się ze wszystkimi za pomocą syntezatora mowy. I pisał swojego bloga. Teraźniejszość miesza się z przeszłością, w której Roger Ebert zdobywa Pulitzera, staje się najmłodszym krytykiem filmowym w USA, dostaje propozycje prowadzenia programu telewizyjnego w którym razem z Genem Siskelem będzie opowiadał recenzje kinowe.
Miałem pewne obawy, czy nie powstanie jakaś łzawa laurka ku pamięci. Cóż, moje obawy nie zostały potwierdzone. Ale też nie jestem w pełni usatysfakcjonowany. Część teraźniejsza jest bardzo dobra, James robi to co umie najlepiej: dociera z kamerą do ludzi, pozwala im mówić, samemu będąc praktycznie niewidzialnym, niedostrzegalnym łącznikiem między osobą na ekranie a widzem. Zarówno Ebert jak i jego żona zostali potraktowani z szacunkiem, nie przerywano im, opowiedziano ich życie, dramat i wspomnienia bez ingerencji. Radzenie sobie z chorobą, życie razem do końca, odnajdywanie pozytywów w ciężkich chwilach... I jak umarł.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













