Children's & Family
Rodzice nie mają czasu dla dzieci. Ojciec rano wychodzi do pracy, matka walczy o prawa kobiet, dzieci potrzebują niani. Te jednak, jedna za drugą, mają dosyć małych szkrabów. To nie jest zadanie dla kogoś zwykłego, tu trzeba wypowiedzieć życzenia. Dzięki niemu pojawia się właśnie Mary Poppins...
Jeśli zaglądacie na stronę tgwtg.com to wiecie, że w tym miesiącu pojawiają się tam krótkie filmiki o aktorskich filmach Disneya. W ten sposób zostałem zachęcony do obejrzenia tego klasyka. Wcześniej nie miałem takiego zamiaru. Wiedziałem, że taki film istnieje, i to wszystko, nie interesował mnie. Ale usłyszałem kilka ciekawych zdań i postanowiłem zobaczyć, co mnie ominęło, gdy byłem mały. W sumie sporo, bo jak na film dla młodych, jest idealny. Kolory, dźwięki, atmosfera, chwile pełne zabawy i ludzi przyjaznych dla dzieci, a nade wszystko idealna muzyka oraz zrozumienie młodych. A także nauka dla nich, przekazana bardzo zręcznie - nad nimi czuwają ich rodzice, ale kto czuwa nad rodzicami? Oni sami. I czasem dzieci muszą zaopiekować się swoimi opiekunami. Dobrze coś takiego zobaczyć w filmie dla najmłodszych.
Nawet piosenki są dobre, twórcy wiedzieli jak je zaprezentować, dzięki czemu po jednokrotnym seansie znam 4-5 piosenek! To chyba rekord. O kominie, łyżce cukru, karmieniu ptaszków, najdłuższym słowie świata...
Ale jednak dziś jestem starszy niż target, i piosenek jest dla mnie za dużo. 4-5 zapamiętam, ale pozostałe 20 gdzieś poszły i nie wrócą. Film jest dosyć długi, a półtorej godziny z niego to niekończące się scenki które nic nie dodają, bo tylko... scenki. W ostatnich 30 minutach zdarza się bardzo ważny zwrot dramaturgiczny, który jest zwyczajnie kretyński, i nawet jakby był w jakimś filmie z dużymi robotami, to i tak byłaby to jedna z czołowych głupot. Trochę mi się seans dłużył, zanim doszedłem do tego co było dla mnie, czyli całkiem poważnej końcówki, w której uzasadniony jest nawet długi metraż opowieści.
W międzyczasie bawił mnie rozmach całości - perfekcyjna strona techniczna, pełna pomysłów, z lewitującą herbatką na czele - klasa aktorska i dystyngowano-baśniowy klimat. Nawet te marne żarty, z których "najśmieszniejszy" leci jakoś tak:
Kobieta otwiera drzwi. Widzi mężczyznę, który mówi:
- Bardzo mi przykro, ale przejechałem pani kota.
- Ojej!
- Chciałbym go zastąpić.
- Wątpię, by łapał pan myszy tak dobrze jak on.
Podczas oglądania mogłem zrzędzić nieco bardziej, ale to taki film, który lepiej się wspomina niż ogląda. Te mniej istotne się zapomina, lub nawet nie warto o nich wspominać, a te dobre chce się chwalić i chwalić... Bert był wspaniały. Z pewnością usiądę do telewizora, gdy tam poleci kiedyś.
https://rateyourmusic.com/film/mary_poppins/
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Musical. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Musical. Pokaż wszystkie posty
piątek, 20 grudnia 2013
Mary Poppins (7/10)
Etykiety:
1964,
Children's,
Family,
fantasy,
Musical,
United Kingdom,
United States
sobota, 12 października 2013
Śpiewak jazzbandu
Musical & Drama, 1927
Tytułowy bohater nie dogaduje się z rodzicami, szczególnie z ojcem. Opuszcza dom, zmienia nazwisko i realizuje swoje marzenia o byciu artystą. Pomysł na fabułę całkiem niezły, finałowy konflikt pomiędzy spełnieniem się w karierze oraz uszczęśliwieniem matki miał spory potencjał. I chętnie bym go obejrzał w jakimś lepszym, dojrzalszym, wykonaniu. Film Alana Croslanda jak większość rewolucji zapomniała o tym, by być też czymś dobrym. Dylemat bohatera potraktowany został dosyć banalnie, cała sytuacja była mocno wymuszona. Większość "argumentów" brzmi niczym "Oj, rusz **** i nie *******". Nikt nie kwestionował postawy ojca, nie rozmawiano o tym, nie dyskutowano o tym czy matka ma prawo oczekiwać od syna tego, czego oczekiwała. Nie pogłębiono tego wszystkiego wystarczająco. Zresztą, czemu miałoby? To w końcu kino nieme. I tak zdrowo przesadzono ze wszystkimi wypowiedziami w formie ścian tekstu - to chyba najbardziej przegadany film niemy jaki w życiu widziałem. Miałem wrażenie, że co 5 sekund pojawia się jakiś tekst.
Bo to jednak kino nieme jest. Liczne piosenki są w pełni zsynchronizowane z ruchem aktora + sporo sztuczek (częste ujęcia na postronne elementy sceny, gdy bohater śpiewa, byle tylko nie pokazywano jego ust). Bardziej się w temat zgłębiać nie będę, lepiej przeczytajcie pełną notkę na Wikipedii. Albo znajdźcie książkę, która omawia ten temat, i czemu takie coś aż tak bardzo się ludziom spodobało. Ja wolę się nie wgłębiać :)
5/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_jazz_singer/
Tytułowy bohater nie dogaduje się z rodzicami, szczególnie z ojcem. Opuszcza dom, zmienia nazwisko i realizuje swoje marzenia o byciu artystą. Pomysł na fabułę całkiem niezły, finałowy konflikt pomiędzy spełnieniem się w karierze oraz uszczęśliwieniem matki miał spory potencjał. I chętnie bym go obejrzał w jakimś lepszym, dojrzalszym, wykonaniu. Film Alana Croslanda jak większość rewolucji zapomniała o tym, by być też czymś dobrym. Dylemat bohatera potraktowany został dosyć banalnie, cała sytuacja była mocno wymuszona. Większość "argumentów" brzmi niczym "Oj, rusz **** i nie *******". Nikt nie kwestionował postawy ojca, nie rozmawiano o tym, nie dyskutowano o tym czy matka ma prawo oczekiwać od syna tego, czego oczekiwała. Nie pogłębiono tego wszystkiego wystarczająco. Zresztą, czemu miałoby? To w końcu kino nieme. I tak zdrowo przesadzono ze wszystkimi wypowiedziami w formie ścian tekstu - to chyba najbardziej przegadany film niemy jaki w życiu widziałem. Miałem wrażenie, że co 5 sekund pojawia się jakiś tekst.
Bo to jednak kino nieme jest. Liczne piosenki są w pełni zsynchronizowane z ruchem aktora + sporo sztuczek (częste ujęcia na postronne elementy sceny, gdy bohater śpiewa, byle tylko nie pokazywano jego ust). Bardziej się w temat zgłębiać nie będę, lepiej przeczytajcie pełną notkę na Wikipedii. Albo znajdźcie książkę, która omawia ten temat, i czemu takie coś aż tak bardzo się ludziom spodobało. Ja wolę się nie wgłębiać :)
5/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_jazz_singer/
czwartek, 26 września 2013
CAL OD SZCZĘŚCIA (a.k.a. Hedwig and the Angry Inch)
Queer Cinema & Rock Opera, 2001
John Cameron Mitchell gra głównie w teatrze, gościnnie występował w telewizji i filmach. Cd czasu "Calu od szczęścia" zajął się jedynie reżyserią, zrobił znany u nas "Między światami". Omawiany tu film powstał na podstawie jego sztuki (między innymi) o niemieckim dziecku które wyrosło na lidera podrzędnego zespołu rockowego, grającego w Amerykańskich barach mlecznych. Na ekrany przeniesiono to dosyć niezręcznie, czuć bardzo mocno źródło tej historii. Całość taka ciasna się zdaje, w ogóle nie złapano tu drugiego oddechu przy zmianie medium.
Druga rzecz, która mi się nie podobała, to muzyka podyktowana tekstem piosenek. Nieźle grają w tle, chciałbym posłuchać jakichś partii instrumentalnych. Te są niestety znikome.
Na szczęście sama historia wyśpiewana w piosenkach bohaterki/a potrafiła utrzymać moją uwagę przez te półtorej godziny, więc jest dobrze. Piosenki zresztą same w sobie są świetne (jak na filmowe), szczególnie "Origin of Love" i "Angry Inch". Odkrycie, czym owy cal jest, też daje kopa.;-) Mitchell śpiewa o swojej seksualności, jednak niezbyt wulgarnie. Chociaż ludzie w filmie mieli spory ból dupy.;-)
Jaskrawa i pełna charakteru opowieść w konwencji rock opery. Mi wystarczyło.
7/10
http://rateyourmusic.com/film/hedwig_and_the_angry_inch/
John Cameron Mitchell gra głównie w teatrze, gościnnie występował w telewizji i filmach. Cd czasu "Calu od szczęścia" zajął się jedynie reżyserią, zrobił znany u nas "Między światami". Omawiany tu film powstał na podstawie jego sztuki (między innymi) o niemieckim dziecku które wyrosło na lidera podrzędnego zespołu rockowego, grającego w Amerykańskich barach mlecznych. Na ekrany przeniesiono to dosyć niezręcznie, czuć bardzo mocno źródło tej historii. Całość taka ciasna się zdaje, w ogóle nie złapano tu drugiego oddechu przy zmianie medium.
Druga rzecz, która mi się nie podobała, to muzyka podyktowana tekstem piosenek. Nieźle grają w tle, chciałbym posłuchać jakichś partii instrumentalnych. Te są niestety znikome.
Na szczęście sama historia wyśpiewana w piosenkach bohaterki/a potrafiła utrzymać moją uwagę przez te półtorej godziny, więc jest dobrze. Piosenki zresztą same w sobie są świetne (jak na filmowe), szczególnie "Origin of Love" i "Angry Inch". Odkrycie, czym owy cal jest, też daje kopa.;-) Mitchell śpiewa o swojej seksualności, jednak niezbyt wulgarnie. Chociaż ludzie w filmie mieli spory ból dupy.;-)
Jaskrawa i pełna charakteru opowieść w konwencji rock opery. Mi wystarczyło.
7/10
http://rateyourmusic.com/film/hedwig_and_the_angry_inch/
Etykiety:
2001,
comedy,
Drama,
Musical,
Queer Cinema,
Rock Opera,
Surrealism,
United States
wtorek, 27 sierpnia 2013
SŁAWA (powtórka)
Teen Movie & Dance Film, 1980
Opowieść o artystach, zanim stali się artystami. Oni mają za sobą tylko początek tej drogi, przed nimi kolejny przystanek: przetrwanie szkoły wyższej. A nawet on niczego nie gwarantuje. Muzycy, tancerze, aktorzy, wokaliści. Wszyscy młodzi i pełni pasji, zamknięci razem, by się rozwijać. Ta opowieść wyróżnia się zaskakującym realizmem - przed kamerą przewija się mnóstwo ludzi, ale nie ma tu wyraźnej fabuły, bohaterowie po prostu są sobą i robią normalne rzeczy, choćby ćwiczą w szkole. I tyle.
Ten film wygląda, jakby naprawdę w 1980 Alan Parker poszedł z kamerą do szkoły na Brooklynie i spędził tam sporo czasu. To jedyny film w którym taniec synchroniczny naprawdę wydaje się spontaniczny, a sceny śpiewania nie są typowo musicalowe. Bohaterowie nie mają "swoich" piosenek, które nagle zaczynają śpiewać, by potem zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Do tego dochodzi muzyka, którą później ludzie będą utożsamiać z latami 80 - a spójrzcie na datę powstania filmu! Wszystko to miesza się z klimatem Nowego Jorku, ujęciami z ręki i namacalnością każdej chwili.
To co jest zaletą, jest też wadą. Przez 3/4 filmu ogląda się to świetnie - tempo jest świetne, reżyser zapanował nad wszystkim, bohaterowie tryskali świeżością i naturalizmem, do tego co chwila pojawia się coś fajnego. Żarcik, świetna scena, jakiś moment warty zapamiętania. Dopiero na koniec zauważyłem, że żaden z wątków nie zostanie zakończony. Żaden motyw nie zostanie domknięty. Żadna postać nie rozwinie się do końca. Film w końcu nie zyska wyrazu - nie będzie ani filmem nastolatkowym, ani dramatem. Nie będzie o ciężkim życiu artystów, którzy często kończą jako kelnerzy, ani o tych, którym się udaje. Nie będzie to też opowieść o systemie, który uczy nowoczesną młodzież starymi metodami. Koniec końców chciałem zapamiętać ten film, ale w sumie nie wiem, jako co go zapamiętać. Ciekawy i udany eksperyment?
Jeszcze jedno, pozytywne słowo. Scenę improwizacji w stołówce oglądałem kilkanaście razy, i dopiero za 4-5 razem zauważyłem, że nie widać tam ani razu kamery. A to naprawdę duża, dzika scena, z mnóstwem aktorów na bardzo niewielkiej przestrzeni, która wymagała mnóstwa zbliżeń na wiele jej elementów jednocześnie. I wtedy sobie przypominam, że to tylko film, że były powtórki, a owy chaos to przecież wyśmienita reżyseria, aktorzy z kolei za każdym razem po prostu dawali z siebie wszystko. Magia kina, trudna do przyjęcia.
Dzięki stacji TCM, że kiedyś przypadkiem natknąłem się na ten film.:) To było dobre czasy...
7/10.
PS. Gdzieś tutaj ponoć pierwszy raz pojawia się Harold Perrineau.
- Chyba każdy lubi swojego terapeutę, prawda? Jest chyba na to jakieś słowo...
- Homoseksualista.
Ranking Parkera (czołówka):
1. Ściana - 7/10
2. Harry Angel - 7/10
3. Sława - 7/10
4. Evita - 7/10
5. Najwyższa stawka - 7/10
Opowieść o artystach, zanim stali się artystami. Oni mają za sobą tylko początek tej drogi, przed nimi kolejny przystanek: przetrwanie szkoły wyższej. A nawet on niczego nie gwarantuje. Muzycy, tancerze, aktorzy, wokaliści. Wszyscy młodzi i pełni pasji, zamknięci razem, by się rozwijać. Ta opowieść wyróżnia się zaskakującym realizmem - przed kamerą przewija się mnóstwo ludzi, ale nie ma tu wyraźnej fabuły, bohaterowie po prostu są sobą i robią normalne rzeczy, choćby ćwiczą w szkole. I tyle.
Ten film wygląda, jakby naprawdę w 1980 Alan Parker poszedł z kamerą do szkoły na Brooklynie i spędził tam sporo czasu. To jedyny film w którym taniec synchroniczny naprawdę wydaje się spontaniczny, a sceny śpiewania nie są typowo musicalowe. Bohaterowie nie mają "swoich" piosenek, które nagle zaczynają śpiewać, by potem zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Do tego dochodzi muzyka, którą później ludzie będą utożsamiać z latami 80 - a spójrzcie na datę powstania filmu! Wszystko to miesza się z klimatem Nowego Jorku, ujęciami z ręki i namacalnością każdej chwili.
| lol, wygląda jakby się bili :) |
To co jest zaletą, jest też wadą. Przez 3/4 filmu ogląda się to świetnie - tempo jest świetne, reżyser zapanował nad wszystkim, bohaterowie tryskali świeżością i naturalizmem, do tego co chwila pojawia się coś fajnego. Żarcik, świetna scena, jakiś moment warty zapamiętania. Dopiero na koniec zauważyłem, że żaden z wątków nie zostanie zakończony. Żaden motyw nie zostanie domknięty. Żadna postać nie rozwinie się do końca. Film w końcu nie zyska wyrazu - nie będzie ani filmem nastolatkowym, ani dramatem. Nie będzie o ciężkim życiu artystów, którzy często kończą jako kelnerzy, ani o tych, którym się udaje. Nie będzie to też opowieść o systemie, który uczy nowoczesną młodzież starymi metodami. Koniec końców chciałem zapamiętać ten film, ale w sumie nie wiem, jako co go zapamiętać. Ciekawy i udany eksperyment?
Jeszcze jedno, pozytywne słowo. Scenę improwizacji w stołówce oglądałem kilkanaście razy, i dopiero za 4-5 razem zauważyłem, że nie widać tam ani razu kamery. A to naprawdę duża, dzika scena, z mnóstwem aktorów na bardzo niewielkiej przestrzeni, która wymagała mnóstwa zbliżeń na wiele jej elementów jednocześnie. I wtedy sobie przypominam, że to tylko film, że były powtórki, a owy chaos to przecież wyśmienita reżyseria, aktorzy z kolei za każdym razem po prostu dawali z siebie wszystko. Magia kina, trudna do przyjęcia.
Dzięki stacji TCM, że kiedyś przypadkiem natknąłem się na ten film.:) To było dobre czasy...
7/10.
PS. Gdzieś tutaj ponoć pierwszy raz pojawia się Harold Perrineau.
- Chyba każdy lubi swojego terapeutę, prawda? Jest chyba na to jakieś słowo...
- Homoseksualista.
Ranking Parkera (czołówka):
1. Ściana - 7/10
2. Harry Angel - 7/10
3. Sława - 7/10
4. Evita - 7/10
5. Najwyższa stawka - 7/10
Etykiety:
1980,
cytaty,
Drama,
Music Dance Film,
Musical,
ranking reżysera,
Teen Movie,
United States
piątek, 19 kwietnia 2013
KSIĄŻĘ EGIPTU (szczęka opada)
Animation & Family, 1998
Sam film jest głupi jak but, ale jest też jednym z trzech najlepiej animowanych filmów jakie w życiu widziałem. Na pewno nie zagroził "Ghost in the Shell 2", co do "Spirited Away" nie mam pewności. Ale po kolei.
Film opowiada historię o tym, jak Żydzi opuścili Egipt pod wodzą Mojżesza. Spoiler - udało im się. Bohaterem jest Mojżesz, który wygląda na młodego dorosłego, ale ile lat ma dokładnie to nie wiem. Ma to o tyle znaczenie, że udało mu się przeżyć sporo w tym Egipcie i nie zauważyć, że tam całkiem sporo niewolników jest. I mają raczej ciężkie życie. To jeden z twistów i głównych dramatów wpływających na Mojżesza. Nie wiem, jak mu się to udało. Ja przejdę ulicą i nie mogę się powstrzymać od refleksji gdy zobaczę bezdomnego, a on miał wyjebane przez ile? 20 lat? Do tego... to Mojżesz. Wysłannik boga. Nie powinien być... nie wiem, wyjątkowy? Zasłużyć na to?
Bóg w tym filmie to oddzielna wada, bo to zdecydowanie czołówka jeśli chodzi o sadyzm i brak jakiegoś porządku, ze tak to ujmę. Każe Mojżeszowi zabrać Żydów z Egiptu, no bo tak.
Mojżesz: To chyba nie wyjdzie.
Bóg: Nie gadaj tylko rób.
Mojżesz: Ok, dam z siebie wszystko... Ramzes, wypuść ich.
Ramzes: Nie.
Mojżesz: Proooszę.
Ramzes: Nie.
Bóg: Dobra, to ja pozabijam mu zwierzęta, ludzi i syna, wtedy się zgodzi.
Mojżesz: To się chyba mija z celem...
Bóg: Skup się na patrzeniu, jak to robię.
Mojżesz: Wiesz, chyba na początek powinniśmy przynajmniej spróbować wyjść. Główną bramą. Z własnej inicjatywy.
Bóg: Czemu mnie nie słuchasz? A byłem taki dla ciebie dobry, rzekę w krew zamieniłeś dzięki mnie.
Mojżesz: Nadal nie wiem, po co to zrobiłem...
Mogę tak pisać jeszcze długo. Całość jest zbyt dziecinna. Bohaterowie mają charakter niewystarczający, by być choćby starszym bratem jeden dla drugiego, a skoro są Wybawicielami i Faraonami, to powinni mieć tego charakteru o wiele więcej. Zachowują się raczej jak nastolatkowie w ciele starszym od nich o 10 lat. Kwestie poboczne nie istnieją i Żydzi to jedyna siła robocza w całym Egipcie. Cel Boga jest taki, by zabrać ich na środek pustyni i tam zapewne mają umrzeć z głodu lub nudy, nie wiem (ale będą wtedy wolni!). Nikogo nie interesuje, że bóg w interesie Żydów doprowadza zapewne do holokaustu choćby bydła, a dalej nawet i ludzi zabija.
Choć tutaj zaczynam chyba krytykować materiał źródłowy.
Niemniej, jak mówiłem: film jest przepiękny. I nie tylko: jest olbrzymi! Wielkie doliny, wielkie budowle, a scena kulminacyjna nad Morzem Czerwonym to majstersztyk. Oglądać to w '98 roku w Imaxie musiało być niezwykłym doświadczeniem.
5/10
http://rateyourmusic.com/film/the_prince_of_egypt/
Sam film jest głupi jak but, ale jest też jednym z trzech najlepiej animowanych filmów jakie w życiu widziałem. Na pewno nie zagroził "Ghost in the Shell 2", co do "Spirited Away" nie mam pewności. Ale po kolei.
Film opowiada historię o tym, jak Żydzi opuścili Egipt pod wodzą Mojżesza. Spoiler - udało im się. Bohaterem jest Mojżesz, który wygląda na młodego dorosłego, ale ile lat ma dokładnie to nie wiem. Ma to o tyle znaczenie, że udało mu się przeżyć sporo w tym Egipcie i nie zauważyć, że tam całkiem sporo niewolników jest. I mają raczej ciężkie życie. To jeden z twistów i głównych dramatów wpływających na Mojżesza. Nie wiem, jak mu się to udało. Ja przejdę ulicą i nie mogę się powstrzymać od refleksji gdy zobaczę bezdomnego, a on miał wyjebane przez ile? 20 lat? Do tego... to Mojżesz. Wysłannik boga. Nie powinien być... nie wiem, wyjątkowy? Zasłużyć na to?
Bóg w tym filmie to oddzielna wada, bo to zdecydowanie czołówka jeśli chodzi o sadyzm i brak jakiegoś porządku, ze tak to ujmę. Każe Mojżeszowi zabrać Żydów z Egiptu, no bo tak.
Mojżesz: To chyba nie wyjdzie.
Bóg: Nie gadaj tylko rób.
Mojżesz: Ok, dam z siebie wszystko... Ramzes, wypuść ich.
Ramzes: Nie.
Mojżesz: Proooszę.
Ramzes: Nie.
Bóg: Dobra, to ja pozabijam mu zwierzęta, ludzi i syna, wtedy się zgodzi.
Mojżesz: To się chyba mija z celem...
Bóg: Skup się na patrzeniu, jak to robię.
Mojżesz: Wiesz, chyba na początek powinniśmy przynajmniej spróbować wyjść. Główną bramą. Z własnej inicjatywy.
Bóg: Czemu mnie nie słuchasz? A byłem taki dla ciebie dobry, rzekę w krew zamieniłeś dzięki mnie.
Mojżesz: Nadal nie wiem, po co to zrobiłem...
Mogę tak pisać jeszcze długo. Całość jest zbyt dziecinna. Bohaterowie mają charakter niewystarczający, by być choćby starszym bratem jeden dla drugiego, a skoro są Wybawicielami i Faraonami, to powinni mieć tego charakteru o wiele więcej. Zachowują się raczej jak nastolatkowie w ciele starszym od nich o 10 lat. Kwestie poboczne nie istnieją i Żydzi to jedyna siła robocza w całym Egipcie. Cel Boga jest taki, by zabrać ich na środek pustyni i tam zapewne mają umrzeć z głodu lub nudy, nie wiem (ale będą wtedy wolni!). Nikogo nie interesuje, że bóg w interesie Żydów doprowadza zapewne do holokaustu choćby bydła, a dalej nawet i ludzi zabija.
Choć tutaj zaczynam chyba krytykować materiał źródłowy.
Niemniej, jak mówiłem: film jest przepiękny. I nie tylko: jest olbrzymi! Wielkie doliny, wielkie budowle, a scena kulminacyjna nad Morzem Czerwonym to majstersztyk. Oglądać to w '98 roku w Imaxie musiało być niezwykłym doświadczeniem.
5/10
http://rateyourmusic.com/film/the_prince_of_egypt/
czwartek, 24 stycznia 2013
LES MIS NĘDZNICY
Musical & Historical Drama & niezamierzona komedia, 2012
Znajomy wygrał dwie wejściówki na przedpremierowy pokaz w połowie grudnia. Miał iść z dziewczyną, ale ta była niedostępna, zamiast tego powiedziała: "To idź z Garretem". To poszedł. Pozdrawiam Kasię.
Na początek - nie wiedziałem o filmie nic. Spodziewałem się musicalu, ale nie totalnego. Ku mojemu zaskoczeniu jednak, wszyscy tu wszystko śpiewają. Krótko, z początku zachowywałem się jak murzyn w operze z "Nietykalnych". Śmiałem się, widząc Jackmana i Crowe'a stojących naprzeciw siebie, śpiewających z totalną powagą. To jest poza moją percepcją, dramat śpiewany. Tego nie umiem wziąć na poważnie, i chyba się nie da. Gdy jest komedia, albo inna lekka konwencja, mogę jeszcze tą umowność zaakceptować. Ale tu jest dramat na każdym poziomie, od upokorzenia przez śmierć i niewolnictwo. Niema nic niepoważnego, poza tym śpiewaniem. I przez to zamienia się w komedię. W scenie gdy Crowe chadza po dachu i śpiewa w ciemną noc, ktoś z mieszkańców powinien wstać i krzyknąć na niego, by poszedł spać. Bardzo się zdziwiłem, gdy tego nie dostałem.
Ale tak poza tym, to "Les Mis" są filmem w którym bardzo dużo rzeczy poszło źle i będę tu raczej pisał o nich. Poczynając na historii - jest słaba. Zaczynamy z więźniem który pracował niewolniczo przez ostatnie 19 lat za kradzież bułki. Jak to się stało, że za coś tak drobnego dostał tak wysoką karę? Nieczytałeś książki, nie wiesz. Teraz jest wolny, ale nikt niechce zatrudnić więźnia. Więc zrywa z przeszłością i postanawia zostać kimś. I zostaje. Koniec filmu? Nie, to dopiero pierwsze 5 minut. I nie wiadomo, jak tego dokonał. Przeskakujemy o 8 lat do przodu, bo po co to wyjaśnić. Więc jest już kimś, ma biznes i zatrudnia ludzi. Jedna z jego pracownic zostaje wydalona a jedyną opcją dla niej pozostaje prostytuowanie się. Więc jej pomaga, ale za późno. Więc pomaga jej córce. Ale jest jeszcze ten strażnik który ściga bohatera - i przyzwyczajcie się do tego, bo on w cudowny sposób będzie trafiać na bohatera przez cały film - podobnie jak masa innych postaci. Nikt o zdrowych zmysłach nie da rady zaakceptować takiej liczby przypadków. Dalej nie będę pisał bo pewnie zorientowaliście się, że nie ma tu czegoś w rodzaju wstępu. Całość jest strasznie rwana, niezgrabnie połączono kilka wątków w skutek czego po godzinie seansu nie pamiętałem ani też nie musiałem pamiętać o czym ten film był na początku.
Relacje między bohaterami nie istnieją, sami bohaterowie bardzo często są też plastikowi. Jest tu dziewczyna czująca miłość, rozumiejąca przez to, że ona go kocha więc on ma z nią być mimo że on do niej nic nie czuje... Ale nazywa się to miłością. A po tym umiera i zostawia po sobie tylko pytanie "Co ona w tym filmie robiła?". Była na ekranie przez 5 minut z czego 4:30 to śpiewała o swojej głupocie. Super. Trzeba to przyspieszyć - większość postaci jest niezapamiętywalnych a ich decyzje często są niezrozumiałe. Cosette jest w zasadzie przedmiotem którym się nikt nie interesuje. Ojciec dowie się, że ktoś ją kocha to nawet jej nie zapyta o zdanie tylko pobiegnie i przyprowadzi gacha, a reszta zrobi się sama.
W gigantycznym skrócie: montaż dźwięku nie istnieje. Nie ma tu dźwięków otoczenia, skrzypiącej podłogi, wiatru, czegokolwiek i poza nielicznymi wyjątkami jak dźwięki wystrzałów brzmi tu po prostu cisza. Są piosenki, jest muzyka, ale ludzie poruszają się jakby byli w próżni, to strasznie dziwne. Montaż jest katastrofalny, po upłynięciu godziny film zalicza niesamowite przyspieszenie kończące się tym, że po zmianie sceny daje się widzowi jedną sekundę by ten zorientował się, gdzie ta scena się rozgrywa, i zaraz potem zrobić zbliżenie na aktora gdy ten zacznie śpiewać. Wielkie sekwencje, sceny zbiorowe z setkami ludzi, kręcone z ręki w żywiołowy, dynamiczny sposób, trwające 5 minut skrócono do 30 sekund w montażu, w skutek czego nie da się po prostu docenić ogromu scenografii czy wysiłku, bo się tego nie dostrzeże.
Nawet piosenki są tylko poprawne, przez większość czasu słyszałem bardzo podobną melodię i przez pół filmu przygotowywałem się na to, że zaraz usłyszę "One Day". Aktorzy na wokalu ogólnie to spisali się przyzwoicie, taki Hugh Jackman i wielu innych dali radę, inni z kolei śpiewali bez melodii albo w piszczący sposób. Film był najlepszy wtedy gdy usiadł na tyłku i patrzył się na aktora śpiewającego swoją smutną piosenkę. Gdy taki moment przypadł Anne Hathaway, to wszystko przestało się liczyć. Nie trzeba było tych kostiumów, makijaży, greenscreenów, mnóstwa statystów i budżetu liczącego na oko 160 milionów. Ale gdy z kolei film to wykorzystywał, wtedy też było dobrze. Ale zrobił to jakieś 3 razy na film. Tylko tyle razy zobaczyłem wielkie, masywne najazdy kamery i tysiące ludzi w kadrze. Cała reszta filmu utoneła we wspomnianym montażu przez który naraz widziało się maksymalnie kilka osób podczas gdy w scenie uczestniczyły setki. Ale jak wspomniałem - są te ciche momenty. Jest scenografia, makijaż (Jackman jako niewolnik niszczy wszechświat), piosenek słucha się bez bólu. Film ciągnie się strasznie nawet mimo tego montażu skracającego zakończenie z 50 minut do 4.
Jako fan dobrej opowieści nie miałem tu czego szukać. Piosenki były przyzwoite, również pod względem wykonania. Ale wiecie co? Miło wspominam całość. Podziwiam ogrom tego wszystkiego, gigantyczną dekoracje i rozmach... Rzadko takie kino powstaje, tak naprawdę ostatnim był "Titanic". Więc nawet jeśli do kina się nie wybierzecie, to zachęcam do obejrzenia kilku fragmentów na YouTube, lub sięgnięcia po wersję reżyserką jeśli kiedyś wyjdzie. Sam na pewno tak zrobię.
4/10.
http://rateyourmusic.com/film/les_miserables_f12/
Morał jest taki, że trzeba rozkraść kościoły i oddać złoto do produktywnych ludzi którzy stworzą miejsca pracy i wtedy będzie już ok, dobrze zrozumiałem?
Znajomy wygrał dwie wejściówki na przedpremierowy pokaz w połowie grudnia. Miał iść z dziewczyną, ale ta była niedostępna, zamiast tego powiedziała: "To idź z Garretem". To poszedł. Pozdrawiam Kasię.
Na początek - nie wiedziałem o filmie nic. Spodziewałem się musicalu, ale nie totalnego. Ku mojemu zaskoczeniu jednak, wszyscy tu wszystko śpiewają. Krótko, z początku zachowywałem się jak murzyn w operze z "Nietykalnych". Śmiałem się, widząc Jackmana i Crowe'a stojących naprzeciw siebie, śpiewających z totalną powagą. To jest poza moją percepcją, dramat śpiewany. Tego nie umiem wziąć na poważnie, i chyba się nie da. Gdy jest komedia, albo inna lekka konwencja, mogę jeszcze tą umowność zaakceptować. Ale tu jest dramat na każdym poziomie, od upokorzenia przez śmierć i niewolnictwo. Niema nic niepoważnego, poza tym śpiewaniem. I przez to zamienia się w komedię. W scenie gdy Crowe chadza po dachu i śpiewa w ciemną noc, ktoś z mieszkańców powinien wstać i krzyknąć na niego, by poszedł spać. Bardzo się zdziwiłem, gdy tego nie dostałem.
Ale tak poza tym, to "Les Mis" są filmem w którym bardzo dużo rzeczy poszło źle i będę tu raczej pisał o nich. Poczynając na historii - jest słaba. Zaczynamy z więźniem który pracował niewolniczo przez ostatnie 19 lat za kradzież bułki. Jak to się stało, że za coś tak drobnego dostał tak wysoką karę? Nieczytałeś książki, nie wiesz. Teraz jest wolny, ale nikt niechce zatrudnić więźnia. Więc zrywa z przeszłością i postanawia zostać kimś. I zostaje. Koniec filmu? Nie, to dopiero pierwsze 5 minut. I nie wiadomo, jak tego dokonał. Przeskakujemy o 8 lat do przodu, bo po co to wyjaśnić. Więc jest już kimś, ma biznes i zatrudnia ludzi. Jedna z jego pracownic zostaje wydalona a jedyną opcją dla niej pozostaje prostytuowanie się. Więc jej pomaga, ale za późno. Więc pomaga jej córce. Ale jest jeszcze ten strażnik który ściga bohatera - i przyzwyczajcie się do tego, bo on w cudowny sposób będzie trafiać na bohatera przez cały film - podobnie jak masa innych postaci. Nikt o zdrowych zmysłach nie da rady zaakceptować takiej liczby przypadków. Dalej nie będę pisał bo pewnie zorientowaliście się, że nie ma tu czegoś w rodzaju wstępu. Całość jest strasznie rwana, niezgrabnie połączono kilka wątków w skutek czego po godzinie seansu nie pamiętałem ani też nie musiałem pamiętać o czym ten film był na początku.
Relacje między bohaterami nie istnieją, sami bohaterowie bardzo często są też plastikowi. Jest tu dziewczyna czująca miłość, rozumiejąca przez to, że ona go kocha więc on ma z nią być mimo że on do niej nic nie czuje... Ale nazywa się to miłością. A po tym umiera i zostawia po sobie tylko pytanie "Co ona w tym filmie robiła?". Była na ekranie przez 5 minut z czego 4:30 to śpiewała o swojej głupocie. Super. Trzeba to przyspieszyć - większość postaci jest niezapamiętywalnych a ich decyzje często są niezrozumiałe. Cosette jest w zasadzie przedmiotem którym się nikt nie interesuje. Ojciec dowie się, że ktoś ją kocha to nawet jej nie zapyta o zdanie tylko pobiegnie i przyprowadzi gacha, a reszta zrobi się sama.
W gigantycznym skrócie: montaż dźwięku nie istnieje. Nie ma tu dźwięków otoczenia, skrzypiącej podłogi, wiatru, czegokolwiek i poza nielicznymi wyjątkami jak dźwięki wystrzałów brzmi tu po prostu cisza. Są piosenki, jest muzyka, ale ludzie poruszają się jakby byli w próżni, to strasznie dziwne. Montaż jest katastrofalny, po upłynięciu godziny film zalicza niesamowite przyspieszenie kończące się tym, że po zmianie sceny daje się widzowi jedną sekundę by ten zorientował się, gdzie ta scena się rozgrywa, i zaraz potem zrobić zbliżenie na aktora gdy ten zacznie śpiewać. Wielkie sekwencje, sceny zbiorowe z setkami ludzi, kręcone z ręki w żywiołowy, dynamiczny sposób, trwające 5 minut skrócono do 30 sekund w montażu, w skutek czego nie da się po prostu docenić ogromu scenografii czy wysiłku, bo się tego nie dostrzeże.
Nawet piosenki są tylko poprawne, przez większość czasu słyszałem bardzo podobną melodię i przez pół filmu przygotowywałem się na to, że zaraz usłyszę "One Day". Aktorzy na wokalu ogólnie to spisali się przyzwoicie, taki Hugh Jackman i wielu innych dali radę, inni z kolei śpiewali bez melodii albo w piszczący sposób. Film był najlepszy wtedy gdy usiadł na tyłku i patrzył się na aktora śpiewającego swoją smutną piosenkę. Gdy taki moment przypadł Anne Hathaway, to wszystko przestało się liczyć. Nie trzeba było tych kostiumów, makijaży, greenscreenów, mnóstwa statystów i budżetu liczącego na oko 160 milionów. Ale gdy z kolei film to wykorzystywał, wtedy też było dobrze. Ale zrobił to jakieś 3 razy na film. Tylko tyle razy zobaczyłem wielkie, masywne najazdy kamery i tysiące ludzi w kadrze. Cała reszta filmu utoneła we wspomnianym montażu przez który naraz widziało się maksymalnie kilka osób podczas gdy w scenie uczestniczyły setki. Ale jak wspomniałem - są te ciche momenty. Jest scenografia, makijaż (Jackman jako niewolnik niszczy wszechświat), piosenek słucha się bez bólu. Film ciągnie się strasznie nawet mimo tego montażu skracającego zakończenie z 50 minut do 4.
Jako fan dobrej opowieści nie miałem tu czego szukać. Piosenki były przyzwoite, również pod względem wykonania. Ale wiecie co? Miło wspominam całość. Podziwiam ogrom tego wszystkiego, gigantyczną dekoracje i rozmach... Rzadko takie kino powstaje, tak naprawdę ostatnim był "Titanic". Więc nawet jeśli do kina się nie wybierzecie, to zachęcam do obejrzenia kilku fragmentów na YouTube, lub sięgnięcia po wersję reżyserką jeśli kiedyś wyjdzie. Sam na pewno tak zrobię.
4/10.
http://rateyourmusic.com/film/les_miserables_f12/
Morał jest taki, że trzeba rozkraść kościoły i oddać złoto do produktywnych ludzi którzy stworzą miejsca pracy i wtedy będzie już ok, dobrze zrozumiałem?
Etykiety:
2012,
Historical Drama,
Melodrama,
Musical,
United Kingdom,
United States
wtorek, 30 października 2012
WILLY WONKA I FABRYKA CZEKOLADY
Musical & Family, 1971
Świetne kino familijne.
Pierwowzór filmu Burtona opartego i tak na książce. Ironia polega na tym, że ta część bardziej skupia się na Charlie'm niż remake zatytułowany "Charlie i fabryka czekolady", który z kolei skupiał się na Wonce...
Różnic jest więcej - najpierw wyglądało to bardziej jak "Igrzyska śmierci", czyli pół filmu na komentarz społeczny a drugie pół na konfrontację. Pierwsze skojarzenie, stfu. Losy biletów które zostały ukryte w batonach są śledzone przez cały świat, w telewizji gada się tylko o nich, nawet pojawia się coś na kształt Koreańskiego przywódcy który okłamuje ludzi, że to jego naród zdobył wszystkie medale na Olimpiadzie, bo to wspaniały naród. Generalnie się zabijają o te bilety, choć jednocześnie nie ma tego co u Burtona, czyli ludzi próbujących przekupić Charliego by zdobyć jego bilet. Hm.
Sama fabryka to paradoksalnie ciekawsze miejsce niż w tej nowej wersji. Wszystko wygląda trochę surowo, tekturowo, ale klimatu jest więcej. Proste sztuczki: Wonka wprowadza gości do pomieszczenia a to okazuje się być bardzo małe. Zdziwiony przeciska się między nimi szukając drzwi a ostatecznie wraca do punktu wyjścia i mówi: "o, tu są". Otwiera je a tam zupełnie inny pokój niż ten z którego przyszli. Działało u Meliesa, działa w '71 roku.
Cały film jest wypełniony świetnym humorem i klimatem z tych naprawdę dobrych bajek. Gene Wilder przecudny, ze swoimi ironicznymi spełnieniami próśb rodziców ("Proszę jej coś powiedzieć!; Nie rób tego. Przestań.") oraz poetycznymi tekstami i wrzucaniem płaszczy do mikstury, by ją ocieplić. Zakończenie również mi się podobało, zdecydowanie lepsze niż w wersji Burtona.
Generalnie film jest miodny, a jedyny minus to piosenki. Klasyczne, ale... to piosenki. To zawsze jest słaby moment filmu. Można wyskakiwać z "Once" i tak dalej, ale reguła jest niezmienna dla większości, a "Wonka..." jest w niej. Na dodatek, piosenki te są całkowicie przypadkowe. Pierwsza jest na początku, gdy grupa dzieci kupuje słodycze po szkole. Wcale jej nie powinno być, niczego nie zmieniła, nie służyła niczemu. Dalej jest np. śpiewanie matki do syna, by pozostał sobą. Problem w tym, że syn na samym początku idzie w cholerę i znika zanim piosenka dojdzie do połowy. A matka śpiewa dalej. Nawet jak syn robi już cokolwiek innego na drugim końcu miasta ona wciąż śpiewa.
Albo to: dziadek wstaje z łóżka... I Śpiewa. Czy w ogóle byście się spodziewali w tym momencie piosenki? :/
Stopowały film. Gdybym oglądał film w tv, wyszedłbym z pokoju i zrobił sobie np. kanapkę.
7+/10.
http://rateyourmusic.com/film/willy_wonka_and_the_chocolate_factory/
http://www.youtube.com/watch?v=7PJPJy00514
http://www.youtube.com/watch?v=sz9jc5blzRM - pewnie najbardziej pamiętny z tych drobnych momentów filmu.:)
Świetne kino familijne.
Pierwowzór filmu Burtona opartego i tak na książce. Ironia polega na tym, że ta część bardziej skupia się na Charlie'm niż remake zatytułowany "Charlie i fabryka czekolady", który z kolei skupiał się na Wonce...
Różnic jest więcej - najpierw wyglądało to bardziej jak "Igrzyska śmierci", czyli pół filmu na komentarz społeczny a drugie pół na konfrontację. Pierwsze skojarzenie, stfu. Losy biletów które zostały ukryte w batonach są śledzone przez cały świat, w telewizji gada się tylko o nich, nawet pojawia się coś na kształt Koreańskiego przywódcy który okłamuje ludzi, że to jego naród zdobył wszystkie medale na Olimpiadzie, bo to wspaniały naród. Generalnie się zabijają o te bilety, choć jednocześnie nie ma tego co u Burtona, czyli ludzi próbujących przekupić Charliego by zdobyć jego bilet. Hm.
Sama fabryka to paradoksalnie ciekawsze miejsce niż w tej nowej wersji. Wszystko wygląda trochę surowo, tekturowo, ale klimatu jest więcej. Proste sztuczki: Wonka wprowadza gości do pomieszczenia a to okazuje się być bardzo małe. Zdziwiony przeciska się między nimi szukając drzwi a ostatecznie wraca do punktu wyjścia i mówi: "o, tu są". Otwiera je a tam zupełnie inny pokój niż ten z którego przyszli. Działało u Meliesa, działa w '71 roku.
Cały film jest wypełniony świetnym humorem i klimatem z tych naprawdę dobrych bajek. Gene Wilder przecudny, ze swoimi ironicznymi spełnieniami próśb rodziców ("Proszę jej coś powiedzieć!; Nie rób tego. Przestań.") oraz poetycznymi tekstami i wrzucaniem płaszczy do mikstury, by ją ocieplić. Zakończenie również mi się podobało, zdecydowanie lepsze niż w wersji Burtona.
Generalnie film jest miodny, a jedyny minus to piosenki. Klasyczne, ale... to piosenki. To zawsze jest słaby moment filmu. Można wyskakiwać z "Once" i tak dalej, ale reguła jest niezmienna dla większości, a "Wonka..." jest w niej. Na dodatek, piosenki te są całkowicie przypadkowe. Pierwsza jest na początku, gdy grupa dzieci kupuje słodycze po szkole. Wcale jej nie powinno być, niczego nie zmieniła, nie służyła niczemu. Dalej jest np. śpiewanie matki do syna, by pozostał sobą. Problem w tym, że syn na samym początku idzie w cholerę i znika zanim piosenka dojdzie do połowy. A matka śpiewa dalej. Nawet jak syn robi już cokolwiek innego na drugim końcu miasta ona wciąż śpiewa.
Albo to: dziadek wstaje z łóżka... I Śpiewa. Czy w ogóle byście się spodziewali w tym momencie piosenki? :/
Stopowały film. Gdybym oglądał film w tv, wyszedłbym z pokoju i zrobił sobie np. kanapkę.
7+/10.
http://rateyourmusic.com/film/willy_wonka_and_the_chocolate_factory/
http://www.youtube.com/watch?v=7PJPJy00514
http://www.youtube.com/watch?v=sz9jc5blzRM - pewnie najbardziej pamiętny z tych drobnych momentów filmu.:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


