Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1998. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1998. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 października 2015

"Porachunki" (8+/10)

Black Comedy, 1998


Moja notatka o "Przekręcie" nie należy do moich ulubionych. Chociaż film lubię, to nie miałem o nim za wiele dobrego do napisania, za to sporo do narzekania odnośnie całej konstrukcji. Wszystko po to by wyjaśnić, czemu nie lubię tego filmu bardziej. Teraz powtórzyłem "Porachunki" i widzę, że był też jeszcze jeden powód.

W swoim debiucie Guy Richie śledzi losy czterech brytyjskich kolegów: Jasona Stathama, Eddy'ego i dwóch innych. Wspólnym wysiłkiem udaje im się uzbierać astronomiczna dla nich kwotę - składają się oni po 25 tysięcy by Eddy mógł zagrać z miejscową szychą Harrym i jego partnerami w karty. To elitarny klub, gdzie trzeba wyłożyć w 100K, żeby móc zagrać. Harry oszukuje i nabiera naszego Eddy'ego - teraz ten nie tylko przegrywa, ale jest jeszcze winny pół miliona. I ma tydzień by spłacić dług.



piątek, 17 maja 2013

CYRULIK SYBERYJSKI (powtórka)

Melodrama & Romance, 1998


Kiedyś bardzo lubiłem ten film, był u mnie wśród bodaj 200 ulubionych filmów. A po powtórce... to nie jest materiał na trzy godziny seansu.:/ To dosyć prosta miłosna historia, którą kino widziało wiele razy, tylko tutaj zrobiono z niej jeden z najdroższych filmów w kinematografii rosyjskiej. Epicki, rozbudowany, z mnóstwem statystów... A przez pierwsze półtorej godziny zobaczyłem parę gagów na krzyż. Zabawnych i zapadających w pamięć ("I don't give a shit about Mozart", pastowanie podłogi, pijany dowódca), ale... to wszystko? Bite 3 godziny, na które składa się kilka dobrych żartów, a w końcówce kilka dobrych dramatycznie scen (jak wyznania Julii Ormond lub śpiewanie na dworcu) i znakomite zakończenie?...

Sorry, ale nie zgadzam się. Mimo że całość ma tempo i nie odczuwałem w trakcie oglądania, że coś tutaj dorzucono na siłę.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/сибирский_цирюльник/

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

(powtórka) 1900: CZŁOWIEK LEGENDA

Drama & Music, 1998


Epicki film o gościu, który gra na pianinie. Gdy tylko to sobie uświadomiłem to do tej pory nie rozumiem, jak to w ogóle wyszło. Ta historia jest olbrzymia i kipi od skojarzeń z "Titanikiem". Pierwsze ujęcie na jego bok, pierwsze szerokie ujęcie po ludziach na pokładzie, każdy detal w kostiumach i wyglądzie wszystkiego mówił mi, że to od Camerona wzięto całą scenografię (i budżet), że to właśnie na Titanicu rozgrywa się akcja filmu. Tylko to dobicie do Ameryki mi nie pasowało.

Ale to co nadaje filmowi prawdziwego rozmachu to zdjęcia. Nie mam zielonego pojęcia, jak to zrobiono, ale czy kamera miała jakieś ograniczenia? Poruszała się w taki sposób, że prawdopodobnie mogłaby się wznieść aż na Księżyc i zapewne dalej. Prawie w ogóle nie ma tu ujęć ogólnych, każde jest osobną podróżą do konkretnego punktu. A po drodze przeciska się przez regały, pod dwupiętrowym łóżkiem, między regałami. W jednej scenie kamera krąży gdzieś pod sufitem wokół żyrandolu, stopniowo się zniża by ostatecznie skończyć tuż przed twarzą dyrygenta przedstawiającego członków orkiestry. W innej scenie, jest dosłownie pomiędzy dłońmi pianisty, grającego właśnie na swoim instrumencie. Jak ona się tam zmieściła?

Wiem, że przynudzam, ale ta kwestia naprawdę mnie rozwala.

Jeszcze trochę poskaczę wokół sedna filmu - uwielbiam jego luz. Cała pierwsza połowa filmu jest wypełniona naprawdę luźnymi tekstami, poczynając od murzyna na klęczkach przeszukującego jadalnię, klnącego pod nosem. Potem jest nakrycie dzieciaka kradnącego ciasto przez kapitana. Dzieciak w obronie trafia go w twarz tym ciastem, na co ten drze ryja, że trzeba to dziecko w końcu oddać, bo jest tu wbrew prawu. Ujęcie na dół do kotłowni, a tam robotnik odkrzykuje: "FUCK THE LAW". Uwielbiam!
Podobała mi się nawet konstrukcja filmu, w której jednocześnie rozwijają się dwie linie fabularne. Z kolei scena tańczącego pianina należy do moich ulubionych. Ma to co kocham w kinie: magię zawartą w prawdziwym świecie. Magia w magicznym świecie nie jest niczym wyróżniającym się, jednak w "1900" pianino zaczyna tańczyć w skutek kołysania statku przez nocne fale. A bohaterowie tańczą razem z nim, żyjąc tą chwilą w pełni po raz ostatni w życiu i historii, przeżywając szczęście. Na moment zatrzymuje się wszystko, a to, że w końcu się to kończy, jest w tym najpiękniejsze, bo w tym świecie ta ściana w końcu zostałaby wybita. Ale mimo to udało się w nim odegrać taką scenę. Stworzyć taką chwilę. Definicja piękna.

Ale nie mogę sedna filmu unikać w nieskończoność. W pewnym sensie, zapowiadało się ciekawie. Bohater który przeżył całe życie na statku... ale nie ma tak naprawdę jakiegoś konkretnego powodu, by nie wyjść na ląd. Był wychowywany w dziwny sposób i nie ma to wpływu na nic. Dorastał na statku, ale nic o tym nie wiadomo, jak to wyglądało. Zanim dobrał się do klawiszy - jak wyglądało jego życie? Co robił? Bo wydaje się, że było całkiem nudne. Cały koncept na tę postać jest tak niejasny, niekonkretny, nieprecyzyjny. Opisuje się go, jakby miał jakieś szczególne powiązanie z morzem, nie chwieje się jak inni gdy jest sztorm, ale gdzie to prowadzi? Szczególnie jak na głównego bohatera - jest go bardzo mało na ekranie, niewiele robi lub mówi. Tak naprawdę to nie ma nawet konkretnej historii, przynajmniej od momentu gdy przestaje być dzieckiem. Jego późniejszy żywot znaczą raczej epizodyczne, nieznaczące scenki. Jak choćby ten pojedynek.

Tutaj przejawia się kilka innych słabych stron filmu. Po pierwsze - on nie grał muzyki świetnej samej w sobie. On grał muzykę filmową, czyli tło, aranżację, jego dźwięki same w sobie nie opowiadały historii tylko podkreślały inną, rozgrywającą się na ekranie. Dlatego ciężko było mi się w to wciągnąć, przez to również sama postać i wrażenie jakie ona wywołuje wydawało mi się banalne, błache. Najgorzej było w scenie pojedynku, kiedy to w finale zaczął tylko napieprzać byle szybciej. Nie zdziwiłbym się, jakby nawet zaczął walić głową. Sorry, nie słyszałem tam melodii, tylko próbę klikania jak najszybciej.

[spoiler]
Żałuję, że na koniec nie zostawiono wątpliwości, czy on tam na tym statku został. Dla mnie, o wiele silniejsze i zostające ze mną rozwiązanie to niewyjaśnienie tego, mimo wszystko. Niech nie odpowie na muzykę z płyty. Niech Max odejdzie nieprzekonany. Niech obserwuje wybuch. Niech zatrzyma go w oczach do końca życia, samemu zadając sobie to pytanie. Niech widz zastanawia się razem z nim.

Zakończenie samo w sobie jest naprawdę porażająco smutne, na miejsce Maxa nie mógłby się ruszyć z miejsca. A na pewno nie w górę. Jednak gdzieś tam wiem, że "moje" zakończenie miałoby efekt bardziej długofalowy.
[/spoiler]

Dobry film, robi wrażenie, szczególnie na początku.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/la_leggenda_del_pianista_sulloceano/

sobota, 27 kwietnia 2013

WYŚNIONE ŻYCIE ANIOŁÓW

Drama, 1998


Europejskie smuty. Para młodych dziewczyn żyje jak umie, mieszkając w lokalu którego właścicielka leży w szpitalu, imając się różnych zajęć i starając się nie dostrzec, gdzie to wszystko zmierza. Główny minus tego wygląda tak, że to cholernie nużące kino. Krótka piłka. Oglądałem na raty, i to więcej niż dwie, nudziłem się, cały czas patrzyłem ile do końca.



Z zalet podobało mi się kilka rzeczy. Bohaterki budzą sympatię swoim wyglądem, i nie jest też tak, że tylko dają dupy za utrzymanie. Jedna z nich w ogóle do tego się nie posunie. A w wypadku drugiej nie będzie żadnego oczywistego układu, ona wcale nie ustali co facet musi zrobić dla niej by ona dała jemu. Wszystko tu jest bardzo naturalne i żywe. Poza tym, nie jest też tak, że po seksie już pasują i nie robią nic innego. Z tego wszystkiego wynika morał aktualny dziś - zapewne nawet bardziej niż 15 lat temu.

Ale tak naprawdę jedynym dobrym, konkretnym elementem jest... zabiję wam ćwieka - zakończenie. Jest jedna mocna scena, której się nie spodziewałem, oraz bardzo dobre podsumowanie, wynoszące całą fabułę na wyższy poziom.
Film w którym każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Po tym, jak prześpi większość seansu, uprzedzam.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/la_vie_revee_des_anges/

piątek, 19 kwietnia 2013

KSIĄŻĘ EGIPTU (szczęka opada)

Animation & Family, 1998


Sam film jest głupi jak but, ale jest też jednym z trzech najlepiej animowanych filmów jakie w życiu widziałem. Na pewno nie zagroził "Ghost in the Shell 2", co do "Spirited Away" nie mam pewności. Ale po kolei.

Film opowiada historię o tym, jak Żydzi opuścili Egipt pod wodzą Mojżesza. Spoiler - udało im się. Bohaterem jest Mojżesz, który wygląda na młodego dorosłego, ale ile lat ma dokładnie to nie wiem. Ma to o tyle znaczenie, że udało mu się przeżyć sporo w tym Egipcie i nie zauważyć, że tam całkiem sporo niewolników jest. I mają raczej ciężkie życie. To jeden z twistów i głównych dramatów wpływających na Mojżesza. Nie wiem, jak mu się to udało. Ja przejdę ulicą i nie mogę się powstrzymać od refleksji gdy zobaczę bezdomnego, a on miał wyjebane przez ile? 20 lat? Do tego... to Mojżesz. Wysłannik boga. Nie powinien być... nie wiem, wyjątkowy? Zasłużyć na to?

Bóg w tym filmie to oddzielna wada, bo to zdecydowanie czołówka jeśli chodzi o sadyzm i brak jakiegoś porządku, ze tak to ujmę. Każe Mojżeszowi zabrać Żydów z Egiptu, no bo tak.

Mojżesz: To chyba nie wyjdzie.
Bóg: Nie gadaj tylko rób.
Mojżesz: Ok, dam z siebie wszystko... Ramzes, wypuść ich.
Ramzes: Nie.
Mojżesz: Proooszę.
Ramzes: Nie.
Bóg: Dobra, to ja pozabijam mu zwierzęta, ludzi i syna, wtedy się zgodzi.
Mojżesz: To się chyba mija z celem...
Bóg: Skup się na patrzeniu, jak to robię.
Mojżesz: Wiesz, chyba na początek powinniśmy przynajmniej spróbować wyjść. Główną bramą. Z własnej inicjatywy.
Bóg: Czemu mnie nie słuchasz? A byłem taki dla ciebie dobry, rzekę w krew zamieniłeś dzięki mnie.
Mojżesz: Nadal nie wiem, po co to zrobiłem...




Mogę tak pisać jeszcze długo. Całość jest zbyt dziecinna. Bohaterowie mają charakter niewystarczający, by być choćby starszym bratem jeden dla drugiego, a skoro są Wybawicielami i Faraonami, to powinni mieć tego charakteru o wiele więcej. Zachowują się raczej jak nastolatkowie w ciele starszym od nich o 10 lat. Kwestie poboczne nie istnieją i Żydzi to jedyna siła robocza w całym Egipcie. Cel Boga jest taki, by zabrać ich na środek pustyni i tam zapewne mają umrzeć z głodu lub nudy, nie wiem (ale będą wtedy wolni!). Nikogo nie interesuje, że bóg w interesie Żydów doprowadza zapewne do holokaustu choćby bydła, a dalej nawet i ludzi zabija.

Choć tutaj zaczynam chyba krytykować materiał źródłowy.

Niemniej, jak mówiłem: film jest przepiękny. I nie tylko: jest olbrzymi! Wielkie doliny, wielkie budowle, a scena kulminacyjna nad Morzem Czerwonym to majstersztyk. Oglądać to w '98 roku w Imaxie musiało być niezwykłym doświadczeniem.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/the_prince_of_egypt/

czwartek, 18 kwietnia 2013

BOGOWIE I POTWORY (trzeba zobaczyć)

Biopic & Queer Cinema, 1998



TOP 3 filmowych narracji:

1. Lost
2. Truman Show
3. Bogowie i potwory

Na czwartym miejscu bym dał pewnie "Psychozę" albo "Obywatela Kane'a", coś w tym stylu.

Więc, skoro to mam za sobą, konkrety - mieliście kiedyś wrażenie, że film który oglądacie jest całością? Początek prowadzi bezpośrednio do zakończenia, wszystkie elementy są przemyślane i niezbędne, a całość jest płynna, bez żadnych podziałów na akty lub sceny. Oglądanie tego można porównać do słuchania "Dark Side of the Moon".

Dla tych, co nie czają o co mi chodzi, przykład na czymś przeciwnym - "Szeregowiec Ryan" jest w tym beznadziejny. Tam pierwsza scena prowadzi jedynie do jej zakończenia. Grupa ludzi na wojnie szuka szeregowca Ryana - to nie jest opis filmu, tylko opis fabuły. Film nie zaczyna się od początku poszukiwań, ani nie kończy się, gdy go znajdą. W środku jest wiele scen niedotyczących tego wątku w żaden sposób. I tak dalej - chaos, rwana historia, brak spójności, płynności, pomysłu. Totalne przeciwieństwo "Bogów i potworów".

I wracam już do samego filmu - jest on adaptacją książki "Ojciec Frankensteina", będącej spekulacją na temat ostatnich chwil życia Jamesa Whale'a, który w latach 30-tych nakręcił dwa pierwsze filmy o Frankensteinie i "Niewidzialnego człowieka", a dekadę później odszedł na emeryturę, na której spędził 15 lat. Sporo faktów się zgadza z tym, co doczytałem później na Wikipedii - Whale faktycznie był homoseksualistą, a jego śmierć wyglądała tak jak pokazano ją w filmie (ups, spoiler, on umrze, sorry).

Ale to co pomiędzy wypełniono na podobnym poziomie co "Wieczność i jeden dzień" choćby (oglądałem niedawno, stąd skojarzenie). W obu filmach bardzo silne są wpływy przeszłości, wspomnienia i oniryczne sceny nad którymi trzeba przysiąść i zastanowić się, co oznaczały.

Tak, niesławne drugie dno.

Chciałbym napisać tak naprawdę o jednym - film jest o kinie. O tym, że drugie dno ukryte czasem jest zbyt głęboko by widz mógł je zobaczyć, proste kino nadal może być sztuką, a potencjał kinematografii jest olbrzymi.
Oj, chodzi o to, że chyba podszedłem do "Frankensteina" bez należącego mu się szacunku.

Notatka w formie zbioru myśli. Planuję powtórzyć sobie ten film.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/gods_and_monsters/


PS. Zgadnijcie, gdzie ostatnio wylądował Bill Condon, reżyser tego filmu?

środa, 17 kwietnia 2013

OSTATNIA NOC


Drama, 1998


Za kilka godzin kończy się świat. Jak będzie wyglądać ostatnia chwila tych ludzi? - to jest pomysł na film... ale wykonanie jest niezręczne, chaotyczne i trochę mdłe. Podobają mi się rzeczy spajające całość, np. w radiu prezenter będzie puszczał 500 utworów wszech czasów. A gość z gazowni będzie dzwonił do wszystkich klientów, dziękując im i zapewniając ich, że będą pracować do końca. To było świetne.

Cała konstrukcja jednak opiera się na tym, że jest sobie kilku ludzi którzy inaczej spędzają ten czas... W rozkroku z opowiedzeniem historii głównego bohatera. Tak jakby naraz chciano zrealizować mozaikę oraz fabułę z głównym wątkiem. Na początku bohater udaje się do rodziny, która zorganizowała z tej okazji Gwiazdkę. Po 20 minut idzie zostać sam, i wątek rodziny właściwie znika. Z drugiej strony są długie wprowadzenia dla postaci, których bohater nigdy nie spotka lub spotka w połowie filmu na chwilę. Jednocześnie miałem wrażenie, że reżyser nie ma czasu by opowiedzieć to co chce we właściwy sposób (wątki ucinają się lub się o nich zapomina - jedna postać kończy tak, że inna celowała w nią z broni, i... cholera wie co dalej), z drugiej pełno tu wypełniaczy. Film przy tym trwa ledwo półtorej godziny.

Główny konflikt chyba bierze się z tego, że bohater chce być sam i nie da rady, los tak nie chce. Ot, trafi na babkę która będzie  musiała się dostać na drugi koniec miasta, a że reżyser poszedł w schemat z rednekami, wszystko musi być rozwalone w trzy dupy, no bo kurwa. To w końcu koniec świata, nie? Musi do niego dojść jeszcze zanim on nastąpi. W każdym razie, pójdą razem szukać jakiegoś auta... Znajdą jedno, wybiją szybę, bohater będzie się szarpać z kablami po czym ze smutkiem przyzna, że nie ma zielonego pojęcia, co właściwie robi. Więc pójdą gdzie indziej. A film sobie leci...

Chciałbym zobaczyć scenę, w której wkurzony bohater bierze tę babę za fraki i wyrzuca ją z dachu na ulicę, żeby w końcu móc sobie pobyć sam ze sobą. To byłoby przekomiczne!

[nadgorliwi mogą uznać to co niżej  napiszę za spoiler]

Poza tym, nie spodziewajcie się jakiegoś zaskoczenia w zakończeniu lub wyjaśnienia, czemu równo o północy wszyscy umrą. Przejście do bieli i lecimy z napisami końcowymi, to będzie wszystko. Nie okaże się, że przyjdzie jakieś wojsko, lub że były rozbiory jakiegoś fikcyjnego kraju, a jedno miasto było przeciw temu więc władze ich odcięła i zaplanowała ich eksterminację. Po prostu... koniec. Znam takich, których się to spodoba.


6/10

wtorek, 16 kwietnia 2013

OD WESELA DO WESELA

Romantic Comedy & Music, 1998


Adam Sandler ma tu szopę na głowie i śpiewa. Od samego początku, wykonuje "You spin me round" od Dead or Alive, potem spopularyzowane przez Danzela. Z początku wydaje się inaczej, ale bardzo szybko okazuje się, że śpiewać umie. I to nawet kilkoma głosami, więc tylko dziwne, że w pozostałych filmach nie śpiewa. Zach Braff mógł to czemu nie Sandler? Dojdzie nawet do tego, że będzie drzeć ryja przy akustyku, czyli coś co bardzo lubię. Od Kurta przez Frusciante na Glennie skończywszy.




Wiele rzeczy z początku tutaj po prostu jest dobrze wymyślone i działa. Ot, choćby pomysł na fabułę - bohater śpiewa zawodowo na weselach, jest swoistym wodzirejem. Jednak gdy jego własne wesele nie dochodzi do skutku, traci wiarę w to wszystko i w pracy zamiast "Na pewno wam się uda" mówi raczej w stylu "Love stinks". I to jest ciekawe! Bohater jest sympatyczny i wiarygodny w swojej roli, a jego relacja z dziewczyną w której na koniec filmu się zakocha jest zwyczajnie świetna. Gdyby nie moje przyzwyczajenia i wiedza, czego się spodziewać po takim kinie, nawet bym nie pomyślał, że tak właśnie sytuacja się rozwinie. Ich pierwsza scena to zwyczajna pogadanka na boku, bez powodu i z przypadku. Ot, jak w życiu. I tak właśnie wygląda cała pierwsza połowa filmu. Komedia romantyczna wciąż jeszcze żyła w 1998!

Chciałem dać ocenę wyższą, ale po seansie nadal miałem z dupy humor, więc film jednak nie był aż tak dobry. Śpiewają fajnie, relacje między głównym duetem są fajne, ale całość leci kilka razy w dół z powodu kilku rzeczy. Ot, na przykład jest bardzo fajna babcia, którą Sandler uczy śpiewu (lol, jak to brzmi), a ona płaci mu klopsami. Do ręki. I potem ściska go za rękę na pożegnanie. Wyborny humor, doprawdy.

Inny przykład - historia jest w kilku momentach zbyt oczywista. Gdy bohater przechodzi załamanie i pierwszy raz wraca do pracy, to oczywiście niszczy wesele, a po wszystkim mówi niemal prosto do kamery mniej więcej w taki sposób: "Zrobiłem to, bo nie chcę, by byli szczęśliwi, skoro ja nie mogę". Dzięki.

Dalej - żałuję, że film nie był bardziej ambitny w kilku momentach. Dla przykładu, w drugiej połowie film sprowadza się do dwóch głupich schematów: nieporozumienie (Doug Walker to dobrze wyjaśnił) oraz dziewczyna bohatera chcąca się ożenić ze stereotypowym dupkiem który już teraz ją zdradza. Chciałbym zobaczyć coś bardziej życiowego, trudnego, czyli niech się żeni z kimś normalnym, kto ją kocha. I bohater musiałby z tym konkurować, prezentować coś świeżego lub odmiennego, albo nawet się pogodzić, że jest już zajęta... Spore możliwości na o wiele lepszy film. Szkoda, że twórcy poszli tu na łatwiznę.

I nie, dupek z "Garsoniery" się nie liczy. Nie był stereotypowy.

Cytat na dziś: "Nawet Billy Idol to łapie. Czemu nie ona?"


6/10
http://rateyourmusic.com/film/the_wedding_singer/

wtorek, 9 kwietnia 2013

MROCZNE MIASTO (niezłe sci-fi)

Tech-Noir & Dystopian, 1998


Mężczyzna budzi się w obskurnej łazience, na podłodze pałęta się strzykawka a pod ścianę stoi krzesło na którym leży ubranie wyraźnie przygotowane dla niego. W następnym pokoju odbiera telefon. Ktoś po drugiej stronie radzi mu uciekać. Idą po niego. Ten zwiewa od razu - bo zauważył obok łóżka ciało kobiety... Świetny opening. Po prostu. Schematyczny, ale klimatyczny i bardzo dobrze wykonany. Rewelacyjne efekty specjalne, druga ważna zaleta filmu, szybko rzuci się w oczy. Cały model miasta i różne... działania, tak to ujmę, które w nim zajdą, naprawdę mnie zachwyciły swoją spójnością i rozmachem.



Potem już tak dobrze nie jest. Z początku mnie to złapało, chciałem to oglądać i poznać odpowiedzi, ale szybko straciłem zainteresowanie. Fabuła szybko sprowadza się do tego, że główny bohater będzie sobie szedł przed siebie. Z grubsza. Ciekawy, bardzo klimatyczny i wiele obiecujący świat zostaje obrócony w bardzo nieprecyzyjną i niekonkretne rozwinięcie oraz odpowiedzi. Które zresztą pojawiają się bardzo szybko, ale bohaterowi one nie wystarczą, więc jeszcze trochę pochodzi i uzyska te same odpowiedzi co wcześniej... Szkoda też, że różne postaci dowiedzą się o co biega w różnych odstępach czasu i każdej trzeba będzie to tłumaczyć oddzielnie... To będzie stopować film, po prostu.

I jeszcze raz o odpowiedziach - te nie mają wiele wspólnego z czymkolwiek ([SPOILER] choćby to: badali ich, a nie ma scen w którym prowadzą jakiekolwiek badania... [/SPOILER]).

Sprawa staje się lepsza ku końcowi, gdy to jest kilka dobrych scen o tym, co tworzy człowieka człowiekiem. Niby nic konkretnego, ale przynajmniej sensownie rozmawiali. Dobre sc-fi, słabszy kryminał.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/dark_city/

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

WRÓG PUBLICZNY (tylko ok)

Action, 1998


Bohater grany przez Willa Smitha jest żonatym adwokatem i zdecydował się zajrzeć do sklepu z damską bielizną, by coś kupić żonie pod choinkę. Z zaplecza nagle wybiega jego znajomy ze studiów. Zdyszany, rozkojarzony, ledwo poznający naszego bohatera. I tak jest tam tylko chwilę, znika ze sceny tak szybko jak się pojawił. Gdy Will Smith wychodzi na zewnątrz widzi znajomego kolejny i ostatni raz, nieżyjącego w skutek potrącenia przez samochód. Niedługo potem zaczną się dziać różne rzeczy - ludzie z rządu zaczną się interesować tym, ile pieniędzy wypłaca i komu je przekazuje, jego dom zostanie przetrzęsiony przez jakieś dzieciaki które powywracały mu wszystko do góry nogami a psa pomalowały na zielono.

Fajnie, że umiem opowiadać ciekawiej niż ludzie w Hollywood.

Jakaś tam nadzieja kina na poziomie "Ściganego" szybko ginie, a tak naprawdę to w ogóle nie zostaje dopuszczona do głosu. Widz wie od początku, o co chodzi i skąd przeciwnik bohatera wie i umie tyle rzeczy. Rozchodzi się o to, że rząd USA chce wprowadzić coś, co w rzeczywistości kilka lat później będzie się nazywać "Patriot Act", a Smith znajduje się przez przypadek w posiadaniu nagrania, które zapewni dożywocie politykowi, który zamierza tę ustawę wprowadzić. Nie wnikam, czemu taka osoba może zacząć inwigilować dowolnego obywatela kraju (choć powinienem), ale skutek jest wiadomy: podsłuchy, śledzenie kont bankowych, kamery wszędzie. Bohater filmu szybko ląduje w gazetach, jego karty zostają zablokowane a żona... zaznaczam: to jest zwyczajna postać kobieca w filmie. One zawsze są niesympatyczne, wyłączając pojedyncze przypadki jak "White Collar". We "Wrogu publicznym" zachowuje się tak: "Widziałeś na oczy inną kobietę pozą mną? E-E, śpisz od dziś na kanapie. W IKEI !!". Zostawię to bez komentarza.

Wracając jeszcze na chwilę do rządu, jest on tu pokazany dużo bardziej potężnym niż można to przełknąć. Umie nawet wziąć nagranie 2D ze zwykłej kamery ochronnej i prze konwertować je jakoś w obraz 3D, który można obracać i sprawdzać, co jest po drugiej stronie jakiegoś obiektu, której kamera nie widziała. Cuda, panie...


To i słaba postać żony bohatera to nie są jedyne wady. Najbardziej mi uwierał słaby humor, bardzo wymuszony i nieśmieszny. Przykład - bohater wybiera bieliznę i zachowuje się tak, jakby po głowie chodziła mu jedna myśl ("o kurczaki, powiedział biust, nie mogę się śmiać, nie mogę, nie mogę, nie mogę..."). Inna scena - w pewnym momencie bohater dowie się, że ma pluskwy. Nie wiedząc ile, będzie zmuszony zdjąć całe ubranie. Zrobi to w pokoju hotelowym, na tle jakichś azjatyckich turystów, którzy pomyślą, że on robi striptiz. I zaczną klaskać (a przynajmniej ona zacznie, nie pamiętam jak on) i w ogóle będą tacy zadowoleni. Ech, głupiutcy, głupiutcy... Wolałbym takie kino na poważnie.

Całość jest sprawna i rzetelnie wykonana, choć jedynie przejeżdża się po schematach (przechodzicie przez tory? Jedno z was musi upaść) zamiast ostać w pamięci i kopnąć w jajka. Jedynie początek i ostatnie 30 minut zapamiętam pozytywnie. Strasznie podobało mi się, że na początku dodali psa. Scena dzięki temu zyskała naprawdę wiele, naprawdę docierając do widza mimo swojej krótkości. Za to na koniec miło mi było zauważyć, że to właśnie od ostatnich scen zaczęto pracę nad skryptem, budując na nim resztę filmu. Kilka bardzo fajnych rozwiązań i zagrań. Plus efektowna strzelanina, przypominająca tę z "Bękartów wojny".



5/10
http://rateyourmusic.com/film/enemy_of_the_state/

niedziela, 13 maja 2012

BLADE

Action & Vampire, 1998


Fajne kino.:)

Opening to po prostu mistrzostwo świata - dziewczyna prowadzi chłopaka na imprezę, wprowadza go w tłum, odłącza się od niego, on traci orientację, rozgląda się nerwowo, coraz bardziej traci pewność siebie, ludzie zaczynają mu się przyglądać jeden za drugim, techno wokół robi bum-bum-bum, światła migają jak szalone (choć to nie razi w oczy widza), a potem nadchodzi apokalipsa... To trzeba zobaczyć.:)

Świetny jest też główny bohater - ma przeszłość, ma misję, ma płaszcz powiewający na wietrze, katanę z systemem anty-użytkowym :D i najważniejsze: jest murzynem! Atakuje wampira w szpitalu, zauważa to policjant więc strzela mu w klatę całą serią. Nic mu nie robi, bo chłop ma pancerz, a on tylko rzuca tekstem: "Mother fucker! Are you out of your damn mind?" :D Poza tym chodzi cicho, jest twardy i nie rozczula się nad sobą. Idealny bohater dla takiego filmu, no.:)

Film ma też świetną postać kobiecą, która nie jest w żadnym razie "damą w opałach" (choć od tego się zaczyna), bo gdy zaczyna się orientować w sytuacji to pierwsze co chce zrobić to znaleźć lekarstwo dla Blade'a (!) a gdy przyjdzie jej walczyć o życie nie będzie się rozczulać. No i chodzi w spodniach sięgających za pępek, łezka się w oku kręci za latami 90.:)

Walki świetne, ich inscenizacja również. Film ma minusy w pewnych rozwiązaniach fabularnych (na czym stanęła kwestia antidotum? Nie można było go wytworzyć, potem można było... ale jak do tego doszli?), pomocnik głównego złego jest jaki jest (głupi) i to też trochę przeszkadza. Nie mniej jest sporo fajnego filmu ze świetną muzyką, montażem oraz klimatem. Kupuję ten film ze wszystkim co oferuje, łącznie z pozami Blade'a (zawsze gdy pojawia się za pierwszym razem, to patrzy się w podłogę, czekając aż kamera pokaże go w całości)

Jak będziecie chcieli sobie zrobić wieczór filmowy przed telewizorem, z popcornem, pepsi i resztą przekąsek sięgających pod sufit (Garfield style) i szukacie jakiegoś mocnego filmu na tę okazję, bierzcie Blade'a!


7/10.
Pierwsza scena: http://www.youtube.com/watch?v=gHBhKbF2xMA