Family, 2015
Jeśli coś wam mówi ten tytuł, to zapewne kojarzycie serial animowany, który parę lat temu leciał na TVP1 po Teleexpresie pod tym właśnie tytułem. Była to prosta bajka o tytułowej owieczce i innych zwierzętach żyjących na farmie. Prosta, zabawna, nie oparta na przemocy ani też dialogach, ponieważ całość była niema. Skojarzenia z "Uciekającymi kurczakami" jest oczywiste, ponieważ za tymi tytułami stało to samo studio, a więc metoda animacji była bardzo podobna. Ręczna, poklatkowa i bez zarzutu.
Teraz ktoś wpadł na pomysł, by serial przenieść na duży kran i tak Shaun trafił do kin. Zadanie zdawałoby się karkołomne, szczególnie jeśli pamięta się jaki los spotkał choćby Toma i Jerry'ego. Obie produkcje są w teorii bardzo podobne: trwały po siedem minut, a główni bohaterowie nie mówią. Jak z tego zrobić pełny metraż? Właściwie, to "Baranek..." miał przed sobą trudniejsze zadanie, ponieważ nie opierał się nawet na przemocy! Cały humor brał się ze slapsticku, zbiegu okoliczności, absurdalnych zdarzeń, ale to wszystko.
I dlatego muszę docenić, że finalny efekt daje radę w jakikolwiek stopniu. Zachowano ducha oryginału, nie złamano żadnej zasady - humor jest ten sam, a postaci ludzkie mówią ze sobą tym samym językiem co Simsy. Całą opowieść zaprezentowano poprzez obraz bez żadnych skrótów, i nie brakowało mi w narracji niczego. Seans mija miło, parę razy się uśmiechnąłem, jest kilka kapitalnych scen i szczegółów które aż chce się pamiętać! Pies świdrujący wzrokiem siedzący w celi obok... albo obiad w restauracji podczas której owce nie wiedzą jak się zachować, więc naśladują gościa siedzącego przy stoliku obok - co szybko zamienia się w parodię. Albo...
Właściwie, to będzie wszystko. Kilka razy ziewnąłem, widziałem też słabe wykorzystanie formuły trzech aktów w której sporo przeciągano, dlatego jest to film warty jedynie wypożyczenia gdy już trafi na VoD. Ma przyjemny klimat, jest lekki a humor wystarcza na czas trwania seansu. To również niezły przykład narracji czysto filmowej.
Chyba, że chcecie wkurwić kilkudziesięciu ludzi, wtedy koniecznie pójdźcie na seans z dzieckiem i straćcie twarz w oczach wszystkich współwidzów. Oraz pieniądze, bo mały będzie chciał wrócić do domu po 20 minutach... albo usiądzie sobie na oparciu krzesła, zamiast samym krześle, zasłaniając widok połowie sali... albo bardziej będzie zainteresowany bieganiem między siedzeniami...
Sam obejrzałem, bo nagle w kinie urozmaicili repertuar. Chcę wspierać takie przypadki. Zresztą, sami zobaczcie: http://i.imgur.com/isjFKm4.png
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Family. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Family. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 22 lutego 2015
niedziela, 22 czerwca 2014
Jak wytresować smoka 2
Computer Animated & Family, 2014
"Ej, Garret, a ty nie pisaleś kiedyś, że mieszkasz gdzieś na wsi?..." - owszem, pisałem. Ale usłyszałem mnóstwo pozytywnych recenzji i opinii o drugiej części filmu, który bardzo polubiłem swego czasu, więc postanowiłem się przejechać do Olsztyna i zobaczyć premierę. Okazało się to względnie niedrogie, i całkiem wygodne, do tego przejazd nie trwa aż tak długo, więc kiedyś to powtórzę. Jak nowy film Zacha Braffa będzie w Polsce. Albo... ee... "Avengers 2" za rok. Hm.
Dobra! "Jak wytresować smoka 2" - bardzo pasuje taki tytuł. Bo smok już został wytrenowany w pierwszej części. Ale kontynuacja powstała, nie dodając ani jednej istotnej rzeczy do tej historii, za to całkiem sporo ujmując temu uniwersum. Wystarczyło dodać cyfrę na końcu tytułu, i każdy kolejny zwrot akcji wymyślać na poczekaniu, pozbawiając tytuł jakiejkolwiek płynności. A to dopiero początek. Opowieść zaczyna się 5 lat po wydarzeniach, które zmieniły życie w osadzie Wikingów. Teraz każdy ma swojego smoka, a nasz bohater imieniem Czkawka podróżuje na Szczerbatku do nieznanych krain, by poznać wcześniej nieodkryty świat... I to nie jest główny motyw filmu. Za horyzontem, gdzie szkicował mapę, znajduje go dziewczyna z pierwszej części, Astrid. Ona nie jest głównym motywem filmu. Dzięki niej bohater może wygłosić ekspozycję, jak to ojciec chce by młody został królem - co za szok. I młody nie czuje, że się do tego nadaje - co za szok. I to też nie jest główny motyw filmu. Nagle dostrzegają dym! Lecą za siedem gór by zobaczyć zniszczoną wioskę, a w niej nowych ludzi! I to nie jest główny motyw filmu. Ci ludzie okazują się zdobywać smoki dla Drago, oraz walczą z łowcami smoków. I to nie jest główny motyw filmu. Okazuje się, że Drago chce skombinować w jakiś sposób armię smoków, i najwidoczniej chce ruszyć na wojnę z bliżej nieokreśloną resztą świata, ponieważ nienawidzi smoków... Nasz bohater jest mądry i zamiast wojować chce przemówić tajemniczemu Drago do rozumu! W jakiś sposób. I to jest właśnie główny motyw filmu. W drodze do niego, lecąc między chmurami, Czkawka przez całkowity przypadek spotyka własną matkę, której nie widział od 20 lat, bo myślał, że ta nie żyje... Lepiej już się zamknę. Nawet nie wiem, ile zdradziłem. Z 10 minut co najmniej.
"Ej, Garret, a ty nie pisaleś kiedyś, że mieszkasz gdzieś na wsi?..." - owszem, pisałem. Ale usłyszałem mnóstwo pozytywnych recenzji i opinii o drugiej części filmu, który bardzo polubiłem swego czasu, więc postanowiłem się przejechać do Olsztyna i zobaczyć premierę. Okazało się to względnie niedrogie, i całkiem wygodne, do tego przejazd nie trwa aż tak długo, więc kiedyś to powtórzę. Jak nowy film Zacha Braffa będzie w Polsce. Albo... ee... "Avengers 2" za rok. Hm.
Dobra! "Jak wytresować smoka 2" - bardzo pasuje taki tytuł. Bo smok już został wytrenowany w pierwszej części. Ale kontynuacja powstała, nie dodając ani jednej istotnej rzeczy do tej historii, za to całkiem sporo ujmując temu uniwersum. Wystarczyło dodać cyfrę na końcu tytułu, i każdy kolejny zwrot akcji wymyślać na poczekaniu, pozbawiając tytuł jakiejkolwiek płynności. A to dopiero początek. Opowieść zaczyna się 5 lat po wydarzeniach, które zmieniły życie w osadzie Wikingów. Teraz każdy ma swojego smoka, a nasz bohater imieniem Czkawka podróżuje na Szczerbatku do nieznanych krain, by poznać wcześniej nieodkryty świat... I to nie jest główny motyw filmu. Za horyzontem, gdzie szkicował mapę, znajduje go dziewczyna z pierwszej części, Astrid. Ona nie jest głównym motywem filmu. Dzięki niej bohater może wygłosić ekspozycję, jak to ojciec chce by młody został królem - co za szok. I młody nie czuje, że się do tego nadaje - co za szok. I to też nie jest główny motyw filmu. Nagle dostrzegają dym! Lecą za siedem gór by zobaczyć zniszczoną wioskę, a w niej nowych ludzi! I to nie jest główny motyw filmu. Ci ludzie okazują się zdobywać smoki dla Drago, oraz walczą z łowcami smoków. I to nie jest główny motyw filmu. Okazuje się, że Drago chce skombinować w jakiś sposób armię smoków, i najwidoczniej chce ruszyć na wojnę z bliżej nieokreśloną resztą świata, ponieważ nienawidzi smoków... Nasz bohater jest mądry i zamiast wojować chce przemówić tajemniczemu Drago do rozumu! W jakiś sposób. I to jest właśnie główny motyw filmu. W drodze do niego, lecąc między chmurami, Czkawka przez całkowity przypadek spotyka własną matkę, której nie widział od 20 lat, bo myślał, że ta nie żyje... Lepiej już się zamknę. Nawet nie wiem, ile zdradziłem. Z 10 minut co najmniej.
Etykiety:
2014,
Action,
Adventure,
comedy,
Computer Animated,
Family,
fantasy,
United States
wtorek, 1 kwietnia 2014
Lego
Adventure & Computer Animated, 2014
Emmet jest mieszkańcem świetnie prosperującego miasteczka - wszystko tu działa precyzyjnie, a mieszkańcy stosują się do instrukcji i robią, co do nich należy. Emmet jest z nich najbardziej przystosowany i najbardziej nijaki - poranek zaczyna od przeczytania instrukcji "Jak przejść przez życie zdobywając przyjaciół i nie tracąc nigdy uśmiechu". Obejmuje ona takie rzeczy jak poranna gimnastyka, golenie, witanie się ze sąsiadami, ale też codzienne kupowanie cholernie drogiej kawy, oglądanie serialu w telewizji, słuchania najlepszego kawałka w radiu... Emmet prowadzi szczęśliwe życie, jednak tego dnia przekona się, że tak naprawdę nikt go nie zapamiętuje, a nijakość i postępowanie wg instrukcji nie jest wcale najlepsze... Znaczy, nie tak od razu. Najpierw przez przypadek znajdzie legendarny Klocek Oporu, połączy się z nim, dowie się, że jest Wybrańcem, trafi w ręce policji która go będzie przesłuchiwać, a na koniec właśnie pokażą mu nagrania z rozmów z ludźmi, którzy teoretycznie powinni zaprzeczyć, że Emmet jest owym Wybrańcem. Przecież nie ma w sobie nic wyjątkowego! I właśnie o to chodzi - nie wyróżnia się, nikt go nie kojarzy. A policja bierze to za genialny kamuflaż i zamierza działać dalej, ale partyzantka porywa Emmeta i razem uciekają na koniec wszechświata.
A o co tu chodzi? Zły Prezes chce wszystkie klocki ustawić od linijki, i przykleić na klej, by zapanować nad chaosem, by skończyć z niedozwolonymi konstrukcjami, by wszystko stanęło i zapanował ład oraz porządek. A partyzanci, na czele z Gandalfem Szarym, Batmanem, Żyletą, Kucykami oraz - od teraz - Emmetem, chcą go powstrzymać, by była wolność dla architektów. Przepowiednia głosi, że ten, kto odnajdzie legendarny Klocek Oporu, będzie mógł zatrzymać Prezesa. Ale padło na Emmeta i teraz wszyscy są w ciemnym klocku.
Emmet jest mieszkańcem świetnie prosperującego miasteczka - wszystko tu działa precyzyjnie, a mieszkańcy stosują się do instrukcji i robią, co do nich należy. Emmet jest z nich najbardziej przystosowany i najbardziej nijaki - poranek zaczyna od przeczytania instrukcji "Jak przejść przez życie zdobywając przyjaciół i nie tracąc nigdy uśmiechu". Obejmuje ona takie rzeczy jak poranna gimnastyka, golenie, witanie się ze sąsiadami, ale też codzienne kupowanie cholernie drogiej kawy, oglądanie serialu w telewizji, słuchania najlepszego kawałka w radiu... Emmet prowadzi szczęśliwe życie, jednak tego dnia przekona się, że tak naprawdę nikt go nie zapamiętuje, a nijakość i postępowanie wg instrukcji nie jest wcale najlepsze... Znaczy, nie tak od razu. Najpierw przez przypadek znajdzie legendarny Klocek Oporu, połączy się z nim, dowie się, że jest Wybrańcem, trafi w ręce policji która go będzie przesłuchiwać, a na koniec właśnie pokażą mu nagrania z rozmów z ludźmi, którzy teoretycznie powinni zaprzeczyć, że Emmet jest owym Wybrańcem. Przecież nie ma w sobie nic wyjątkowego! I właśnie o to chodzi - nie wyróżnia się, nikt go nie kojarzy. A policja bierze to za genialny kamuflaż i zamierza działać dalej, ale partyzantka porywa Emmeta i razem uciekają na koniec wszechświata.
A o co tu chodzi? Zły Prezes chce wszystkie klocki ustawić od linijki, i przykleić na klej, by zapanować nad chaosem, by skończyć z niedozwolonymi konstrukcjami, by wszystko stanęło i zapanował ład oraz porządek. A partyzanci, na czele z Gandalfem Szarym, Batmanem, Żyletą, Kucykami oraz - od teraz - Emmetem, chcą go powstrzymać, by była wolność dla architektów. Przepowiednia głosi, że ten, kto odnajdzie legendarny Klocek Oporu, będzie mógł zatrzymać Prezesa. Ale padło na Emmeta i teraz wszyscy są w ciemnym klocku.
Etykiety:
2014,
Action,
Adventure,
comedy,
Computer Animated,
Dystopian,
Family,
Satire,
Superhero,
United States
wtorek, 7 stycznia 2014
Tajemniczy świat Arrietty (7/10)
Family & Low Fantasy, 2010
Arrietty to mały człowieczek żyjący razem z rodzicami w ukryciu przed ludźmi. Jest już wystarczająco dorosła, by móc z ojcem wyruszyć na przygodę w poszukiwaniu... kostki cukru.
To bardzo... chudy film. Niewiele tu postaci i historii jak na pełnometrażowy obraz, twórcy woleli się skupić na tym co mieli zamiast dokładać wątków, wybrali budowanie klimatu. Pokazali świat który mają do zaoferowania widzowi, jak bohaterowie w nim żyją. I to była dobra decyzja, bo okazało się wystarczająco ciekawe! Pierwsze 20-30 minut to po prostu zwykły świat z perspektywy tych malutkich ludków. Jak dają sobie radę z problemami, które wynikają z takiego położenia, zalewając przy tym widza falą ciepła i przepiękną animacją połączoną z prostymi dźwiękami. Nie ma legend o tym, skąd się wzięli, albo jak się nazywają, czym się różnią i tak dalej. Po prostu są mniejsi i mają przygody, chociaż najlepiej by było, jakby ich nie mieli, bo są niebezpieczne.
Większą część filmu poświęcono na relację Arrietty z dzieckiem - tutaj udało się zamknąć dzieciństwo. Krótko i konkretnie. Dzieciak nie dziwi się, czemu ona jest taka mała, po prostu jest i tyle. Nie ma też romansu, jest przyjaźń - o co momentami było ciężko. Szczególnie w końcówce. Pięknej, swoją drogą.
Parę momentów nie było wystarczająco ciekawych, wyjście fabularne nie było satysfakcjonujące, postać służącej to bardziej lenistwo scenarzystów niż cokolwiek innego (nawet namalowana jest w stylu ropuchy, która była w każdym innym filmie od Ghibli). Mały ale warty uwagi film, szczególnie jeśli macie dzieciaka pod ręką. Nie ma tu nawet za dużo typowego anime. Inny kolor włosów nawet nie rzuca się w oczy. "Arrietty" czaruje atmosferą i klimatem ze starej baśni.
Jeszcze plus za wku... wszystkich pseudo-feministek łapiących ból dupy na widok matki której spełnieniem marzeń jest luksusowa kuchnia.
https://rateyourmusic.com/film/借りぐらしのアリエッティ/
Arrietty to mały człowieczek żyjący razem z rodzicami w ukryciu przed ludźmi. Jest już wystarczająco dorosła, by móc z ojcem wyruszyć na przygodę w poszukiwaniu... kostki cukru.
To bardzo... chudy film. Niewiele tu postaci i historii jak na pełnometrażowy obraz, twórcy woleli się skupić na tym co mieli zamiast dokładać wątków, wybrali budowanie klimatu. Pokazali świat który mają do zaoferowania widzowi, jak bohaterowie w nim żyją. I to była dobra decyzja, bo okazało się wystarczająco ciekawe! Pierwsze 20-30 minut to po prostu zwykły świat z perspektywy tych malutkich ludków. Jak dają sobie radę z problemami, które wynikają z takiego położenia, zalewając przy tym widza falą ciepła i przepiękną animacją połączoną z prostymi dźwiękami. Nie ma legend o tym, skąd się wzięli, albo jak się nazywają, czym się różnią i tak dalej. Po prostu są mniejsi i mają przygody, chociaż najlepiej by było, jakby ich nie mieli, bo są niebezpieczne.
![]() |
| To po lewej to kot. Taki zwykły. |
Większą część filmu poświęcono na relację Arrietty z dzieckiem - tutaj udało się zamknąć dzieciństwo. Krótko i konkretnie. Dzieciak nie dziwi się, czemu ona jest taka mała, po prostu jest i tyle. Nie ma też romansu, jest przyjaźń - o co momentami było ciężko. Szczególnie w końcówce. Pięknej, swoją drogą.
Parę momentów nie było wystarczająco ciekawych, wyjście fabularne nie było satysfakcjonujące, postać służącej to bardziej lenistwo scenarzystów niż cokolwiek innego (nawet namalowana jest w stylu ropuchy, która była w każdym innym filmie od Ghibli). Mały ale warty uwagi film, szczególnie jeśli macie dzieciaka pod ręką. Nie ma tu nawet za dużo typowego anime. Inny kolor włosów nawet nie rzuca się w oczy. "Arrietty" czaruje atmosferą i klimatem ze starej baśni.
Jeszcze plus za wku... wszystkich pseudo-feministek łapiących ból dupy na widok matki której spełnieniem marzeń jest luksusowa kuchnia.
https://rateyourmusic.com/film/借りぐらしのアリエッティ/
piątek, 20 grudnia 2013
Mary Poppins (7/10)
Children's & Family
Rodzice nie mają czasu dla dzieci. Ojciec rano wychodzi do pracy, matka walczy o prawa kobiet, dzieci potrzebują niani. Te jednak, jedna za drugą, mają dosyć małych szkrabów. To nie jest zadanie dla kogoś zwykłego, tu trzeba wypowiedzieć życzenia. Dzięki niemu pojawia się właśnie Mary Poppins...
Jeśli zaglądacie na stronę tgwtg.com to wiecie, że w tym miesiącu pojawiają się tam krótkie filmiki o aktorskich filmach Disneya. W ten sposób zostałem zachęcony do obejrzenia tego klasyka. Wcześniej nie miałem takiego zamiaru. Wiedziałem, że taki film istnieje, i to wszystko, nie interesował mnie. Ale usłyszałem kilka ciekawych zdań i postanowiłem zobaczyć, co mnie ominęło, gdy byłem mały. W sumie sporo, bo jak na film dla młodych, jest idealny. Kolory, dźwięki, atmosfera, chwile pełne zabawy i ludzi przyjaznych dla dzieci, a nade wszystko idealna muzyka oraz zrozumienie młodych. A także nauka dla nich, przekazana bardzo zręcznie - nad nimi czuwają ich rodzice, ale kto czuwa nad rodzicami? Oni sami. I czasem dzieci muszą zaopiekować się swoimi opiekunami. Dobrze coś takiego zobaczyć w filmie dla najmłodszych.
Nawet piosenki są dobre, twórcy wiedzieli jak je zaprezentować, dzięki czemu po jednokrotnym seansie znam 4-5 piosenek! To chyba rekord. O kominie, łyżce cukru, karmieniu ptaszków, najdłuższym słowie świata...
Ale jednak dziś jestem starszy niż target, i piosenek jest dla mnie za dużo. 4-5 zapamiętam, ale pozostałe 20 gdzieś poszły i nie wrócą. Film jest dosyć długi, a półtorej godziny z niego to niekończące się scenki które nic nie dodają, bo tylko... scenki. W ostatnich 30 minutach zdarza się bardzo ważny zwrot dramaturgiczny, który jest zwyczajnie kretyński, i nawet jakby był w jakimś filmie z dużymi robotami, to i tak byłaby to jedna z czołowych głupot. Trochę mi się seans dłużył, zanim doszedłem do tego co było dla mnie, czyli całkiem poważnej końcówki, w której uzasadniony jest nawet długi metraż opowieści.
W międzyczasie bawił mnie rozmach całości - perfekcyjna strona techniczna, pełna pomysłów, z lewitującą herbatką na czele - klasa aktorska i dystyngowano-baśniowy klimat. Nawet te marne żarty, z których "najśmieszniejszy" leci jakoś tak:
Kobieta otwiera drzwi. Widzi mężczyznę, który mówi:
- Bardzo mi przykro, ale przejechałem pani kota.
- Ojej!
- Chciałbym go zastąpić.
- Wątpię, by łapał pan myszy tak dobrze jak on.
Podczas oglądania mogłem zrzędzić nieco bardziej, ale to taki film, który lepiej się wspomina niż ogląda. Te mniej istotne się zapomina, lub nawet nie warto o nich wspominać, a te dobre chce się chwalić i chwalić... Bert był wspaniały. Z pewnością usiądę do telewizora, gdy tam poleci kiedyś.
https://rateyourmusic.com/film/mary_poppins/
Rodzice nie mają czasu dla dzieci. Ojciec rano wychodzi do pracy, matka walczy o prawa kobiet, dzieci potrzebują niani. Te jednak, jedna za drugą, mają dosyć małych szkrabów. To nie jest zadanie dla kogoś zwykłego, tu trzeba wypowiedzieć życzenia. Dzięki niemu pojawia się właśnie Mary Poppins...
Jeśli zaglądacie na stronę tgwtg.com to wiecie, że w tym miesiącu pojawiają się tam krótkie filmiki o aktorskich filmach Disneya. W ten sposób zostałem zachęcony do obejrzenia tego klasyka. Wcześniej nie miałem takiego zamiaru. Wiedziałem, że taki film istnieje, i to wszystko, nie interesował mnie. Ale usłyszałem kilka ciekawych zdań i postanowiłem zobaczyć, co mnie ominęło, gdy byłem mały. W sumie sporo, bo jak na film dla młodych, jest idealny. Kolory, dźwięki, atmosfera, chwile pełne zabawy i ludzi przyjaznych dla dzieci, a nade wszystko idealna muzyka oraz zrozumienie młodych. A także nauka dla nich, przekazana bardzo zręcznie - nad nimi czuwają ich rodzice, ale kto czuwa nad rodzicami? Oni sami. I czasem dzieci muszą zaopiekować się swoimi opiekunami. Dobrze coś takiego zobaczyć w filmie dla najmłodszych.
Nawet piosenki są dobre, twórcy wiedzieli jak je zaprezentować, dzięki czemu po jednokrotnym seansie znam 4-5 piosenek! To chyba rekord. O kominie, łyżce cukru, karmieniu ptaszków, najdłuższym słowie świata...
Ale jednak dziś jestem starszy niż target, i piosenek jest dla mnie za dużo. 4-5 zapamiętam, ale pozostałe 20 gdzieś poszły i nie wrócą. Film jest dosyć długi, a półtorej godziny z niego to niekończące się scenki które nic nie dodają, bo tylko... scenki. W ostatnich 30 minutach zdarza się bardzo ważny zwrot dramaturgiczny, który jest zwyczajnie kretyński, i nawet jakby był w jakimś filmie z dużymi robotami, to i tak byłaby to jedna z czołowych głupot. Trochę mi się seans dłużył, zanim doszedłem do tego co było dla mnie, czyli całkiem poważnej końcówki, w której uzasadniony jest nawet długi metraż opowieści.
W międzyczasie bawił mnie rozmach całości - perfekcyjna strona techniczna, pełna pomysłów, z lewitującą herbatką na czele - klasa aktorska i dystyngowano-baśniowy klimat. Nawet te marne żarty, z których "najśmieszniejszy" leci jakoś tak:
Kobieta otwiera drzwi. Widzi mężczyznę, który mówi:
- Bardzo mi przykro, ale przejechałem pani kota.
- Ojej!
- Chciałbym go zastąpić.
- Wątpię, by łapał pan myszy tak dobrze jak on.
Podczas oglądania mogłem zrzędzić nieco bardziej, ale to taki film, który lepiej się wspomina niż ogląda. Te mniej istotne się zapomina, lub nawet nie warto o nich wspominać, a te dobre chce się chwalić i chwalić... Bert był wspaniały. Z pewnością usiądę do telewizora, gdy tam poleci kiedyś.
https://rateyourmusic.com/film/mary_poppins/
Etykiety:
1964,
Children's,
Family,
fantasy,
Musical,
United Kingdom,
United States
sobota, 19 października 2013
Uniwersytet potworny (7/10)
Computer Animated & Buddy, 2013
Pierwsza część miała wiele pomysłów, potrafiła stworzyć i przedstawić zaskakujący swoimi rozwiązaniami świat, by potem jeszcze dwa razy obrócić wszystko do góry nogami. Prequel jednak korzysta z dosyć podstawowych schematów. Jest tu "nieprzyjemny kampus", który jest nieprzyjemny dla bohaterów tak w zasadzie bez powodu. Jest "obciachowy kampus", do którego dołączenie będzie jedyną możliwą opcją. Jest bohater, w którego nikt nie wierzy, ale on obstawia przy swoim, i na pewno mu się uda!... Niestety, Mike Wazowski, bo on nim mówię, w swoich wczesnych latach też nie był straszny. Szybko został wyrzucony z uczelni przez brak potencjału. Razem z nim wyleciał James Sullivan, który z kolei polegał tylko na swoim nazwisku i jednej minie, co okazało się niewystarczające. Dla obu szansą jest udział w "Igrzyskach strachu", w których będą mogli udowodnić swoją wartość. To oczywiście kolejny schemat, połączony z jeszcze jednym, tzn. nieudacznikami (wspomniany obciachowy kampus), ich treningiem i "wiarą w siebie"!... Czyli wszystko jest tak, jak można się było spodziewać. Po innej marce, po innym studiu.
Pierwsza część miała wiele pomysłów, potrafiła stworzyć i przedstawić zaskakujący swoimi rozwiązaniami świat, by potem jeszcze dwa razy obrócić wszystko do góry nogami. Prequel jednak korzysta z dosyć podstawowych schematów. Jest tu "nieprzyjemny kampus", który jest nieprzyjemny dla bohaterów tak w zasadzie bez powodu. Jest "obciachowy kampus", do którego dołączenie będzie jedyną możliwą opcją. Jest bohater, w którego nikt nie wierzy, ale on obstawia przy swoim, i na pewno mu się uda!... Niestety, Mike Wazowski, bo on nim mówię, w swoich wczesnych latach też nie był straszny. Szybko został wyrzucony z uczelni przez brak potencjału. Razem z nim wyleciał James Sullivan, który z kolei polegał tylko na swoim nazwisku i jednej minie, co okazało się niewystarczające. Dla obu szansą jest udział w "Igrzyskach strachu", w których będą mogli udowodnić swoją wartość. To oczywiście kolejny schemat, połączony z jeszcze jednym, tzn. nieudacznikami (wspomniany obciachowy kampus), ich treningiem i "wiarą w siebie"!... Czyli wszystko jest tak, jak można się było spodziewać. Po innej marce, po innym studiu.
Etykiety:
2013,
buddy,
comedy,
Computer Animated,
Family,
Ulubione,
United States
piątek, 19 kwietnia 2013
KSIĄŻĘ EGIPTU (szczęka opada)
Animation & Family, 1998
Sam film jest głupi jak but, ale jest też jednym z trzech najlepiej animowanych filmów jakie w życiu widziałem. Na pewno nie zagroził "Ghost in the Shell 2", co do "Spirited Away" nie mam pewności. Ale po kolei.
Film opowiada historię o tym, jak Żydzi opuścili Egipt pod wodzą Mojżesza. Spoiler - udało im się. Bohaterem jest Mojżesz, który wygląda na młodego dorosłego, ale ile lat ma dokładnie to nie wiem. Ma to o tyle znaczenie, że udało mu się przeżyć sporo w tym Egipcie i nie zauważyć, że tam całkiem sporo niewolników jest. I mają raczej ciężkie życie. To jeden z twistów i głównych dramatów wpływających na Mojżesza. Nie wiem, jak mu się to udało. Ja przejdę ulicą i nie mogę się powstrzymać od refleksji gdy zobaczę bezdomnego, a on miał wyjebane przez ile? 20 lat? Do tego... to Mojżesz. Wysłannik boga. Nie powinien być... nie wiem, wyjątkowy? Zasłużyć na to?
Bóg w tym filmie to oddzielna wada, bo to zdecydowanie czołówka jeśli chodzi o sadyzm i brak jakiegoś porządku, ze tak to ujmę. Każe Mojżeszowi zabrać Żydów z Egiptu, no bo tak.
Mojżesz: To chyba nie wyjdzie.
Bóg: Nie gadaj tylko rób.
Mojżesz: Ok, dam z siebie wszystko... Ramzes, wypuść ich.
Ramzes: Nie.
Mojżesz: Proooszę.
Ramzes: Nie.
Bóg: Dobra, to ja pozabijam mu zwierzęta, ludzi i syna, wtedy się zgodzi.
Mojżesz: To się chyba mija z celem...
Bóg: Skup się na patrzeniu, jak to robię.
Mojżesz: Wiesz, chyba na początek powinniśmy przynajmniej spróbować wyjść. Główną bramą. Z własnej inicjatywy.
Bóg: Czemu mnie nie słuchasz? A byłem taki dla ciebie dobry, rzekę w krew zamieniłeś dzięki mnie.
Mojżesz: Nadal nie wiem, po co to zrobiłem...
Mogę tak pisać jeszcze długo. Całość jest zbyt dziecinna. Bohaterowie mają charakter niewystarczający, by być choćby starszym bratem jeden dla drugiego, a skoro są Wybawicielami i Faraonami, to powinni mieć tego charakteru o wiele więcej. Zachowują się raczej jak nastolatkowie w ciele starszym od nich o 10 lat. Kwestie poboczne nie istnieją i Żydzi to jedyna siła robocza w całym Egipcie. Cel Boga jest taki, by zabrać ich na środek pustyni i tam zapewne mają umrzeć z głodu lub nudy, nie wiem (ale będą wtedy wolni!). Nikogo nie interesuje, że bóg w interesie Żydów doprowadza zapewne do holokaustu choćby bydła, a dalej nawet i ludzi zabija.
Choć tutaj zaczynam chyba krytykować materiał źródłowy.
Niemniej, jak mówiłem: film jest przepiękny. I nie tylko: jest olbrzymi! Wielkie doliny, wielkie budowle, a scena kulminacyjna nad Morzem Czerwonym to majstersztyk. Oglądać to w '98 roku w Imaxie musiało być niezwykłym doświadczeniem.
5/10
http://rateyourmusic.com/film/the_prince_of_egypt/
Sam film jest głupi jak but, ale jest też jednym z trzech najlepiej animowanych filmów jakie w życiu widziałem. Na pewno nie zagroził "Ghost in the Shell 2", co do "Spirited Away" nie mam pewności. Ale po kolei.
Film opowiada historię o tym, jak Żydzi opuścili Egipt pod wodzą Mojżesza. Spoiler - udało im się. Bohaterem jest Mojżesz, który wygląda na młodego dorosłego, ale ile lat ma dokładnie to nie wiem. Ma to o tyle znaczenie, że udało mu się przeżyć sporo w tym Egipcie i nie zauważyć, że tam całkiem sporo niewolników jest. I mają raczej ciężkie życie. To jeden z twistów i głównych dramatów wpływających na Mojżesza. Nie wiem, jak mu się to udało. Ja przejdę ulicą i nie mogę się powstrzymać od refleksji gdy zobaczę bezdomnego, a on miał wyjebane przez ile? 20 lat? Do tego... to Mojżesz. Wysłannik boga. Nie powinien być... nie wiem, wyjątkowy? Zasłużyć na to?
Bóg w tym filmie to oddzielna wada, bo to zdecydowanie czołówka jeśli chodzi o sadyzm i brak jakiegoś porządku, ze tak to ujmę. Każe Mojżeszowi zabrać Żydów z Egiptu, no bo tak.
Mojżesz: To chyba nie wyjdzie.
Bóg: Nie gadaj tylko rób.
Mojżesz: Ok, dam z siebie wszystko... Ramzes, wypuść ich.
Ramzes: Nie.
Mojżesz: Proooszę.
Ramzes: Nie.
Bóg: Dobra, to ja pozabijam mu zwierzęta, ludzi i syna, wtedy się zgodzi.
Mojżesz: To się chyba mija z celem...
Bóg: Skup się na patrzeniu, jak to robię.
Mojżesz: Wiesz, chyba na początek powinniśmy przynajmniej spróbować wyjść. Główną bramą. Z własnej inicjatywy.
Bóg: Czemu mnie nie słuchasz? A byłem taki dla ciebie dobry, rzekę w krew zamieniłeś dzięki mnie.
Mojżesz: Nadal nie wiem, po co to zrobiłem...
Mogę tak pisać jeszcze długo. Całość jest zbyt dziecinna. Bohaterowie mają charakter niewystarczający, by być choćby starszym bratem jeden dla drugiego, a skoro są Wybawicielami i Faraonami, to powinni mieć tego charakteru o wiele więcej. Zachowują się raczej jak nastolatkowie w ciele starszym od nich o 10 lat. Kwestie poboczne nie istnieją i Żydzi to jedyna siła robocza w całym Egipcie. Cel Boga jest taki, by zabrać ich na środek pustyni i tam zapewne mają umrzeć z głodu lub nudy, nie wiem (ale będą wtedy wolni!). Nikogo nie interesuje, że bóg w interesie Żydów doprowadza zapewne do holokaustu choćby bydła, a dalej nawet i ludzi zabija.
Choć tutaj zaczynam chyba krytykować materiał źródłowy.
Niemniej, jak mówiłem: film jest przepiękny. I nie tylko: jest olbrzymi! Wielkie doliny, wielkie budowle, a scena kulminacyjna nad Morzem Czerwonym to majstersztyk. Oglądać to w '98 roku w Imaxie musiało być niezwykłym doświadczeniem.
5/10
http://rateyourmusic.com/film/the_prince_of_egypt/
wtorek, 12 lutego 2013
OSCARY - KRÓTKI METRAŻ ANIMOWANY
1. Po uszy (Timothy Reckart, Fodhla Cronin O'Reilly)
2. Adam and Dog (Minkyu Lee)
3. Fresh Guacamole (Pes)
4. Simpsons: The Longest Daycare (David Silverman)
5. Paperman (John Kahrs)
Gdy pisałem o "Paperman" miałem w planach zrobić niniejszy wpis następnego dnia, ale jeszcze nie było w necie wszystkich tych produkcji. Konkretnie, dwóch najlepszych. Dopiero wczoraj dostałem powiadomienie o nich, więc dziś zamiast o reżyserach Oscarowych będzie o shortach.
"Po uszy" - cudowny drobiazg. 10 minut opowieści o małżeństwie żyjącym w przedziwnym świecie, gdzie grawitacja jest odmienna dla każdego z nich. Ona żyje na suficie, on na podłodze. Albo odwrotnie? Obraz wytłumaczy to lepiej niż słowa.
2. Adam and Dog (Minkyu Lee)
3. Fresh Guacamole (Pes)
4. Simpsons: The Longest Daycare (David Silverman)
5. Paperman (John Kahrs)
Gdy pisałem o "Paperman" miałem w planach zrobić niniejszy wpis następnego dnia, ale jeszcze nie było w necie wszystkich tych produkcji. Konkretnie, dwóch najlepszych. Dopiero wczoraj dostałem powiadomienie o nich, więc dziś zamiast o reżyserach Oscarowych będzie o shortach.
"Po uszy" - cudowny drobiazg. 10 minut opowieści o małżeństwie żyjącym w przedziwnym świecie, gdzie grawitacja jest odmienna dla każdego z nich. Ona żyje na suficie, on na podłodze. Albo odwrotnie? Obraz wytłumaczy to lepiej niż słowa.
Czemu nie poświęcam temu oddzielnej notki? Bo to warto odkryć samemu, czego metaforą jest ta grawitacja, w jaką historię się to rozwinie, jakie będzie zakończenie? Niby nic wielkiego, wszystko będzie skromne, ale jednocześnie jakie satysfakcjonujące i piękne! Jedyny tytuł w tym zestawieniu o którym piszę: obejrzyjcie go!
"Adam and Dog" to najdłuższy filmik - trwa 14 minut - i jest prostą historią z ładną animacją. Relacja człowieka prehistorycznego i pierwszego psa, i łatwe do przewidzenia (po tytule) rozwinięcie. Nic wartego uwagi. "Fresh Guacamole" to 2 minuty abstrakcyjnej animacji poklatkowej, w której ktoś robi sałatkę. Zabawna, pomysłowe i kompletnie bezcelowe. Sałatka skończona i koniec filmiku. Podobny zarzut w stronę "Simpsons: The Longest Daycare", w którym Meggie leci do jakiegoś żłobka chyba, 5 minut później kończy się i tyle. "Paperman" to jedyny tytuł, do którego poczułem negatywne emocje.
Kominek stwierdził, że wygra ten ostatni, bo Akademia - podobnie jak on - pozostałych tytułów nie widziała. Trudno się nie zgodzić.
Dziwne tylko, że nie załapała się "Luna" Pixara pokazywana przed "Brave". Równie pomysłowa i rozczulająca jak "Po uszy", miałbym naprawdę poważny problem z wytypowaniem faworyta.
Etykiety:
2012,
2013,
Animation,
comedy,
Family,
Low Fantasy,
Podsumowanie roku,
Romantic Comedy,
Stop-Motion
wtorek, 30 października 2012
WILLY WONKA I FABRYKA CZEKOLADY
Musical & Family, 1971
Świetne kino familijne.
Pierwowzór filmu Burtona opartego i tak na książce. Ironia polega na tym, że ta część bardziej skupia się na Charlie'm niż remake zatytułowany "Charlie i fabryka czekolady", który z kolei skupiał się na Wonce...
Różnic jest więcej - najpierw wyglądało to bardziej jak "Igrzyska śmierci", czyli pół filmu na komentarz społeczny a drugie pół na konfrontację. Pierwsze skojarzenie, stfu. Losy biletów które zostały ukryte w batonach są śledzone przez cały świat, w telewizji gada się tylko o nich, nawet pojawia się coś na kształt Koreańskiego przywódcy który okłamuje ludzi, że to jego naród zdobył wszystkie medale na Olimpiadzie, bo to wspaniały naród. Generalnie się zabijają o te bilety, choć jednocześnie nie ma tego co u Burtona, czyli ludzi próbujących przekupić Charliego by zdobyć jego bilet. Hm.
Sama fabryka to paradoksalnie ciekawsze miejsce niż w tej nowej wersji. Wszystko wygląda trochę surowo, tekturowo, ale klimatu jest więcej. Proste sztuczki: Wonka wprowadza gości do pomieszczenia a to okazuje się być bardzo małe. Zdziwiony przeciska się między nimi szukając drzwi a ostatecznie wraca do punktu wyjścia i mówi: "o, tu są". Otwiera je a tam zupełnie inny pokój niż ten z którego przyszli. Działało u Meliesa, działa w '71 roku.
Cały film jest wypełniony świetnym humorem i klimatem z tych naprawdę dobrych bajek. Gene Wilder przecudny, ze swoimi ironicznymi spełnieniami próśb rodziców ("Proszę jej coś powiedzieć!; Nie rób tego. Przestań.") oraz poetycznymi tekstami i wrzucaniem płaszczy do mikstury, by ją ocieplić. Zakończenie również mi się podobało, zdecydowanie lepsze niż w wersji Burtona.
Generalnie film jest miodny, a jedyny minus to piosenki. Klasyczne, ale... to piosenki. To zawsze jest słaby moment filmu. Można wyskakiwać z "Once" i tak dalej, ale reguła jest niezmienna dla większości, a "Wonka..." jest w niej. Na dodatek, piosenki te są całkowicie przypadkowe. Pierwsza jest na początku, gdy grupa dzieci kupuje słodycze po szkole. Wcale jej nie powinno być, niczego nie zmieniła, nie służyła niczemu. Dalej jest np. śpiewanie matki do syna, by pozostał sobą. Problem w tym, że syn na samym początku idzie w cholerę i znika zanim piosenka dojdzie do połowy. A matka śpiewa dalej. Nawet jak syn robi już cokolwiek innego na drugim końcu miasta ona wciąż śpiewa.
Albo to: dziadek wstaje z łóżka... I Śpiewa. Czy w ogóle byście się spodziewali w tym momencie piosenki? :/
Stopowały film. Gdybym oglądał film w tv, wyszedłbym z pokoju i zrobił sobie np. kanapkę.
7+/10.
http://rateyourmusic.com/film/willy_wonka_and_the_chocolate_factory/
http://www.youtube.com/watch?v=7PJPJy00514
http://www.youtube.com/watch?v=sz9jc5blzRM - pewnie najbardziej pamiętny z tych drobnych momentów filmu.:)
Świetne kino familijne.
Pierwowzór filmu Burtona opartego i tak na książce. Ironia polega na tym, że ta część bardziej skupia się na Charlie'm niż remake zatytułowany "Charlie i fabryka czekolady", który z kolei skupiał się na Wonce...
Różnic jest więcej - najpierw wyglądało to bardziej jak "Igrzyska śmierci", czyli pół filmu na komentarz społeczny a drugie pół na konfrontację. Pierwsze skojarzenie, stfu. Losy biletów które zostały ukryte w batonach są śledzone przez cały świat, w telewizji gada się tylko o nich, nawet pojawia się coś na kształt Koreańskiego przywódcy który okłamuje ludzi, że to jego naród zdobył wszystkie medale na Olimpiadzie, bo to wspaniały naród. Generalnie się zabijają o te bilety, choć jednocześnie nie ma tego co u Burtona, czyli ludzi próbujących przekupić Charliego by zdobyć jego bilet. Hm.
Sama fabryka to paradoksalnie ciekawsze miejsce niż w tej nowej wersji. Wszystko wygląda trochę surowo, tekturowo, ale klimatu jest więcej. Proste sztuczki: Wonka wprowadza gości do pomieszczenia a to okazuje się być bardzo małe. Zdziwiony przeciska się między nimi szukając drzwi a ostatecznie wraca do punktu wyjścia i mówi: "o, tu są". Otwiera je a tam zupełnie inny pokój niż ten z którego przyszli. Działało u Meliesa, działa w '71 roku.
Cały film jest wypełniony świetnym humorem i klimatem z tych naprawdę dobrych bajek. Gene Wilder przecudny, ze swoimi ironicznymi spełnieniami próśb rodziców ("Proszę jej coś powiedzieć!; Nie rób tego. Przestań.") oraz poetycznymi tekstami i wrzucaniem płaszczy do mikstury, by ją ocieplić. Zakończenie również mi się podobało, zdecydowanie lepsze niż w wersji Burtona.
Generalnie film jest miodny, a jedyny minus to piosenki. Klasyczne, ale... to piosenki. To zawsze jest słaby moment filmu. Można wyskakiwać z "Once" i tak dalej, ale reguła jest niezmienna dla większości, a "Wonka..." jest w niej. Na dodatek, piosenki te są całkowicie przypadkowe. Pierwsza jest na początku, gdy grupa dzieci kupuje słodycze po szkole. Wcale jej nie powinno być, niczego nie zmieniła, nie służyła niczemu. Dalej jest np. śpiewanie matki do syna, by pozostał sobą. Problem w tym, że syn na samym początku idzie w cholerę i znika zanim piosenka dojdzie do połowy. A matka śpiewa dalej. Nawet jak syn robi już cokolwiek innego na drugim końcu miasta ona wciąż śpiewa.
Albo to: dziadek wstaje z łóżka... I Śpiewa. Czy w ogóle byście się spodziewali w tym momencie piosenki? :/
Stopowały film. Gdybym oglądał film w tv, wyszedłbym z pokoju i zrobił sobie np. kanapkę.
7+/10.
http://rateyourmusic.com/film/willy_wonka_and_the_chocolate_factory/
http://www.youtube.com/watch?v=7PJPJy00514
http://www.youtube.com/watch?v=sz9jc5blzRM - pewnie najbardziej pamiętny z tych drobnych momentów filmu.:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



