Pokazywanie postów oznaczonych etykietą French. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą French. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 maja 2016

"Cena strachu" (8+/10). Recenzja.

Thriller, 1953



Okres tuż po drugiej wojnie światowej. W małej miejscowości gdzieś w Ameryce Południowej można spotkać ludzi o przeróżnych narodowościach - mówią tu po włosku, francusku i angielsku, byle tylko wymienić niektóre. Nie ma tu wiele możliwości - większość ludzi których tu zobaczymy pracuje dorywczo za marne grosze, byle tylko móc pozwolić sobie na posiłek i drinka pod wieczór. Żeby opuścić tę krainę potrzeba zbyt wiele środków, będących poza zasięgiem okolicznej ludności. Zapada marazm, niektórych nawet dopada depresja - dlatego nie dziwi, że gdy pojawia się okazja by zarobić 2000 dolarów na transporcie ciężarówką, to wszyscy rzucają się by podjąć okazję. Nawet jeśli transportem jest ładunek nitrogliceryny.



czwartek, 17 października 2013

Romans szulera

Comedy, 1936


Tym razem kino dźwiękowe oszukuje Sacha Guitry - ponoć taki jego styl, że w każdym filmie musi nawijać z offu przez cały czas, ale jednak: przez większość seansu ze sceny nie wydobywa się żaden dźwięk. Bohaterowie zwykle nie rozmawiają ze sobą ani nic w tym stylu, wszystko jest opowiadane na bieżąco, w bardzo szybkim tempie przez głównego bohatera z offu. Tematem wywodu jest on sam, tzn. jego życiorys. Zaczęło się gdy był mały, i ukradł kilka monet. Za karę nie zjadł kolacji. Jak się okazało, grzyby zebrane przez chorą babcię były szkodliwe, i jeszcze tej samej nocy wszyscy z rodziny umarli. Z wyjątkiem głównego bohatera, który dzięki kradzieży nie zjadł posiłku i przeżył. Tak to się właśnie zaczął żywot szulera...

Humor jest udany, tak jak to piszę to dopiero dociera do mnie, jak czarny był ów opening. W samym raczej mnie to zaskoczyło i ubawiło, więc wszystko działa jak powinno. Całość ma wdzięk "Gangu Olsena" pomieszanego z czymś, co za kilka lat będzie "francuską nową falą". Albo, odwołując się do dzisiejszych warunków: komedii kryminalnej skrzyżowanej z "Moją łodzią podwodną". To samo tempo, ten sam styl... ale nie ten sam urok.

"Romans szulera" nie zrobił na mnie wrażenia. Gdzieś tam błąkał mi się blady uśmiech pod nosem, ale to koniec możliwości tego filmu, przynajmniej w stosunku do mnie. Ale przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że tylko chłam z US oglądam, hehe. Ale serio, fajnie tak od czasu do czasu obejrzeć coś, czego nikt nie widział... i pewnie jeszcze długo po mnie nikt nie obejrzy.


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/le_roman_dun_tricheur/

piątek, 2 sierpnia 2013

Noc oczyszczenia (zbrodnia, nie film)

Thriller, 2013


"Przyszłość. Bezrobocie i przestępczość minimalne. Brutalność ledwo istnieje. Z jednym wyjątkiem" - to pierwszy tekst, jaki zobaczyłem. Po nim nastąpiła seria zdjęć brutalności godnej wojny z, ja wiem?, Iraku, Syrii, strefy Gazy, Wietnamu, Somalii, Libanu i kilku innych zapewne. Ja tak patrzę na tę masakrę i zastanawiam się, ilu ludzi żyje w świecie filmu, skoro taka miazga jest "wyjątkiem". 100 bilionów? Musiałem coś źle zrozumieć, więc lepiej przeczytam opis.

"Przyszłość. Rząd postanowił, że jednego dnia w roku legalne jest każde przestęstwo, dzięki czemu pozbyto się problemu przestępczości przez resztę roku". Tu chciałem wkleić jakiś obrazem ze statuetką i podpis: "Gratuluję! To najgłupszy pomysł na świat filmowy w historii!", ale nie znalazłem nic pasującego. Każdy widząc taki opis zacznie zadawać pytania: skąd rząd wziął taki pomysł? Jak go wprowadzono? Jak na to zareagowała reszta świata? Jak na to zareagowało samo US? Wszyscy się zgodzili? Dlaczego? Jak ich przekonano, że to da właśnie taki efekt? Skąd oni sami wiedzieli, że tak się stanie? Pierwsze ważne pytanie, do którego prowadzą wszystkie pozostałe: jacy idioci to wymyślili? Odpowiedź jest niestety całkiem prosta, bo kino już kilka razy zhańbiło się filmami propagujących obraz człowieka jako istoty złej w swojej naturze. Tym właśnie są ludzie odpowiedzialni za ten film, nienawidzących samych siebie. Bo jakie społeczeństwo zgodziłoby się na taką decyzję rządu? Takie które nienawidzi i chce zabijać, nie ponosząc za to odpowiedzialności. W ten sposób twórcy filmu widzą samych siebie, a także ciebie i mnie. W ten sposób widzą człowieka i wszystko, co on sobą reprezentuje. A raczej - jak chcą, by inni na niego patrzyli, oraz by nie osądzali ich samych za to, bo są za słabi by się zmienić. W innym wypadku nie można dojść do stanu, w którym kręci się film w tak prostej linii prowadzący do moralnej niewoli.

I by zamknąć ten temat na tym tekście, zacytuję pewną ważną książkę: "Jeśli człowiek jest zły z natury, nie posiada woli i nie zmieni tego żadna siła; jeśli nie posiada woli, nie może być ani dobry, ani zły: robot jest pozbawiony moralności. Traktowanie jako grzechu człowieka faktu, wobec którego nie ma wyboru, jest kpiną z moralności. Traktowanie natury człowieka jako jego grzechu jest kpiną z natury. Karanie go za grzech popełniany przed narodzeniem jest kpiną ze sprawiedliwości. Uważanie go za winnego w kwestii, w której nie istnieje niewinność, jest kpiną z rozumu. Zniszczenie moralności, natury, sprawiedliwości i rozumu za pomocą jednego pojęcia jest niedoścignionym wręcz wyczynem zła."



A teraz przejdę do tego, czego napisanie wymagało ode mnie w ogóle obejrzenie filmu.

Bohaterowie są tragiczni. Standardowa rodzinka należący do 1%. Okciec chcący bezpieczeństwa i popierający "Czystkę" bo to ratuje kraj, więc majstruje w swoim domu system bezpieczeństwa. Matka, która ma tu chyba rolę bycia stereotypową kobietą (do tego wrócę). Córka z wiecznym fochem, i generalnie się nie odzywa. Syn, który jest emo-creepy. Jego jedynym celem w życiu jest siedzenie w kącie z guglami na oczach, dzięki którym widzi obraz z kamery którą przyczepił do samochodzika, z kolei dzięki temu może chodzić po domu bez właściwego chodzenia po nim. Chodzenie jest dla lamusów.

Fabuła jest tragiczna. Jest ta czystka, ale ojciec barykaduje się po zęby, więc... gdzie akcja? Trzeba doprowadzić do debilnego zwrotu akcji, w stylu mężczyzny (zgadnijcie, jaki będzie mieć kolor skóry) wbiegającego do dzielnicy i krzyczącego o pomoc. Syn zdezaktywuje całą fortecę by go wpuścić, a po 5 minutach przyjdzie cała sekta domagająca się zwrotu ich ofiary. A jak nie to wejdą i zabiją bohaterów.

Błędy logiczne... one nie tyle są ile cały film składa się wyłącznie z nich. Nie ma tu ani jednej logicznej decyzji ze strony bohaterów. Najbliżej tego było chyba wyłączenie świateł bohaterom, gdy "poproszono" o zwrot ofiary, ale to nawet jest "tak-sobie-logiczne". Siedzą w pokoju w trzy osoby, czwartej brakuje. Trzeba wyjść i jej poszukać. Zostawiamy rodzinę w jedynym pokoju w całym mieszkaniu, do którego prowadzoną drzwi bez klucza. Po wyjściu ojca matka słyszy głos brakującej córki - wychodzi oczywiście, zostawiając syna samego.

Chcecie coś większego, ale nadal bez spoilerów? Proszę bardzo: po zabarykadowaniu się żaluzjami z tytanu i całą resztą, do dziewczyny zakrada się jej chłopak. Jakoś. Cała ta forteca za grube tysiące poszła się j... przez jednego smarkacza. Świetna ochrona dla rodziny przed 800 milionami mieszkańców USA, którzy chcą zajebać wszystkich, którzy nie chcą zajebać innych.
Jeszcze lepsze jest to, że ten smarkacz zakradł się nie dla seksu, tylko by pogadać z jej ojcem. Bo on musi się zgodzić na ich romans! Dobrą okazję wybrał. Pewnie czekał cały rok. I nie, ich rozmowa nie wygląda tak. http://www.youtube.com/watch?v=nil6Fh4riM8 Nie, ich rozmowa będzie jednym z największych debilizmów całego filmu.

Błędy psychologiczne są olbrzymie. Na początku gdy syn zakrada się swoją creepy samochodówką (o wyglądzie spalonej lalki, warto dodać), jest dzień i w ogóle. Matka - przyzwyczajona do tego zapewne - odwraca się, widzi mały samochodzik i w pisk. Ale gdy jakiś czas później syn zakradnie się po ciemku, nocą, do pewnego człowieka, ten się w ogóle nie wystraszy. Przykład może słaby, ale przynajmniej bez spoilerów.

Same podstawy świata filmowego to nie jedyna obraza, którą widz usłyszy. Na końcu przecież będzie seria uderzeń w twarz (w przenośni), gdy to bohaterowie (zgadnijcie, jakiej płci będzie ta właśnie postać od łzawych wątpliwości) będą dochodzić do strasznych wniosków, że ta noc "czyszczenia" to straszna rzecz, i jak człowiek mógł do tego dopuścić... Dochodząc do wniosku, że - tadaaam! - człowiek jest zły. Oni sami w tym momencie nie obrażają samych siebie ani widzów. Widzomo, że oni są amebami, a wszyscy widzowie to odmiana pleśni, a nie ludzie właśnie (tutaj wrócić do wstępu, nie będę pisał jeszcze raz tego samego). I po wszystkim, wraz z nastaniem świtu, wszyscy zachowują się, jakby nie mogli już zabijać. Mogą. Mogą cię zabić. I kto im jak udowodni, że zrobili to minutę za późno? Albo i kiedy indziej? Zabiją, ukryją ciało, proste. Są w stanie to zrobić, to już ustalone.

Najlepsze jest to, że przez całą tą masakrę i psychodeliczną udrękę myślałem tylko o jednym: wsiądź do samolotu, poleć do Paryża w obie strony. Powinno ci to zająć 12 godzin. Już nawet bez opuszczenia kontynentu na stałe, skoro mieszkasz w kraju zamieszkałym wyłącznie przez morderców, pierwszym logicznym krokiem byłoby ucieczka. Nawet bez tej całej troski o rodzinę. Miej tę firmę w US, ale prowadź ją przez Internet. Ale i bez tego - to jedno zdanie, z lotem samolotem, zabija ten film. Wszystko inne - tego wielu może nie dostrzec, nie myśleć o tym, nie być tego świadomymi. Ale to jedno zdanie wystarczy, by ten film zwyczajnie nie zadziałał.

Módlcie się, żeby przez następne 10 lat nie powstał film gorszy. Nie chodzi mi o to, że ktoś go obejrzy i uwierzy, że faktycznie agresja i nienawiść bierze się znikąd. Ludzie już teraz w to wierzą (ale gdy ktoś zawoła, że geje są be, to już będą udawać, że nie rozumieją, jak można bezpodstawnie kogoś nienawidzić, nawet go nie znając). Ale skoro kino jest za głupie, by pokazać ten temat we właściwy sposób, niech chociaż te złe obrazy wychodzą stosunkowo rzadko.

A ja oczekiwałem głupkowatego thrillera. Psia mać. Się rozpisałem. A to można jeszcze wypunktować głupoty z ekonomicznego punktu widzenia (takie rzeczy też już widziałem w necie, odnośnie tego cudownego "minimalnego bezrobocia").


1/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_purge/

piątek, 12 lipca 2013

PINA (można luknąć)

Art Documentary & Dance Film, 2011


Wenders kręci film-hołd dla Piny Baush, choreografce zajmującej się teatrem tańca. Mało słów, dużo momentów tanecznych wykonywanych przez ludzi znających Pinę osobiście, będących jej uczniami itd. Ciekawy zabieg - często widzimy ludzi przygotowanych jak do wywiadu w normalnych dokumentach. Nawet słychać, co mówią - ale nie przed kamerą. Tekst leci z offu, ludzie tylko patrzą się w kamerę, rozmyślają nad tym, co powiedzieli itd.. Świetne.



Ale zanim będę pisał dalej, uprzedzę, że przez ten film zacząłem uważać teatr tańca za coś strasznie prymitywnego, dosłownie wyrwane z jaskini i zmuszane by egzystowało w XX i XXI wieku. Tak więc film nie był ciekawy pod tym względem.

Ale patrzeć na niego już jest lepiej. Wenders miał kilka pomysłów, wspomniany trik z filmów dokumentalnych jest tylko jednym z wielu. Same tańce w większości też oglądało mi się świetnie - czułem wysiłek, mnóstwo prób, miałem świadomość że oglądam ich finalny występ. Do tego wysiłek przy wymyślaniu, przy włożeniu w to autentycznego uczucia, do tego spora część to bardzo rozbudowanego kompozycje, długie i brało w nich udziału wielu tancerzy naraz. Pod tym względem, to udane widowisko. Tylko niektóre momenty są po prostu głupie, jak z tą babą w metrze, i ludźmi traktującymi ją jak bezdomną.

Nie trzeba oglądać. Choć w sumie można.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/pina/


Top reżyserski Wendersa (tylko czołówka)

1. Z biegiem czasu - 8+/10
2. Paryż, Teksas - 7/10
3. Niebo nad Berlinem - 7/10
4. Million Dollar Hotel - 7/10
5. Twelve Miles to Trona - 7/10 (nowelka z "10 minut później: Trąbka")
...
7. Pina - 6/10

piątek, 7 czerwca 2013

ŻĄDZA BANKIERA (smutne)

Drama, 2012


Przerwę pisanie tylko o 1993 roku, bo skoro znajomemu udało się mnie wyciągnąć do kina, i to na premierę... Za darmo, więc można dać szansę, nawet nudnej opowieści o bankierze chcącym zarabiać pieniądze bez powodu, więc wplątuje się w ten świat "poważnych" interesów i dużych pieniędzy.

Costa-Gavras to uznany reżyser, jego "Z" zapisało się dosyć mocno w historii i ogólnie jest postrzegany jako jeden z ważniejszych twórców XX wieku. Dlatego tak trudno mi pisać, że to właśnie reżyseria jest najsłabszym elementem całości. Aktorzy dają radę - Gad Elmaleh w głównej roli utrzymuje calutki film na sobie tylko za pomocą grania głosem, bo twarz musiał mieć pokerową od początku do końca. Scenariusz spełnia warunki i nawet ma satysfakcjonujące zakończenie. Muzyka z jakiegoś powodu wzięta z "Mrocznego rycerza", tylko cichsza, ale też miejscami pasuje. Ale całość nie ma żadnego wyrazu, tonu, nastroju.




Wydaje się, że najbliżej można by to określić jako czarną komedię - ale do "czarna" jest za mało poważna i zbyt dziecinna. Korporacje chcą tylko po trupach zarabiać kasę i kombinują, by ktoś coś tracił gdy oni będą zarabiać, zresztą zarabia się dla samego faktu zarabiania, nerwy przy tym traci się bo czemu nie. To jeden z tych filmów w których pada zdanie "pieniądze są źródłem zła!" i nikt nie pyta o źródło pieniędzy... Bohater chce zarabiać, bo chce zarabiać, inni chcą go udupić, bo chcą go udupić, chce przelecieć jakąś modelkę bo chce ją przelecieć, ale ta cały czas naciąga go na grube kwoty, a on je jej daje, bo przecież nie wszedł w ten biznes by zarabiać, a nie czekał, jednak dlatego, ale to nie ważne, bo na końcu okazuje się, że bohater zmienił zdanie, bo myślał, że gra w "Bejbi blues", nie wiem. Taka biegunka złożona z błędnej filozofii, dziecinnego spojrzenia na świat mającego być chyba parodią poważnego biznesu i wysokiego tempa zdarzeń wokół intrygi, na którą nabrać się można było tylko w komiksie dla dzieci. Wróć - w komiksie byłoby wyjaśnione, czemu bohater się zmienił.

Z kolei film gatunkowo do "komedii" nie pasuje, bo żarty pojawiają się bardzo randomowo, jakby scenarzysta zaglądał na plan co drugi plan i wymyślał żart do obecnej sceny na poczekaniu. Pierwsze ujęcie: chłop zalicza glebę przy próbie wybicia piłki podczas gry w golfa. Śmieszne. Ale on ma rak jąder! Akward. Kilka razy w czasie seansu bohater zalicza fantazję, w których robi coś śmiesznego, typu: "Hm, ona zwalnia innych z uśmiechem na twarzy. Zwolnię ją i zobaczę, jaką będzie mieć minę". Jednak takie sceny są zapowiadane godzinę wcześniej odpowiednim dźwiękiem z jakiegoś powodu. I do niczego nie prowadzą. I nie wiadomo, dlaczego ktoś chcący tylko zarabiać pieniądze, nagle ma takie myśli.

Nudne, dłużące się i głupie kino. Smutne na dodatek, bo ludzie naprawdę widzą ten mechanizm w taki sposób.


4/10.
http://rateyourmusic.com/film/le_capital/

sobota, 27 kwietnia 2013

WYŚNIONE ŻYCIE ANIOŁÓW

Drama, 1998


Europejskie smuty. Para młodych dziewczyn żyje jak umie, mieszkając w lokalu którego właścicielka leży w szpitalu, imając się różnych zajęć i starając się nie dostrzec, gdzie to wszystko zmierza. Główny minus tego wygląda tak, że to cholernie nużące kino. Krótka piłka. Oglądałem na raty, i to więcej niż dwie, nudziłem się, cały czas patrzyłem ile do końca.



Z zalet podobało mi się kilka rzeczy. Bohaterki budzą sympatię swoim wyglądem, i nie jest też tak, że tylko dają dupy za utrzymanie. Jedna z nich w ogóle do tego się nie posunie. A w wypadku drugiej nie będzie żadnego oczywistego układu, ona wcale nie ustali co facet musi zrobić dla niej by ona dała jemu. Wszystko tu jest bardzo naturalne i żywe. Poza tym, nie jest też tak, że po seksie już pasują i nie robią nic innego. Z tego wszystkiego wynika morał aktualny dziś - zapewne nawet bardziej niż 15 lat temu.

Ale tak naprawdę jedynym dobrym, konkretnym elementem jest... zabiję wam ćwieka - zakończenie. Jest jedna mocna scena, której się nie spodziewałem, oraz bardzo dobre podsumowanie, wynoszące całą fabułę na wyższy poziom.
Film w którym każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Po tym, jak prześpi większość seansu, uprzedzam.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/la_vie_revee_des_anges/

środa, 17 kwietnia 2013

OSTATNIA NOC


Drama, 1998


Za kilka godzin kończy się świat. Jak będzie wyglądać ostatnia chwila tych ludzi? - to jest pomysł na film... ale wykonanie jest niezręczne, chaotyczne i trochę mdłe. Podobają mi się rzeczy spajające całość, np. w radiu prezenter będzie puszczał 500 utworów wszech czasów. A gość z gazowni będzie dzwonił do wszystkich klientów, dziękując im i zapewniając ich, że będą pracować do końca. To było świetne.

Cała konstrukcja jednak opiera się na tym, że jest sobie kilku ludzi którzy inaczej spędzają ten czas... W rozkroku z opowiedzeniem historii głównego bohatera. Tak jakby naraz chciano zrealizować mozaikę oraz fabułę z głównym wątkiem. Na początku bohater udaje się do rodziny, która zorganizowała z tej okazji Gwiazdkę. Po 20 minut idzie zostać sam, i wątek rodziny właściwie znika. Z drugiej strony są długie wprowadzenia dla postaci, których bohater nigdy nie spotka lub spotka w połowie filmu na chwilę. Jednocześnie miałem wrażenie, że reżyser nie ma czasu by opowiedzieć to co chce we właściwy sposób (wątki ucinają się lub się o nich zapomina - jedna postać kończy tak, że inna celowała w nią z broni, i... cholera wie co dalej), z drugiej pełno tu wypełniaczy. Film przy tym trwa ledwo półtorej godziny.

Główny konflikt chyba bierze się z tego, że bohater chce być sam i nie da rady, los tak nie chce. Ot, trafi na babkę która będzie  musiała się dostać na drugi koniec miasta, a że reżyser poszedł w schemat z rednekami, wszystko musi być rozwalone w trzy dupy, no bo kurwa. To w końcu koniec świata, nie? Musi do niego dojść jeszcze zanim on nastąpi. W każdym razie, pójdą razem szukać jakiegoś auta... Znajdą jedno, wybiją szybę, bohater będzie się szarpać z kablami po czym ze smutkiem przyzna, że nie ma zielonego pojęcia, co właściwie robi. Więc pójdą gdzie indziej. A film sobie leci...

Chciałbym zobaczyć scenę, w której wkurzony bohater bierze tę babę za fraki i wyrzuca ją z dachu na ulicę, żeby w końcu móc sobie pobyć sam ze sobą. To byłoby przekomiczne!

[nadgorliwi mogą uznać to co niżej  napiszę za spoiler]

Poza tym, nie spodziewajcie się jakiegoś zaskoczenia w zakończeniu lub wyjaśnienia, czemu równo o północy wszyscy umrą. Przejście do bieli i lecimy z napisami końcowymi, to będzie wszystko. Nie okaże się, że przyjdzie jakieś wojsko, lub że były rozbiory jakiegoś fikcyjnego kraju, a jedno miasto było przeciw temu więc władze ich odcięła i zaplanowała ich eksterminację. Po prostu... koniec. Znam takich, których się to spodoba.


6/10

czwartek, 7 lutego 2013

(broni się) PIENIĄDZ

Crime, 1983


Gdyby zatrudnili tutaj aktorów, byłoby naprawdę dobrze! Poważnie, Bresson mógł w końcu nakręcić ciekawy film. Zamiast tego uznał, że zatrudnienie naturszczyków którzy grają gorzej od przedszkolaków (bo są o 20 lat za starzy na takie rzeczy) będzie krokiem w stronę naturalności. Gdybam se, ale film jest wręcz żenująco źle zagrany. Nikomu tam się nawet nie chciało grać, Arnold się zawsze przynajmniej starał, ale u Bressona widać nawet tyle nie trzeba.

A co jest dobrze? Zaczyna się od dwójki znajomych, którzy idą do sklepu by wydać tam fałszywy banknot. Sprzedawczyni się nie kapnęła, tamci se pojechali a wieczorem właściciel zrobił raban, że do takiego numeru doszło. I tu zaczyna się ciekawie: postanawia puścić feralny banknot w dalszy obieg. Lawina ruszyła.



To naprawdę trafia do oglądającego, obserwowanie jak drobne wykroczenie pociąga za sobą kolejne, a każda kolejna osoba na to pozwalająca dokłada od siebie kolejną ciegięłkę która będzie jej ciążyć na sumieniu do samego końca. Który niekoniecznie jest odległy.

W sumie - myślę nawet, że film trafiłby do kogoś, kto sam by chciał spróbować dla jaj podrobić jakiś nominał. Obejrzałby i stwierdził, że mowy nie ma. Nie za taką cenę.

Film naprawdę się broni, mimo rażącej amatorszczyzny w realizacji. A to dużo!


5/10
http://rateyourmusic.com/film/l_argent/

sobota, 6 października 2012

UPROWADZONA 2

Action & Thriller, 2012


Porwali mu córkę. Teraz zafundują mu kontynuację...

Pierwszą "Uprowadzoną" wspominam dobrze. Ojciec ratujący córkę z rąk porywaczy, którzy chcą ją sprzedać - bardzo łatwo się w czuć w taką postać, przez którą całość wydawała więc niemal kameralna. Żadnego ratowania świata lub walki z tajnymi organizacjami. Tylko jeden człowiek chcący uratować najbliższą sobie osobę, przed którym nie ma rzeczy niemożliwych. Film wciągał, osiągnął względny sukces... ale druga część? Nie liczyłem w ogóle, że taka powstanie. A gdy z okazji Filmweb Offline pierwszy raz dowiedziałem się, że taki film istnieje... spodziewałem się równie solidnego filmu, muszę przyznać. Pierwsza część była w końcu dosyć schematycznym kinem, jedynie solidnie wykonanym. Czemu miałoby się nie udać drugi raz Szczególnie, że na liście płac zmienił się jedynie reżyser?

Pierwszego zawodu doświadczyłem, gdy w końcu poznałem pomysł na cały film. Widzicie, reżyser poprosił ładnie ojca jednego z zabitych w poprzedniej części, by zapragnął się zemścić na tym, kto odebrał mu syna. I jednocześnie by nie obchodziło go, co syn za życia robił. Trzeba go pomścić i już. Reżyser poprosił, a takiemu trudno odmówić, prawda?
Jednym słowem, wyobraźcie sobie takiego kapryśnego przedszkolaka krzyczącego "Ja chcę, ja chcę!", ale mającego tak na oko z 60 lat. Będziecie mieć główny czarny charakter w filmie. Słabo? Słabo.

Na słabym pomyśle lista minusów dopiero się zaczyna. Film roi się o pomyłek i poronionych pomysłów. Dla przykładu, główny bohater jest teraz pedantem i umie zapamiętywać trasę przejazdu z opaską na oczach, niczym Holmes w filmach Ritchiego. Dlaczego? Nie wiem. Nabrał też irytującego nawyku z tragicznych filmów akcji, w których wszyscy cały czas krzyczą "Odbierz!" lub "Gazu!". Problem w tym, że w tamtych filmach jest przynajmniej kilka postaci które tak krzyczą, w "Uprowadzonej 2" on jest sam jeden... musi więc w pojedynkę wypełnić normę. To jest tak irytujące jak na to brzmi.
W tym filmie porywacze są na tyle uprzejmi, że nie tylko porozumiewają się wyłącznie po angielsku, ale nawet pozwolą bohaterowi najpierw zadzwonić do córki i poinformować ją, że się jest porywanym, a dopiero potem go spiorą. Sama córka też sporo zaprezentuje... w jeździe samochodem. Szkoda tylko, że przez pierwsze 15 minut reżyser opowiada widzowi, jak to ona jeździć nie potrafi, nie zdała kilka razy na prawo jazdy i ojciec jej pomaga. Po co? By widz był znudzony już po kilku pierwszych minutach filmu.

Bo jeśli chodzi o akcję to nie ma jej tu za wiele. Kilka wolnych, chłodnych bijatyk na pięści, jakiś pościg, potem jeszcze jedna bijatyka i film się kończy. Nie jest zbyt ekscytujący. Jest sporo słabych dialogów, wypełniaczy, scen w których jedna osoba zarzeka się, że nie podoła, ale pięć minut krzyczenia na nią przekona ją, że jednak warto spróbować (zgadnijcie, którą ze stron będzie Liam Neeson). Jakby co, ja nie żartowałem z tymi pięcioma minutami. Z zegarkiem w ręku, zaręczam.

Wszystko w tym filmie zostało obrócone w banał. Akcja, historia, motywacje czarnego charakteru, nawet relacje między rodziną bohatera lub kwestia uwolnienia się z kajdanek. Zero emocji. W sumie to się nudziłem.


3/10

http://rateyourmusic.com/film/taken_2/

niedziela, 29 kwietnia 2012

NIETYKALNI

Buddy, 2011


Całkiem przyzwoity.

Cóż, facet jest na wózku i potrzebuje opiekunka. Przychodzą do niego jeden facet i 10 pussys. Wybiera faceta. Żartują razem, do jednego trafiają żarty drugiego i z wdziękiem się z nich śmieje. A potem film się kończy.

Było, jest i będzie - jeśli jest dobrze wykonane, to będzie fajne. Choć przez pół filmu byłem pewny, że lepiej byłoby, gdyby akcja rozgrywała się w USA a zamiast Omara Sy był Dave Chappelle. Niby murzyn to murzyn, ale Dave to jednak Dave.:) Jedynym minusem tego rozwiązania byłoby niespodziewane narzekanie krytyków, że znowu oglądamy amerykańską biedotę. Zamiast tego jest francuska, jak oryginalnie.

To co się nie udało to brak płynności. Jedna scena - cieszymy się, druga, smucimy się. Brak przejścia, ta scena ma nas zasmucić, tamta ucieszyć, i tak w kółko. W jednej minucie widzimy jak czarny ogląda operę i słyszymy jego śmiech, a w drugiej widzimy jak patrzy się przez ciemną szybę w oknie i ogląda jak matka wychodzi z roboty, a my słyszymy żałobne pianino.

Ale jest dobrze, można się pośmiać nieco. Fabuły lub zakończenia tudzież większych emocji brak. Po seansie człowiek włącza YouTube'a, znajduje scenę z opery, zapisuje ją sobie w ulubionych i to tyle. Film opuścił jego życie.


6/10.


Scena w Operze: http://www.youtube.com/watch?v=a7EzwPFfhUE
Dave:) http://www.youtube.com/watch?v=wYu0jRNwxjc