Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psychological Drama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psychological Drama. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 maja 2016

"Cena strachu" (8+/10). Recenzja.

Thriller, 1953



Okres tuż po drugiej wojnie światowej. W małej miejscowości gdzieś w Ameryce Południowej można spotkać ludzi o przeróżnych narodowościach - mówią tu po włosku, francusku i angielsku, byle tylko wymienić niektóre. Nie ma tu wiele możliwości - większość ludzi których tu zobaczymy pracuje dorywczo za marne grosze, byle tylko móc pozwolić sobie na posiłek i drinka pod wieczór. Żeby opuścić tę krainę potrzeba zbyt wiele środków, będących poza zasięgiem okolicznej ludności. Zapada marazm, niektórych nawet dopada depresja - dlatego nie dziwi, że gdy pojawia się okazja by zarobić 2000 dolarów na transporcie ciężarówką, to wszyscy rzucają się by podjąć okazję. Nawet jeśli transportem jest ładunek nitrogliceryny.



czwartek, 24 marca 2016

"Stalker"

Psychological Drama, 1979



"Stalker" Tarkowskiego jest inspirowany książką braci Strugackich pt "Piknik na skraju drogi", z której zaczerpnięto motyw niebezpiecznej okolicy zwanej Zoną oraz postać Stalkera - przewodnika, który oprowadza ciekawskich, przebijając się najpierw przez zastęp strażników, a potem przez samą Zonę. W wersji Tarkowskiego mamy Pisarza oraz Naukowca, którzy chcą dostać się do Pokoju - miejsca gdzieś w Zonie, które spełni ich marzenia. Najpierw muszą się tam dostać, a droga jest wymagająca - poczynając od dziwnych zjawisk, jak brak zapachów, poprzez pułapki a kończąc na licznych regułach, których odkrycie poprzedni Stalkerzy przypłacali życiem.

A może wcale nie?



piątek, 19 lutego 2016

"Śmierć przez powieszenie" (7/10)

Czarna komedia, 1968


"Ponad 70% z was jest za karą śmierci. Ale czy w ogóle wiecie, jak ona wygląda?" - tymi słowami zaczyna się ten film. Pokazuje, niemal jak w dokumencie, lokacje i przebieg takiego wyroku. Miejsca, gdzie skazany spędza ostatnie chwile; tradycyjne obrządki, jak modlitwa i poczęstunek; i w końcu - śmierć przez powieszenie. Klapa otwiera się, człowiek leci kilka stóp w dół. Zazwyczaj jego serce zatrzymuje się najwyżej po 15 minutach. Wtedy stwierdza się zgon i można iść do domu. Tym razem jednak mija blisko pół godziny, i serce mordercy - imię jego R - nadal bije. Pracownicy więzienia zebrani wokół ściągają go i stwierdzają u skazanego amnezję. Teraz najpierw muszą sprawić, by ten człowiek przypomniał sobie, kim jest, zanim znowu go powieszą.

Liczę na więcej klików przez kotka.

sobota, 17 października 2015

"Czas Apokalipsy" (8+/10) Kiedy ostatnio oglądaliście ten film?

Oto produkcja, którą wszyscy widzieliście, lubicie, zapewne nawet podziwiacie. Ale kiedy to było? W którym roku ostatni raz oglądaliście ten film? 2008? To lepiej odświeżcie go, bo "Czas Apokalipsy" jest produkcją o wiele większą niż pamiętacie.

Fabularnie jest to jeden z wielu tytułów opowiadający o koszmarne wojny wietnamskiej. O tym, jak to obywatele USA zostali zmanipulowani w konflikt o cholernie wie co, wrócili do domu zniszczeni i wkurzeni. Brzmi banalnie i tak pozostanie do czasu gdy Ken Burns wypuści swój dokument o Wietnamie w przyszłym roku. Dopiero wtedy moja wiedza w tym temacie się poszerzy i przestanę mylić te ich jankeskie wojny ze sobą. Nie moja wina, że te filmy są identyczne.

Co nie znaczy, że nie są dobre. Szczególnie gdy mówimy o "Czasie Apokalipsy", jednym z największych i najlepiej wyreżyserowanych filmów jakie w życiu widziałem!



niedziela, 6 lipca 2014

Under the Skin (7/10)

Surrealism & Psychological Drama, 2013


Zacząłem oglądać ten film wczoraj późną nocą, i to były idealne warunki. Holandia się bawiła z Kostaryką, a ja włączyłem na chwilę by zobaczyć, jak to wypada. Po chwili wstałem, by wyłączyć światła i kontynuowałem oglądanie w środku nocy. Byłem zaskoczony podwójnie, gdy zobaczyłem ten tytuł wymieniony w zestawieniu najlepszych obrazów ubiegłego roku - raz, że w ogóle "Under the Skin" powstało! Pamiętam, że zwróciłem uwagę na niego, bo Scarlett Johanson miała w nim grać, ale jakoś nic nie było słychać o nim... "Martwy tytuł" - uznałem. A tutaj niespodzianka. Tych zresztą przybywa w trakcie oglądania! Zupełnie nie byłem przygotowany, że pierwsze ujęcia będą kojarzyć mi się ze Stanleyem Kubrickiem i jego "Odyseją kosmiczną". Ta elektroniczna, eksperymentalna muzyka, ten powolny rytm, ten zagadkowy widok niejasnych kształtów wyłaniających się z czerni - absolutny szok!


sobota, 10 maja 2014

Eureka (6/10)

Road Movie, 2000
217 minut


Zwykła przejażdżka autobusem miejskim zamienia się w tragedię. Pojazd zostaje porwany, pasażerowie wzięci za zakładników i w większości giną. Przy życiu zostaje czterech ludzi: dwóch dorosłych mężczyzn oraz dwoje nastolatków, w tym jedna dziewczyna. Po tym wydarzeniu akcja przenosi się dwa lata do przodu, kiedy to ocaleni wciąż noszą w sobie traumę bycia świadkiem zdarzeń tamtego dnia.

Napiszę coś będącego najgorszym zarzutem, jaki można postawić długiemu filmowi: nosi on syndrom "Nie może się skończyć" oraz "Nie umie przejść do konkretu". Mógł on trwać na przykład 2,5 godziny nawet z tymi dłużyznami, na których wyraźnie reżyserowi zależało. Im bliżej końca tym więcej jest tu ujęć na jadący samochód, jakby reżyser stwierdził: "Dobra, tu się zatrzymamy, nagramy to jedno ujęcie w kilku wersjach, a jutro zobaczymy. Może już będę wiedział wtedy, jakie będzie zakończenie". Sporo tu jazd kamery, sceny zaczynają się trochę wcześniej niż trzeba było, dużo tutaj milczenia i spacerów. Do tego dziwne dialogi, często miałem wrażenie jakby wszystkie wypowiedzi były tylko ekspozycją. Nie brzmią naturalnie, jak coś co człowiek mógłby powiedzieć do drugiego człowieka, do tego często mówią do siebie. Jeszcze dziwniejsze jest to, że zazwyczaj te krótkie, pokrętne wymiany zdań poprzedza milczenie, sceny niczym z kina niemego, gdzie coś chciano przekazać bez dialogów, a minutę potem zmieniono zdanie i sens kilku ostatnich scen zawarto w jednym-dwóch zdaniach.

I to wszystko z początku akceptowałem. Czekałem, aż film w końcu się zacznie, obserwowałem kolejne mieszanie elementów z różnych gatunków (sceny z pogranicza snu, drogi, a nawet dziwności w stylu zaczynami opowieści od dziewczynki która słyszy głos mówiący "Widzisz ocean?" albo mówiącą "Nadchodzi sztorm"). Ale im dalej tym bardziej zapał mijał, i widziałem film jakim był. Nawet nie wiem, jaką drogę bohaterowie przeszli. Brakuje tu konkretów, które zastąpiono jechaniem przed siebie, a na końcu zapewne stwierdzono "Ile? Trzy godziny? Ponad?... Cóż. Niech w tej scenie się uśmiechną i kończymy"

poniedziałek, 10 lutego 2014

Nóż w wodzie (6/10)

Psychological Drama, 1962


Andrzej i Krytstyna to małżeństwo. Jadą nad jezioro, by na luksusowej łodzi spędzić cały dzień, a nazajutrz z rana wrócić do cywilizacji. Po drodze napatoczyli się na chłopaka łapiącego stopa, którego zamierzali tylko podwieźć, by w końcu zaproponować wspólny odpoczynek. Z bliżej nieokreślonych powodów. A tam zacznie się prawdziwa walka... to znaczy najpierw sobie posiedzą i popatrzą, jak woda płynie. Bo to dosyć monotonny film jest. Mało robią na tej łodzi, przez co to nie jest takie interesujące. Większość akcji skupia się na ostatnich 20 minutach.

Wcześniej jest budowanie atmosfery Mazur oraz powolne i subtelne konstruowanie relacji między bohaterami, którzy jednak nie są aż tak interesujący. Krystyna po pierwsze nie istnieje jako samodzielna postać (jedynie wespół z inną cokolwiek robi, jest reakcją nie źródłem), a po drugie jest nudna. Siedzi na łódce ze spuszczonym wzrokiem. Można się kłócić, że taki był plan na nią, jako niemą obserwatorkę męża, by wyszła wiarygodnie, ale to nie zmienia faktu, że jest nudna. Gdyby dano widzowi jakieś pojęcie o tym, jaka była kiedyś, i jak stała się taka obojętna, wtedy już było lepiej. Bez tego jest tylko anemiczką z kilkoma scenami na samym końcu.

A para męska... ich pojedynek opiera się w głównej mierze na ówczesnej różnicy poziomów w klasach społeczeństwa, młodego niewidzącego szans w starciu ze starymi, posiadających wszystko. Pierwszym wydaje się, że drudzy nie wiedzą o ich istnieniu, drudzy gardzą pierwszymi za pychę i podobne. A na końcu okazuje się, że obaj są tacy sami...

Gdyby było więcej pomysłów na fabułę, a te, które są lepiej, wykonano (wejście młodego na pokład, zwrot dramaturgiczny pod koniec, zakończenie), powstałby ciekawszy film. Ale chyba jego kręcenie było wystarczająco ciekawe, i gdzieś po drodze zapomniano o widzu. Wciąż jednak pozostaje dobrze wykonana robota, zważywszy na podjęte schematy.

Nieudana powtórka i obniżka oceny.
https://rateyourmusic.com/film/noz_w_wodzie/

piątek, 7 lutego 2014

Chciwość (7/10)

Psychological Drama, 1924


John McTeague - były górnik, prosty chłop, obecnie dentysta bez zezwolenia co nie przeszkadza mu w wykonywaniu zawodu. Jego przyjaciel, Marcus, kręcący się wśród nieco wyższych sfer. Jego kuzynka, Trina, którą rozbolał ząb, więc zabrał ją do wspomnianego dentysty. W poczekalni sprzątaczka sprzedała jej kupon na loterii. Dla Joe był to pierwszy klient płci żeńskiej, więc stało się - ożenili się. Po powrocie okazuje się, że wygrał również loterię. Znaczy jego żona to zrobiła. Pięć tysięcy przemknęło Marcusowi obok nosa... Wiecie, to lata 20-te były.

Pierwsza kwestia, czyli czas. Oglądałem wersję trwającą 239 minuty, ale "Greed" pierwotnie trwał 10 godzin. Przed premierą skrócono go do dwóch, 70 lat później zrealizowano coś na kształt "rekonstrukcji oryginalnej myśli", dodając do wersji skróconej nieruchome fotosy z pierwotnie zrealizowanych scen. Dodano też standardowe dla kina niemego napisy, często samodzielnie wyjaśniające sens dodanych scen oraz wątków. Miałem obejrzeć również wersję skróconą, ale na YT okazała się ona mieć włoskie napisy.

Jak to się ogląda? Świetnie! Blisko cztery godziny mają swoją rację bytu - nie miałem wrażenie przeciągania, dodawania zbędnych scen lub wątków, historia płynęła tak naturalnie jak tylko się dało. Postaci mają czas dla siebie, nawet te poboczne, fabuła wypełniona jest życiem. Sporo uwagi poświęcono rozwojowi, zarówno relacji między postaciami, jak i ich zmianom psychicznym. Nie czułem tu schematów i filmowości, dla przykładu - gdy jeden z bohaterów zaczyna pić i wracać po nocach, nie jest to cel sam w sobie. To był tylko środek wyrazu prowadzący do czegoś - o ile opowieściach z alkoholem można napisać coś takiego? Dodatkowo, nie było o to tak łatwo, bo biedak wejdzie do baru wraz z trzecią godziną filmu. Dzisiaj takie rozwiązanie ciężkiej sytuacji wydaje się dosyć oczywiste, i na pozór nie trzeba się za bardzo w to wgłębiać. Po prostu, stało się i już. To jedna z wielu scen, ale to dobry przykład do zaprezentowania, jak wiele uwagi poświęcono tu "życiowości" w fabule, i budowaniu odpowiedniego tempa.

Trzeba jednak być przygotowanym na różne zapożyczenia z innych medium. Bohaterowie gadający sami do siebie, jakby byli na scenie teatru, aktorstwo z nad ekspresyjnymi momentami... to wciąż tu jest. Nie razi to, jednak trzeba o tym pamiętać. Z czasem o to jednak coraz trudniej, bo "Greed" potrafi zaimponować. Im bliżej finału tym bardziej.

I nie rozumiem, czemu pierwotna wersja trwająca 10 godzin jest uznawana za taką stratę, że nazywają ją "Świętym Graalem kinematografii" (tak to określają na początku filmu). Ktoś zna ten temat dokładniej? Bo wydaje się to sporą przesadą, w końcu to adaptacja powieści. Niedostępnej w naszym kraju, ale filmu u nas właściwie też nie obejrzycie. To nie tak, że jakiś oryginalny skrypt gdzieś przepadł, można zajrzeć do książki i zobaczyć, co zniknęło. A jak chcecie nad czymś płakać, to płaczcie za oryginalnym konceptem "Babylon 5", które musiało się zmieniać w trakcie realizacji, i nie jest już możliwe stworzenie tego uniwersum na nowo. Nie wspominając już o tym, że pierwotne szkice zostały ukradzione, zrealizowane pod inną marką... to dopiero tragedia.
https://rateyourmusic.com/film/greed/

Ciekawostka: aktor grający Marcusa był wujkiem Leslie Nielsena. Bo o tym, kogo potem grał reżyser Erich von Stroheim, to chyba wszyscy wiedzą?...

sobota, 25 stycznia 2014

Przechowalnia numer 12 (9+/10)

Psychological Drama, 2013



Zobaczyłem film warty obejrzenia.

Tytułowa przechowalnia to miejsce, do którego trafiają dzieci i nastolatkowie które próbowały popełnić samobójstwo, ich rodzice mają problemy prawne lub - ujmując to bardziej ogólnie - zachowywali się nieprawidłowo albo mają różne delikatne problemy, i ten ośrodek to miejsce dla nich. Nie mają prawa go opuścić, ale jeśli uciekną, ludzie tam pracujący nie mogą ich nawet dotknąć. Poza terapeutami i zarządem, pracują tam ludzie odpowiedzialni za stworzenie bezpiecznej atmosfery. Jedną z takich osób jest Grace, główna bohaterka.


sobota, 7 grudnia 2013

Johnny poszedł na wojnę (8/10)

Psychological Drama, 1971


Pierwszy film który zobaczyłem w Iluzjonie, gdy ten przeniósł się do Biblioteki Narodowej. Na słuchawkach robi jeszcze większe wrażenie niż w sali kinowej. Głos bohatera jest wtedy zbyt blisko. Jak głosi tytuł, Joe poszedł na wojnę. I wrócił z niej w stanie, który kwestionuje jego egzystencję - czy on jeszcze żyje, czy tylko wegetuje? Zakres tego stanu lepiej odkryć samemu, razem z bohaterem. Nie można tak po prostu zauważyć braku języka choćby. Nie przy pomocy słów. Teraźniejszość przeplata się z przeszłością, która często okazuje się surrealistyczną projekcją wspomnień, a nawet czymś więcej...


niedziela, 27 października 2013

Take Shelter

Psychological Drama, 2011


Opowieść o Curtisie, który żyje od wielu lat jako ojciec i mąż od wielu lat, aż niedawno zaczął widzieć różne rzeczy. Nadciągająca burza, deszcz gęsty niczym olej, nagłe grzmoty chociaż na niebie nie będzie nawet chmurki. W snach z kolei dzieje się jeszcze gorzej. Tam Curtisa może zaatakować pies, a rana od ugryzienia będzie go boleć jeszcze na jawie. Co się dzieje? Co to oznacza?

"Take Shelter" to jeden z tych tytułów, o których chyba lepiej nic nie wiedzieć. To co będę pisał w następnym akapicie niektórzy mogą potraktować jako spoiler. Sam nie wiem, czy bym tak to potraktował. Podszedłem do oglądania nie wiedząc nic i byłem zaskoczony ogólnym kierunkiem scenariusza. Sami zdecydujcie. Tutaj napiszę tylko: obejrzyjcie, jeśli lubicie kino psychologiczne. Nie jest to Bergman, nie są to "Szepty i krzyki", ale momentami jest to kino ocierające się o takie, które fani kinematografii powinni zobaczyć. Uprzedzam tylko, momentami może być nużące, chociaż jest dobrze jak na temat i zagrożenia jakie ze sobą niósł (łatwo można było przesadzić, i popaść w fałsz lub pretensjonalność). Jeśli nuży was słuchanie ambientu, możecie momentami mieć problem z wytrwaniem do końca.



Schizofrenia. To chyba ostatnie, czego bym się spodziewał. Schemat filmowy do którego współczesny widz jest przyzwyczajony wyklucza właściwie większość tego, co tu się działo. Matka z chorobą, zagrożenie, że przeszło to na syna, pójście do psychiatry... Cholera, kto chodzi w kinie do psychiatry? Dzisiaj to zdanie nie brzmi nawet prawdziwie, jest używane jako żart ("Może powinieneś z kimś o tym pogadać, HEHE?"). Kto był na kozetce ostatnio? De Niro w "Depresji gangstera" i Tony Soprano. Pomijam epizody, jak Tony Stark w "Erosie".
Zresztą, wykluczono w ogóle możliwość, że te wizje coś znaczą. Spodziewałem się czegoś w stylu Noe, a zamiast tego dostałem opowieść o schizofreniku, który się boi. Co ważniejsze, jeszcze nie jest w pełni chory, jest na granicy, większość dnia spędza jak normalny człowiek, ale w nocy zmoczy łóżko. I stara się radzić sobie z tym problem na własny sposób, bez łykania czego się da. To naprawdę kino, które potrafi sięgnąć do widza, dotknąć go. A on nie poczuje się, jakby ktoś zrobił na niego kupę. Zamiast tego, miałem wrażenie jakby ta opowieść poszerzyła moje horyzonty. Jestem teraz w stanie choć trochę zrozumieć taką osobę, jak ona widzi świat i radzi sobie ze swoimi problemami (fenomenalne sceny w schronie), i jeszcze czuję za to pewną wdzięczność.




"Take Shelter" ma całkiem niezłe efekty specjalne, ładny klimat (dużo otwartym przestrzeni, mała znająca się nawzajem społeczność okolicy) i dobrych aktorów. Całość jak pisałem wcześniej, może poważnie znużyć, częściowo celowo. Na przykład, jest scena w której bohater oddaje psa. Pyta: "Chcesz psa?". Tamten mu odpowiada twierdząco. Cięcie. Bohater już wykonuje ten gest zamykania samochodu, pies już jest zapakowany i gotowy do drogi. Wszystko tak ustawione, by cała scena składała się wyłącznie z dialogów, by nie było żadnego działania pomiędzy. Tylko stanie i gadanie. Zresztą dialogi też nie są najlepsze, momentami pisane jakby pod idiotów, żeby i oni zrozumieli.

Minusy?... Włosy Chastain nie skomponowano ładnie z całą tą zielenią.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/take_shelter/

piątek, 28 czerwca 2013

Upstream Color (7/10)

Low Fantasy & Psychological Drama, 2013


"Zakochany bez pamięci" w wersji ambient.

Shane Carruth po blisko 10 latach wraca do kina, nie tylko jako reżyser czy scenarzysta, ale i główny aktor, producent, współmontażysta i twórca muzyki do własnego filmu. Stworzył bardzo płynny obraz, dokładny, a także skoncentrowany. Niecałe półgodziny wypełnione jest widocznym wysiłkiem w niego włożonym. Widać, jak bardzo to wszystko zostało przemyślane i dopracowane. To puzzle, ułożone na swoim miejscu co do jednego, i wszystkie skrócone w montażu jak tylko się dało. Różne etapy czasowe, wszelkie odmiany doznań, metafory, psychozy, sny i emocje - jest w tym porządek, skutkujący hipnozą. To naprawdę dobrze się ogląda, o wiele lepiej niż "Primer". Magiczna jest sekwencja składająca się wyłącznie z nasłuchiwania - zaintrygowani?




Nie mówię, że ostatecznie ten film ma powód w byciu właśnie tak opowiedzianym, albo że wysiłek włożony w rozgryzienie go zostanie wynagrodzony. Ale dobrze jest obejrzeć taki film, bo wiele ich nie powstaje (i całe szczęście). Mało który obraz potrafi aż tak zaangażować, mało który ma ambicje opowiadać w tak skomplikowany sposób, jednocześnie potrafiąc zapewnić, że za tym wszystkim coś konkretnego stoi.

Chętnie go sobie powtórzę. Chociaż...?
http://rateyourmusic.com/film/upstream_color/

poniedziałek, 18 lutego 2013

(ciekawy) OSLO, 31 SIERPNIA

Psychological Drama, 2011


Chłop idzie nad rzekę. Bierze kamieć wielki jak skurwysyn. Wchodzi do wody. Coraz gębiej, aż znikają wszystkie bąbelki. Popełnia samobójstwo? Ćwiczy siebie? Trudno zdecydować, bo po chwili wychodzi, wszystko na jednym ujęciu, w plenerze. Jak na Dogmę 95 nic niezwykłego, right? :)

Anders ma 34 lata i uważa, że nie może zacząć od nowa. Właśnie skończył odwyk, wraca do życia, do przyjaciół. Stara się o pracę.


Jest tylko jeden bohater - dobry, ale nie aż tak, by wynieść film na jakiś spektakularny poziom. Historia jest dobra, angażuje - gdy bohater poszedł na jakąś imprezę i wypił tam kieliszek szampana, ja od razu pomyślałem: to jego pierwszy trunek od 10 miesięcy. Pierwszy kontakt z alkoholem i używkami w ogóle. Ale to i tak znana historia, do tego prosta. W sumie jest tylko jeden konflikt (bohater kontra on sam). Dialogi ze spotkanymi ludźmi są naprawdę świetne. Na przykład wtedy, gdy Thomas gdzieś na początku dowiaduje się, że jego przyjaciel rozważa samobójstwo - świetna rozmowa, naprawdę. Reszty nie chcę zdradzać. Na uwagę zasługuje też finałowy mastershot, trwający prawie 8 minut.

Doceniam ten film. Ale z rezerwą.


6/10

czwartek, 15 listopada 2012

MISTRZ

Psychological Drama, 2012


Jest w tym filmie scena wtrącenia do więzienia Freddy'ego, który po zamknięciu dużo krzyczy, rzuca się, wali barkami w górną pryczę a na końcu rozwala sedes... Wszystko w jednym ujęciu. Wyobrażacie sobie, że kręcono to z dublami? Ktoś wstawiał do celi kolejne sedesy, Joaquin Phoenix raz za razem bił tymi plecami, zdzierał sobie gardło kilkugodzinnym krzyczeniem... To jedna z najciekawszych zalet filmu: przy oglądaniu łatwiej jest uwierzyć, że to prawdziwe życie niż film. Podobne wrażenie wywarł na mnie "Sid i Nancy" lub "Le Trou".
Podobało mi się tempo filmu, zgranie montażu z muzyką, zdjęcia, poszczególne sceny, narracja również ma swoje bardziej udane momenty (jak choćby podanie nazwiska tytułowego mistrza, które pada w połowie filmu). Napisałem o zaletach w skrócie, bo chciałbym się skupić za tym, co mi się nie podobało, jednak nie chcę byście odnieśli wrażenie, że film w ogóle mi się nie podobał.

Bohater wraca z wojny z licznymi problemami, głównie psychologicznymi. Na swej drodze spotyka w końcu Mistrza.
Założenie Mistrza wygląda następująco: każde życie nosi w sobie wspomnienie poprzednich wcieleń, czyli każda obawa nabyta miliony lat temu żyje w nas do teraz i cofając się do tamtego momentu można się z tego wyleczyć. Koniec. Nic więcej. I nawet nie chodzi mi głównie o to, że nawet takie dziwności jak druga linia fabularna (tak to nazwę, żeby uniknąć spoilerów) z szóstego sezonu "LOST" jest bardziej złożona i sensowna. Bardziej męczy mnie, że reżyser nie ugryzł tego w żaden sposób. Jeśli chodzi o zakres fabuły, ta idea jest tylko podstawą od której Mistrz wychodzi do kazania np. chodzenia od ściany do szyby przez 4 miesiące. Jak to się łączy nie mam pojęcia. Sam Mistrz przynajmniej tego nie wie.

Nie wiem też, czy Anderson chciał przedstawić Mistrza jako realnego przywódcę w którego trzeba uwierzyć by zostać zbawionym czy co tam chcecie, czy może chciał obnażyć jego słabość poprzez pokazanie jego nieudolność i słabości wobec czegokolwiek racjonalnego. Równie dobrze mógł wyjść z błędnego przekonania, że można przedstawić obie te wersje obok siebie, że można je pogodzić i stworzyć wtedy spójny obraz. Nie można. Obaj mają momenty w których zachowują się jak głupcy, ale też jak ludzie racjonalni. To w żadnym razie nie były dla mnie spójne postaci. Najpierw Mistrz mówi: "Przede wszystkim, jestem człowiekiem" i sprawia wrażenie, że naprawdę rozumie co właśnie powiedział. W innej scenie dzwoni po Freddy'ego, bo ma dla niego robotę, a gdy ten przyjeżdża to pytają go, po co wrócił i jeśli wyjdzie, już nie będzie mógł wrócić. Jakby ktoś pomieszał sceny w montażu.

Jak wygląda świat? Mistrz nazywa siebie Mistrzem, przez co możnaby pomyśleć, że jest kimś ważnym. Jednak gdy bohater rozdaje ulotki swojej organizacji nikt na ulicy nie jest zainteresowany. Jak wygląda sama organizacja? Czy każdy członek musiał przechodzić testy jak Freddy? Bo tylko on to w całym filmie robił. Jak wygląda ich wiara? Dochodzi w pewnym momencie do opublikowania książki Mistrza, co zostaje... pominięte. Słyszymy, że książka zawiera odpowiedzi, spodziewałem się czegoś co nada filmowi sensu, a dostałem puste miejsce.

Chociaż prawdopodobnie chodzi tylko o pokazanie, że różnego rodzaju kulty skierowane są tylko do przegranych, mówi się im cokolwiek byle trzymać ich blisko a potem zajmuje się ich uwagę bezsensownymi czynnościami do czasu, aż nie będą mogli lub nie będą chcieli naprawić swojego błędu więc zostanie w kulcie będzie dla nich jedyną opcją. Pod takim spojrzeniem film jest jednak spójny, jednak wciąż jest monotonny i bardzo skąpo wypełniony... I przyznacie, że niezbyt ciekawy. Nie jestem zadowolony z tego seansu. Ale chyba nie zaszkodzi spróbować samemu zinterpretować, prawda? Jak coś konkretnego wymyślicie to mi o tym napiszcie, serio.


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_master/

sobota, 28 kwietnia 2012

LĘK WYSOKOŚCI

Psychological Drama, 2011


Film w porządku, ale popełniono w nim dosyć poważny błąd... Który łatwo mi wybaczyć, bo i łatwo go popełnić.

Rzecz jest o dziennikarzu, który opiekuje się chorym psychicznie (?) ojcem. Robi do niego 300 km, a ten go ignoruje lub mówi jakieś zdawkowe rzeczy. Ale chłop nie odpuszcza, bo... No właśnie.

Konopka pewnie założył, że każdy łatwo się wczuje w sytuację bohatera który swojego ojca nie widział od momentu, gdy był dzieckiem, ale ja wiem, że to wcale nie jest takie oczywiste. Dlatego już po 15 minutach zacząłem szukać w tym filmie czegoś innego, bo to całe latanie od szpitala do domu i z powrotem nie było interesujące.

Moje przypuszczenia potwierdziły napisy końcowe, zaczynające się od "Tacie" (czy jakoś tak), czyli mamy do czynienie z filmem autobiograficznym. Łatwo wtedy NIE spojrzeć na historię z tej drugiej strony (widza). Właściwie to nawet trudne jest, więc wybaczam (to w końcu debiut fabularny Konopki).

Do rzeczy, scenariusz niby jest fajny, dzieje się bardzo dużo fajnych rzeczy (abordaż na chatę ojca drącego "Wypierdalać! Wypierdalać!" rzucającego jeszcze wszystkim w drzwi - miodzio, ale też samotny spacer po autostradzie jest świetny), ale za dużo tu kręcenia się w kółko. Tak w ogóle to bohater nie wiedział, jak pomóc, po prostu chciał pomóc, i tak chce przez 90 minut, zabierając ojca do domu, stamtąd do szpitala, potem do domu i tak jeszcze ze 3 razy. Czy faktycznie się pojednali? Trudno mi to stwierdzić. Ile w ogóle trwa ta historia? Podobny problem był z "Różą", tam też twórca nie umiał przekazać, czy historia trwa 5 lat czy tydzień. W "Lęku..." w jednej scenie bohater rzuca pracę a w następnej już proponuje się mu następną, dopiero na końcu dodając, że minęło kilka miesięcy od poprzedniej sceny.

Dobre jest aktorstwo (Dorociński ze Stroińskim to poziom bardzo dobry), seans jest względnie ciekawy przez te różne bajeranckie sceny wkurzonego ojca, sporo jest też emocji dzięki duetowi aktorów. Doceniam również, że udało się wytłumaczyć zachowanie ojca w racjonalny sposób na koniec.


6/10.
http://rateyourmusic.com/film/lek_wysokosci/