Pokazywanie postów oznaczonych etykietą United Kingdom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą United Kingdom. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 października 2015

"Porachunki" (8+/10)

Black Comedy, 1998


Moja notatka o "Przekręcie" nie należy do moich ulubionych. Chociaż film lubię, to nie miałem o nim za wiele dobrego do napisania, za to sporo do narzekania odnośnie całej konstrukcji. Wszystko po to by wyjaśnić, czemu nie lubię tego filmu bardziej. Teraz powtórzyłem "Porachunki" i widzę, że był też jeszcze jeden powód.

W swoim debiucie Guy Richie śledzi losy czterech brytyjskich kolegów: Jasona Stathama, Eddy'ego i dwóch innych. Wspólnym wysiłkiem udaje im się uzbierać astronomiczna dla nich kwotę - składają się oni po 25 tysięcy by Eddy mógł zagrać z miejscową szychą Harrym i jego partnerami w karty. To elitarny klub, gdzie trzeba wyłożyć w 100K, żeby móc zagrać. Harry oszukuje i nabiera naszego Eddy'ego - teraz ten nie tylko przegrywa, ale jest jeszcze winny pół miliona. I ma tydzień by spłacić dług.



wtorek, 29 września 2015

"Młodość" (7/10)

Opowieść o artystach odpoczywających w kurorcie dla elity. Każdy z nich ma jakiś problem - szuka inspiracji, albo pracuje nad kolejnym filmem. Ktoś inny przygotowuje się do roli, inni zdają się tu być bez żadnego powodu.

Jest to film zarówno słabszy jak i lepszy od "Wielkiego piękna", produkcji tego samego reżysera sprzed dwóch lat. Zachowano tutaj piękny język obrazu przy większej roli scenariusza. Dzięki temu ogląda się to lepiej, ale wyżej cenię "Grande Bellaza". Podobnie jak wtedy, w "Młodości" jest dużo ruchu, a szyk i klasa tego świata wyrażana jest poprzez montaż, reżyserię, rytm, muzykę, kolory, barwy, kobiety i ubrania które noszą. Ogląda się to z przyjemnością, ale tym razem jest tego mniej. I jest to bardziej zwyczajne. Zdąża się często jakaś statyczność, bezruch. Szkoda.


wtorek, 18 sierpnia 2015

"Przekręt" (7/10) Dobra zabawa!

Black Comedy, 2000


Produkcja, którą trzeba trochę zganić, jeśli planuje się o niej pisać nieco dłuższą notkę. Obok porządnej zabawy, świetnych postaci oraz stylu, jakim ona się odznacza, ma również słabsze strony, utrudniające oglądanie.



wtorek, 4 sierpnia 2015

Nowe Horyzonty 2015 # Dzień 10 Finał sezonu

Jeśli macie zobaczyć tylko jeden mój podcast o Nowych Horyzontach, to niech to będzie ten.


Spis treści:
00:10 - Nawet góry przeminą (Chiny, Drama, 2015). 5/10
01:44 - Moja matka (Włochy, Drama, 2015). 6/10
02:42 - Pokój nam w naszych snach (Litwa, Drama, 2015). 6/10
03:30 - Amy (UK, Music Documentary, 2015). 5/10
05:50 - Epilog (Polska, Eksperymentalny, 2015). 1/10.

Muzyka: 
Michael Giacchino - Moving On
Coleman Hawkins - Greensleeves

Relacja z dni wcześniejszych:
PIERWSZEGO ; DRUGIEGO ; TRZECIEGO ; CZWARTEGO ; PIĄTEGO ; SZÓSTEGO ; SIÓDMEGO ; ÓSMEGO ; DZIEWIĄTEGO

piątek, 31 lipca 2015

Nowe Horyzonty 2015 # Dzień 7 - Cisza i mnóstwo słów

Dziś udało mi się spełnić jeden opcjonalny warunek, który sobie postawiłem... Zobaczyć film tak dobry, że znajdzie się na liście moich ulubionych produkcji.


Spis treści:

00:21 - A Casa / House / Dom (Litwa, Drama, 1997). 8+/10
01:12 - Siedmiu niewidzialnych ludzi (Litwa, Drama, 2005). 5/10
02:59 - Czarny prezydent (Zimbabwe, Art Documentary, 2015). 7/10
03:30 - Wzgórze wolności (Korea południowa, Komedia romantyczna, 2014). 5/10
04:48 - Zabójczyni (Tajwan, Drama, 2015). 5/10

Muzyka: Michael Giacchino - Win One for the Reaper

RELACJA Z WCZEŚNIEJSZYCH DNI: PIERWSZEGO ; DRUGIEGO ; TRZECIEGO ; CZWARTEGO ; PIĄTEGO ; SZÓSTEGO ;

niedziela, 21 września 2014

Frank (7/10)

Black Comedy, 2014


Chociaż tytuł się nie myli, i to Frank jest tu głównym bohaterem, widz poznaję fabułę z punktu widzenia Jona - młodego brytyjczyka, muzyka z głową pełną pomysłów grającego na klawiszach, który przypadkiem dostaje się do zespołu prezentującego alternatywny rock. Nazwę mają równie alternatywnie, aż sami nie wiedzą, jak się ją wymawia. Między poszczególnymi członkami są różne napięcia, jednak wszystko trzyma w kupie lider i wokalista imieniem Frank. Razem z Jonem lądują w małym domku na Irlandzkim odludziu, gdzie będą nagrywać płytę. Aż do skutku.

"Frank" mnie zainteresował po przeczytaniu recenzji pana Dębskiego, w której napisał: "okazał się filmem znaczącym dla mnie osobiście jako twórcy". I ma to zastosowanie również w moim przypadku, chociaż wciąż tak o sobie nie myślę. Produkcja Abrahamsona kupiła mnie już w czołówce, w której Jon chodzi ulicą i próbuje ułożyć piosenkę - chociaż wtedy myślałem, że po prostu wszędzie widzi jakąś inspirację, cały czas ma nowy pomysł, i nie umie nad nimi zapanować. A w pracy siedzi nad jakimś monotonnym zadaniem, myślami będąc nad tym, co akurat tworzy... Super. Po prostu super. Taki bohater to coś idealnego. W pewnym momencie słyszy on: "Zapewne zastanawiasz się, czemu nie możesz być Frankiem... Zrozum, Frank jest tylko jeden". Ktoś powinien mi to powiedzieć trzy lata temu. Jeśli więc coś tworzysz, myślisz cały czas nad tym czymś idąc ulicą - jest to film dla ciebie. Bez znaczenia, czy robisz to dla siebie, czy chcesz z tym coś więcej zrobić. A nawet - szczególnie wtedy.


sobota, 26 lipca 2014

Calvary

Drama & Mystery, 2014


John Michael McDonagh to brat gościa, który nakręcił "In Bruges". Razem sobie żyją w Irlandii i kręcą wokół motywu czarnej komedii. Taki był "Gliniarz" - pierwszy film reżyseria "Calvary" - jednak już jego najnowsze dzieło posiada go tylko trochę. Reżyser przemyca humor w bardzo małych ilościach, prawie niedostrzegalnych. Nie oznacza to jednak, jak się obawiałem, że seans jest doświadczeniem traumatycznym. To z pewnością nie. Jest tylko bardzo życiowy. Aż nie chciałem pisał u góry "Drama". Ale nie wiedziałem za bardzo, co tam dać w takim wypadku.

Opowieść rozpoczyna najlepszy opening 2014 roku: spowiedź tajemniczego grzesznika, dorosłego mężczyzny który wyznaje, że był molestowany przez księdza w wieku siedmiu lat. Pragnie się zemścić, więc postanowił zabić mężczyznę, u którego się spowiada. Tamten zapewne i tak już nie żyje, zresztą - nie wierzy, że to by mu coś dało. Musi tego czynu dokonać na niewinnym. Daje swojej ofierze tydzień. Zabije ją w przyszłą niedzielę. Wszystko to zostało nakręcone w jednym ujęciu - nie widać grzesznika, ekran wypełnia znużona twarz naszego bohatera, księdza granego przez Brendana Gleesona. I to wszystko. Cały "setup" zmieszczono w 2 minuty, mistrzostwo świata. A dalej to już właściwie kino autorskie, bardzo brytyjskie. Trochę w tym melodramatu, tragedii, czarnego humoru, kina drogi... a także zagadki. Bo osobowość możliwego mordercy nie jest wyjaśniona. I będzie to dopiero początek.


niedziela, 6 lipca 2014

Under the Skin (7/10)

Surrealism & Psychological Drama, 2013


Zacząłem oglądać ten film wczoraj późną nocą, i to były idealne warunki. Holandia się bawiła z Kostaryką, a ja włączyłem na chwilę by zobaczyć, jak to wypada. Po chwili wstałem, by wyłączyć światła i kontynuowałem oglądanie w środku nocy. Byłem zaskoczony podwójnie, gdy zobaczyłem ten tytuł wymieniony w zestawieniu najlepszych obrazów ubiegłego roku - raz, że w ogóle "Under the Skin" powstało! Pamiętam, że zwróciłem uwagę na niego, bo Scarlett Johanson miała w nim grać, ale jakoś nic nie było słychać o nim... "Martwy tytuł" - uznałem. A tutaj niespodzianka. Tych zresztą przybywa w trakcie oglądania! Zupełnie nie byłem przygotowany, że pierwsze ujęcia będą kojarzyć mi się ze Stanleyem Kubrickiem i jego "Odyseją kosmiczną". Ta elektroniczna, eksperymentalna muzyka, ten powolny rytm, ten zagadkowy widok niejasnych kształtów wyłaniających się z czerni - absolutny szok!


sobota, 1 lutego 2014

12 Years a Slave (7/10)

Historical Drama & Biopic, 2013


Solomon Northup to prawdziwa osoba - w XIX wieku został sprowadzony z pozycji szanowanego obywatela do zwykłego czarnucha i sprzedany, by zbierał bawełnę. Jak to możliwe? Otóż... wypił, a następnego dnia samo się stało. Dopiero na napisach końcowych wyjaśniono, że byli jacyś łowcy niewolników, którzy go porwali. Miał pecha, biedaczek. "12 years a Slave" skupia się na okresie pomiędzy przed porwaniem i gdy znowu był wolnym człowiekiem.

Podczas oglądania miałem wrażenie, że ta opowieść została ograniczona, by nie była zbyt drastyczna, gwałtowna i nie zmuszała widza do niczego. By wysiedział to do końca i nie czuł się po seansie jak gówno. Kilka przykładów - tytuł. Już on daje wyraźny znak, że ten okres w życiu bohatera skończy się, daje pewność i nadzieję. Gdy Solomon budzi się na początku w kajdanach i przekonuje strażników, że przecież jest wolnym człowiekiem, nazywa się tak i tak, mieszka tu i tu... A oni zaczynają z nim rozmawiać. Nic wielkiego, ale to i tak spora różnica wobec tego jak ta chwila wyglądała naprawdę (pobicie za samo odezwanie się, ubliżanie i tak dalej... i jakoś wątpię, by dawali po jednym niewolniku do jednej celi). Na statku z kolei usłyszałem niewielką przemowę o tym, że jak to Solomon chce żyć, zamiast przetrwać... Dosyć jasny znak dla oglądającego, że to tylko film. Takich "ugładzających" momentów jest trochę w tym filmie. Największym jest Brad Pitt pytający Michaela Fassbendera, jakie on ma prawo by niewolić drugiego człowieka. Piszę absolutnie poważnie. To naprawdę jest w tym filmie.

Są też bardziej subtelne wygładzenia, np. prawie w ogóle nie ma scen przedstawiających wcześniejsze życie bohatera, więc nie czułem za bardzo tej przepaści, nie czułem smutku za tym co teoretycznie przepadło na zawsze, bo w ogóle tego nie poznałem. Takie ograniczenie sprawiły, że to bardziej kolejny film na znany temat niż coś wyróżniającego się. A może to ja? Może to do mnie nie docierają filmy o przemocy fizycznej (przemocy psychicznej w ogóle u McQueena nie ma tym razem)? Tak czy siak - podjęto z pewnością właściwą decyzję. Jeśli poczytacie opnie innych to zobaczycie, że widzowie z reguły są wstrząśnięci tym obrazem.

Zapewne niżej powinienem ocenić ten tytuł, zwłaszcza biorąc pod uwagę różne "modyfikacje" względem pierwowzoru. Ale szczerze - świetnie się to oglądało. Szczególnie jak na film bez pełnometrażowej fabuły. Główny bohater był niezły, reżyseria i klimat Nowego Orleanu, pól i natury. Co chwila pojawiał się jakiś szczegół warty uwagi (zmiana ubrania, by pokazać krew na plecach), jakaś świetnie zrealizowana scena (biczowanie!). Aktorzy sprawdzają się bez pomyłki (chociaż trochę żałuję, że Cumberbatch grał typowego dobrego białego). Jeszcze Paul Dano na medal śpiewał rasistowski pop. Taki typowy, dobry film, który się nie wyróżnia.

Mam tylko nadzieję, że za 36 miesięcy nie będę pisał "Steve McQueen się sprzedał".
https://rateyourmusic.com/film/12_years_a_slave/

PS. Teraz muszą zrobić film o tym, jak wymyślono polski tytuł.

piątek, 31 stycznia 2014

The Selfish Giant (5/10)

Drama & Coming-of-Age, 2013


Miałem obejrzeć "Paradise: Hope", ale to okazało się zwieńczeniem jakiejś trylogii, więc zamiast tego - inny Coming-of-Age z 2013 roku. "The Selfish Giant" to opowieść z dna Anglii, dzieciak z ADHD imieniem Arbor zbiera złom by zarobione pieniądze dać matce na rachunki. Do tego przyłączają się jego przyjaciel z ręką do koni, sam konik, oraz szkoła i jej władze, wyrzucające bohatera na początku opowieści. Swoje trzy grosze dorzuci też właściciel złomowiska, wprowadzając Arbora i Swifty'ego w zawód.


To tytuł, o którym równie trudno powiedzieć coś dobrego jak i złego. Ani tego polecić komuś, ani też odradzić. Niby obejrzeć bez bólu można, ale by był ku temu powód - też nie bardzo. Dramat jest bardzo prosty - jest źle, bo jest. Dorośli nie pełnią tutaj jakiekolwiek roli. Są by wyszło naturalnie (w końcu bohaterowie muszą mieć jakichś opiekunów), ale nie robią nic, by odebrać uwagę od najmłodszych. Na jakiejkolwiek płaszczyźnie. Cała ta tragedia z zimnym posiłkiem z puszki, brakiem kasy na leki i rachunki - wszystko to złożono na kark głównego bohatera.

Niby wszystko wygląda całkiem realistycznie, jakby twórcy wiedzieli o jakim środowisku opowiadają, ale to nie robiło na mnie wrażenia. Z drugiej strony - nie mam pomysłu, by wskazać coś i napisać: "To zrobiono źle". To co zobaczyłem było całkiem wiarygodnym portretem świata do którego najmłodsi starają się dopasować.

Jeśli wam to może zapamiętać tytuł - "The Selfish Giant" startuje w nagrodach BAFTA. Kategoria: "Najlepszy film brytyjski 2013 roku". Cóż - jak obejrzycie całą resztę, możecie i ten. Nie zaszkodzi.
https://rateyourmusic.com/film/the_selfish_giant_f1/

czwartek, 16 stycznia 2014

Zupełnie inny weekend (6/10)

Queer Cinema, 2011


Opowieść o geju, który poznaje drugiego geja, i jest im razem całkiem miło. Wszystko w stylu który ja nazywam "indie movies" - kamera z ręki, blisko bohatera, dużo ujęć zwykłych czynności w stylu mycia się lub palenia trawki. Częste korzystanie z ujęć śledzącym (np. bohater długo idzie zanim zapuka do drzwi), a przede wszystkim: mnóstwo dialogów, przy zerowym nacisku na jakąkolwiek akcję. Inni nazywają to "Sundance Style" chyba.


Najlepszy moment był wtedy, gdy główny bohater jechał tramwajem na spotkanie w klubie, i słuchał grupy nastolatków w tle, gadających o zachowaniu "kogoś tam". Zachowywał się jak pedzio, ubrał się jak jeden z nich, na pewno nim jest - i takie tam. A bohater niewiele w tym czasie robił, wyglądał jakby tego nie słyszał. Ale było jasne, że jest inaczej. Zdjął czapkę. Tylko tyle. Cięcie, następna scena - tramwaj odjeżdża, a on idzie ulicą. To było naprawdę dobre. Wiele to dało, obserwowanie jak radzi sobie w takich sytuacjach - i szerzej, że każdy gej zapewne napotyka na taki moment... Daje to do myślenia.

Reszta... Cóż, nie była tak interesująca. Owszem, były sceny w klubie, i naturalne poznanie się, były sceny seksu. Ale większość filmu to dwoje ludzi siedzących na tyłku i gadających o byciu gejem. Muszę oddać twórcom, że napisali świetne postaci, i słuchało mi się ich całkiem dobrze, ale przydałoby się, by jeszcze gdzieś poszli, robili coś. By działo się nieco więcej, by był chociaż jeden pomysł na całość. Albo i dwa. "Weekend" to obraz zbyt powierzchowny, zbyt prosty i zbyt krótki (mówię tu o czasie który obejmuje akcja filmu, nie o czasie trwania), bym mógł ocenić go jako coś więcej.
https://rateyourmusic.com/film/weekend_f2/

piątek, 20 grudnia 2013

Mary Poppins (7/10)

Children's & Family


Rodzice nie mają czasu dla dzieci. Ojciec rano wychodzi do pracy, matka walczy o prawa kobiet, dzieci potrzebują niani. Te jednak, jedna za drugą, mają dosyć małych szkrabów. To nie jest zadanie dla kogoś zwykłego, tu trzeba wypowiedzieć życzenia. Dzięki niemu pojawia się właśnie Mary Poppins...

Jeśli zaglądacie na stronę tgwtg.com to wiecie, że w tym miesiącu pojawiają się tam krótkie filmiki o aktorskich filmach Disneya. W ten sposób zostałem zachęcony do obejrzenia tego klasyka. Wcześniej nie miałem takiego zamiaru. Wiedziałem, że taki film istnieje, i to wszystko, nie interesował mnie. Ale usłyszałem kilka ciekawych zdań i postanowiłem zobaczyć, co mnie ominęło, gdy byłem mały. W sumie sporo, bo jak na film dla młodych, jest idealny. Kolory, dźwięki, atmosfera, chwile pełne zabawy i ludzi przyjaznych dla dzieci, a nade wszystko idealna muzyka oraz zrozumienie młodych. A także nauka dla nich, przekazana bardzo zręcznie - nad nimi czuwają ich rodzice, ale kto czuwa nad rodzicami? Oni sami. I czasem dzieci muszą zaopiekować się swoimi opiekunami. Dobrze coś takiego zobaczyć w filmie dla najmłodszych.

Nawet piosenki są dobre, twórcy wiedzieli jak je zaprezentować, dzięki czemu po jednokrotnym seansie znam 4-5 piosenek! To chyba rekord. O kominie, łyżce cukru, karmieniu ptaszków, najdłuższym słowie świata...

Ale jednak dziś jestem starszy niż target, i piosenek jest dla mnie za dużo. 4-5 zapamiętam, ale pozostałe 20 gdzieś poszły i nie wrócą. Film jest dosyć długi, a półtorej godziny z niego to niekończące się scenki które nic nie dodają, bo tylko... scenki. W ostatnich 30 minutach zdarza się bardzo ważny zwrot dramaturgiczny, który jest zwyczajnie kretyński, i nawet jakby był w jakimś filmie z dużymi robotami, to i tak byłaby to jedna z czołowych głupot. Trochę mi się seans dłużył, zanim doszedłem do tego co było dla mnie, czyli całkiem poważnej końcówki, w której uzasadniony jest nawet długi metraż opowieści.

W międzyczasie bawił mnie rozmach całości - perfekcyjna strona techniczna, pełna pomysłów, z lewitującą herbatką na czele - klasa aktorska i dystyngowano-baśniowy klimat. Nawet te marne żarty, z których "najśmieszniejszy" leci jakoś tak:

Kobieta otwiera drzwi. Widzi mężczyznę, który mówi:
- Bardzo mi przykro, ale przejechałem pani kota.
- Ojej!
- Chciałbym go zastąpić.
- Wątpię, by łapał pan myszy tak dobrze jak on.

Podczas oglądania mogłem zrzędzić nieco bardziej, ale to taki film, który lepiej się wspomina niż ogląda. Te mniej istotne się zapomina, lub nawet nie warto o nich wspominać, a te dobre chce się chwalić i chwalić... Bert był wspaniały. Z pewnością usiądę do telewizora, gdy tam poleci kiedyś.
https://rateyourmusic.com/film/mary_poppins/

piątek, 6 grudnia 2013

Kolejny rok (6+/10)

Drama, 2010


Krok po kroku. Zaczynamy od starszej kobiety mającej problem ze snem. Jest u pani doktor, prosi o przypisanie jej pigułek na bezsenność. Ale nie jest to rozwiązanie problemu, więc wysyła pacjentkę do pani psycholog - to kolejny krok. I tak już leci, a najmniej istotna okazuje się tu pani z bezsennością. Para głównych bohaterów to starsze małżeństwo, zadowolone ze swojego życia. Mają na imię Jerry (pani psychiatra) oraz Tom, który pracuje jeszcze z rurami, tymi większego kalibru. Wokół nich kręci się ciężarna pani doktor od pastylek na bezsenność, sekretarka ze szpitala, stara znajoma z problemami alkoholowymi i miłosnymi, ich syn, bracia, dalsza rodzina...

Po 35 minutach myślałem, że to opowieść o życiu w którym nic się nie zmienia, i wygląda tak jak wcześniej. Szczęśliwi zapracowali na swoje szczęście i wciąż je mają. Nieszczęśliwi nic nie robią i mają co roku to samo nieszczęście. Całość w deszczowych i niemrawych klimatach typowych dla Wysp oraz kina Leigh, bez żadnego pazura. Był film i go nie było, to tylko kolejna taka opowieść.

Okazało się jednak na koniec, że to film o tym, że na wszytko przyjdzie czas, każda sprawa rozwiąże się sama, musi być gorzej najpierw by na koniec było lepiej. Wszystko z tym pokrętnym brytyjskim czarnym humorem, które tylko takie świry jak ja dostrzegą. Taa... Nie kupuję tej historii. Nie przekonała mnie. W poszczególne historie jednak uwierzyć mogłem, szczególnie w kobietę nie przyjmującej do wiadomości ile ma lat. A z drugiej strony wiele wątków pojawia się i znika bez powodu, inne ważne dla fabuły pojawiają się pod koniec... nie spodobał mi się "styl" takiej konstrukcji. Do tego to ucięte zakończenie... które może wcale nie było ucięte?

Podobał mi się wątek z ogrodem, i zainteresowani tematem mogą dostrzec fachowe detale, w stylu nawożenia latem ziemi pod dynie. Można w sumie obejrzeć, ale nic lepszego nie mogę powiedzieć.
https://rateyourmusic.com/film/another_year/


Top 5 Leigh

1. Nadzy
2. Sekrety i kłamstwa
3. Vera Drake
4. Happy-Go-Lucky, czyli co nas uszczęśliwia
5. Kolejny rok

poniedziałek, 30 września 2013

Pianista (drugi seans)

Historical Drama & Biopic, 2002


Tak mało polskich filmów sobie powtarzam ostatnio, że postanowiłem cały tydzień im poświęcić, tak oddzielnie. Oczywiście, po topie filmwebu... i pierwszy tytuł to "Pianista". W ogóle może to nazywać polskim kinem? Komplikował nie będę, przynajmniej na teraz, tym czasem policzę to jako normalny polski film.

"Pianista" opowiada o okresie z życia Władysława Szpilmana, Polaka żydowskiego pochodzenia, który podczas WW2 musiał się ukrywać, i ludzie mu w tym pomagali. Reżyser trzymał się blisko szarego bohatera, który z boku obserwował wszystkie typowo wojenne działania, jak atak na getto żydowskie. Nie ma tu zbędnego rozmachu i dobrze, bo film go nie potrzebował. Umiał opowiadać o emocjach i w sumie wystarczało. Ale pod względem merytorycznym jest to opowieść równa notce z Wikipedii, kolejne osoby pojawiają się i znikają, są po prostu bardzo chętne by pomóc bohaterowi. Ja bym chciał bliskości, opisu relacji między Szpilmanem i ludźmi, którzy ryzykowali dla niego życiem. Kim byli i dlaczego tak dokładnie robili co robili. I co sam Szpilman robił będąc w zamknięciu tyle czasu? Czym się zajmował?



Dosyć długo w trakcie seansu kłóciłem się ze sobą, czy utrzymać ocenę jaką dałem 5 lat temu, czy jednak obniżyć? Pękłem, gdy zaczęło lecieć końcowe 30 minut, gdy bohater był już zdany sam na siebie i swój głód przetrwania. Wtedy dialogi przestają istnieć, reżyser komunikuje się z widzem tylko obrazem, a Adrien Brody daje z siebie wszystko. Powstała niesłychanie potężna i piękna kompozycja, esencja całej tej opowieści o biedzie, marnym życiu, głodzie i zniszczeniu. Ten film umie uczyć wrażliwości, trzeba mu to oddać. Jak on z tą konserwą chodził, trzymał blisko siebie... a to były zwykłe ogórki. Jasna cholera.

Niech ma taką ocenę, a co. Choćby dlatego, że to jeden z tych tytułów, które były ze mną na początku, i robiły na mnie TO wrażenie. Do dziś pamiętam scenę wyrzucania dziadka na wózku przez balkon, albo pierwsze spojrzenia na zniszczoną Warszawę. Niezapomniane. A dziś oglądam je ponownie, i nie straciły nic ze swojej mocy. Jedynie co chwila gratuluję w myślach ludziom odpowiedzialnych za scenografię itd. Wielka robota z ich strony.


8+/10
http://rateyourmusic.com/film/the_pianist/

piątek, 22 lutego 2013

(koniecznie) SEARCHING FOR SUGAR MAN

Music Documentary & Biography Documentary, 2012


Dokument o muzyku imieniem Rodriguez, który wydał dwie płyty, zebrał pozytywne recenzje, "pisał lepiej niż Bob Dylan", a potem minęło 40 lat i nikt za cholerę nie wie, co się z nim potem stało. Dawno temu ktoś pojechał do RPA z jego płytą, spodobała się, ale nie mogli jej kupić, więc od niego ją przegrali... I tak pirackie kopie rozeszły się po drugim końcu świata, zyskując coraz większą popularność. W końcu jeden z drugim pomyśleli - "Hej, kim w ogóle jest ten gość, którego każdy słucha od ponad 40 lat?"

Tak zaczęło się śledztwo kilku niezależnych od siebie ludzi, którzy jako wskazówki mieli tylko okładkę, logo wytwórni i kilka wersów z jego piosenek. Oraz plotki, jakoby to podpalił się na scenie i umarł. Do listy pytań takich jak "Czemu nie zyskał popularności w USA?" lub "Czemu nigdy nie dowiedział się o sukcesie który odniósł w RPA?" trzeba było dopisać: "Jak zginął?"

Historia jest niesamowita, a słuchanie o wpływie tych piosenek na losy mieszkańców RPA to naprawdę niezwykle doświadczenie. Niby piosenek tylko się słucha, a ich wartość zazwyczaj jest indywidualna, a tu dla wszystkich zaczęła znaczyć to samo. Niezwykłe. Z całości oczywiście można wyciągnąć podstawowe wartości, by być po prostu dobrym człowiekiem. Jako dokument - film na medal, po seansie ma się świadomość, że właśnie poznało się coś wartego poznania.

Zresztą, w pewnym momencie mówi się, że wtedy każdy miał w domu trzy płyty - "Abbey Road", "Bridge Over Trouble Water" oraz "Cold Fact" Rodrigueza. Ktoś dziś ma w domu nawet te dwie pierwsze? Lub w ogóle zna te płyty?

Macie to w dupie? Też w porządku, bo sama muzyka jest warta poznania. Cały film jest przeplatany fragmentami około 20 piosenek, i to zostaje w pamięci. Nawet jeśli nie ze względu na tekst to z powodu głosu Rodrigueza. Poważnie, świetnie się tego słuchało.



7/10
http://rateyourmusic.com/film/searching_for_sugar_man/

czwartek, 24 stycznia 2013

LES MIS NĘDZNICY

Musical & Historical Drama & niezamierzona komedia, 2012


Znajomy wygrał dwie wejściówki na przedpremierowy pokaz w połowie grudnia. Miał iść z dziewczyną, ale ta była niedostępna, zamiast tego powiedziała: "To idź z Garretem". To poszedł. Pozdrawiam Kasię.
Na początek - nie wiedziałem o filmie nic. Spodziewałem się musicalu, ale nie totalnego. Ku mojemu zaskoczeniu jednak, wszyscy tu wszystko śpiewają. Krótko, z początku zachowywałem się jak murzyn w operze z "Nietykalnych". Śmiałem się, widząc Jackmana i Crowe'a stojących naprzeciw siebie,  śpiewających z totalną powagą. To jest poza moją percepcją, dramat śpiewany. Tego nie umiem wziąć na poważnie, i chyba się nie da. Gdy jest komedia, albo inna lekka konwencja, mogę jeszcze tą umowność zaakceptować. Ale tu jest dramat na każdym poziomie, od upokorzenia przez śmierć i niewolnictwo. Niema nic niepoważnego, poza tym śpiewaniem. I przez to zamienia się w komedię. W scenie gdy Crowe chadza po dachu i śpiewa w ciemną noc, ktoś z mieszkańców powinien wstać i krzyknąć na niego, by poszedł spać. Bardzo się zdziwiłem, gdy tego nie dostałem.


Ale tak poza tym, to "Les Mis" są filmem w którym bardzo dużo rzeczy poszło źle i będę tu raczej pisał o nich. Poczynając na historii - jest słaba. Zaczynamy z więźniem który pracował niewolniczo przez ostatnie 19 lat za kradzież bułki. Jak to się stało, że za coś tak drobnego dostał tak wysoką karę? Nieczytałeś książki, nie wiesz. Teraz jest wolny, ale nikt niechce zatrudnić więźnia. Więc zrywa z przeszłością i postanawia zostać kimś. I zostaje. Koniec filmu? Nie, to dopiero pierwsze 5 minut. I nie wiadomo, jak tego dokonał. Przeskakujemy o 8 lat do przodu, bo po co to wyjaśnić. Więc jest już kimś, ma biznes i zatrudnia ludzi. Jedna z jego pracownic zostaje wydalona a jedyną opcją dla niej pozostaje prostytuowanie się. Więc jej pomaga, ale za późno. Więc pomaga jej córce. Ale jest jeszcze ten strażnik który ściga bohatera - i przyzwyczajcie się do tego, bo on w cudowny sposób będzie trafiać na bohatera przez cały film - podobnie jak masa innych postaci. Nikt o zdrowych zmysłach nie da rady zaakceptować takiej liczby przypadków. Dalej nie będę pisał bo pewnie zorientowaliście się, że nie ma tu czegoś w rodzaju wstępu. Całość jest strasznie rwana, niezgrabnie połączono kilka wątków w skutek czego po godzinie seansu nie pamiętałem ani też nie musiałem pamiętać o czym ten film był na początku.

Relacje między bohaterami nie istnieją, sami bohaterowie bardzo często są też plastikowi. Jest tu dziewczyna czująca miłość, rozumiejąca przez to, że ona go kocha więc on ma z nią być mimo że on do niej nic nie czuje... Ale nazywa się to miłością. A po tym umiera i zostawia po sobie tylko pytanie "Co ona w tym filmie robiła?". Była na ekranie przez 5 minut z czego 4:30 to śpiewała o swojej głupocie. Super. Trzeba to przyspieszyć - większość postaci jest niezapamiętywalnych a ich decyzje często są niezrozumiałe. Cosette jest w zasadzie przedmiotem którym się nikt nie interesuje. Ojciec dowie się, że ktoś ją kocha to nawet jej nie zapyta o zdanie tylko pobiegnie i przyprowadzi gacha, a reszta zrobi się sama.


W gigantycznym skrócie: montaż dźwięku nie istnieje. Nie ma tu dźwięków otoczenia, skrzypiącej podłogi, wiatru, czegokolwiek i poza nielicznymi wyjątkami jak dźwięki wystrzałów brzmi tu po prostu cisza. Są piosenki, jest muzyka, ale ludzie poruszają się jakby byli w próżni, to strasznie dziwne. Montaż jest katastrofalny, po upłynięciu godziny film zalicza niesamowite przyspieszenie kończące się tym, że po zmianie sceny daje się widzowi jedną sekundę by ten zorientował się, gdzie ta scena się rozgrywa, i zaraz potem zrobić zbliżenie na aktora gdy ten zacznie śpiewać. Wielkie sekwencje, sceny zbiorowe z setkami ludzi, kręcone z ręki w żywiołowy, dynamiczny sposób, trwające 5 minut skrócono do 30 sekund w montażu, w skutek czego nie da się po prostu docenić ogromu scenografii czy wysiłku, bo się tego nie dostrzeże.

Nawet piosenki są tylko poprawne, przez większość czasu słyszałem bardzo podobną melodię i przez pół filmu przygotowywałem się na to, że zaraz usłyszę "One Day". Aktorzy na wokalu ogólnie to spisali się przyzwoicie, taki Hugh Jackman i wielu innych dali radę, inni z kolei śpiewali bez melodii albo w piszczący sposób. Film był najlepszy wtedy gdy usiadł na tyłku i patrzył się na aktora śpiewającego swoją smutną piosenkę. Gdy taki moment przypadł Anne Hathaway, to wszystko przestało się liczyć. Nie trzeba było tych kostiumów, makijaży, greenscreenów, mnóstwa statystów i budżetu liczącego na oko 160 milionów. Ale gdy z kolei film to wykorzystywał, wtedy też było dobrze. Ale zrobił to jakieś 3 razy na film. Tylko tyle razy zobaczyłem wielkie, masywne najazdy kamery i tysiące ludzi w kadrze. Cała reszta filmu utoneła we wspomnianym montażu przez który naraz widziało się maksymalnie kilka osób podczas gdy w scenie uczestniczyły setki. Ale jak wspomniałem - są te ciche momenty. Jest scenografia, makijaż (Jackman jako niewolnik niszczy wszechświat), piosenek słucha się bez bólu. Film ciągnie się strasznie nawet mimo tego montażu skracającego zakończenie z 50 minut do 4.

Jako fan dobrej opowieści nie miałem tu czego szukać. Piosenki były przyzwoite, również pod względem wykonania. Ale wiecie co? Miło wspominam całość. Podziwiam ogrom tego wszystkiego, gigantyczną dekoracje i rozmach... Rzadko takie kino powstaje, tak naprawdę ostatnim był "Titanic". Więc nawet jeśli do kina się nie wybierzecie, to zachęcam do obejrzenia kilku fragmentów na YouTube, lub sięgnięcia po wersję reżyserką jeśli kiedyś wyjdzie. Sam na pewno tak zrobię.


4/10.
http://rateyourmusic.com/film/les_miserables_f12/
Morał jest taki, że trzeba rozkraść kościoły i oddać złoto do produktywnych ludzi którzy stworzą miejsca pracy i wtedy będzie już ok, dobrze zrozumiałem?

wtorek, 4 grudnia 2012

SIEDMIU PSYCHOPATÓW

Black Comedy & Buddy, 2012


Podobał mi się. Ale oczekiwałem więcej i bardziej. Nie pomaga tu zwiastun filmu w którym widz znajdzie najlepsze sceny, z najlepszymi dialogami i największą dawką śmiechu. Wyjdzie z kina niezadowolony z faktu, że film jako całość prezentuje poziom co najmniej o dwie klasy mniejszy...

Początek jest obiecujący - widzimy kilka różnych scen których połączenie z początku nie jest jasne. Widzimy jednego człowieka zabijającego dwóch innych, po chwili pojawia się jego tytuł: Psychopata #1. Wspomnienie o tym znajduje się w gazecie którą Marty czyta. Marty jest scenarzystą, właśnie tworzy film o tytule "Siedem Psychopatów" i wymyśla tytułowe postaci. Kilka scen później widzimy brutalną scenę opowiedzianą przez Marty'ego i podpis: "Psychopata #2". Wiemy, że to jest postać do filmu. Powiedziane jest to wprost. Jest jeszcze wątek przyjaciela scenarzysty, Billy'ego, który wraz z Hansem zajmuje się porywaniem psów które oddaje właścicielom pod przykrywką "znalezienia ich" i odbieraniem za to sporej nagrody. Jak te elementy połączą się w spójną fabułę? Czekałem na to i byłem zaskoczony, nawet kilka razy.

To były te najlepsze momenty filmu. Bohaterowie byli naprawdę ciekawi, dalogi były coraz lepsze, całość była zabawna. Niestety, szybko się okazało, że historia jest prosta jak Mass Effect 2 i to najbardziej zaszkodziło całości. Jest zbyt banalna, zbyt nudna. Bohaterowie starają się to urozmaicić, ale nie bardzo im to wychodzi. Koniec końców strukturę film łatwo streścić: najpierw jest oczekiwanie do konfrontacji, następnie konfrontacja i koniec filmu.
Tych psychopatów nawet nie ma siedmiu, tylko sześciu. Inny jest tylko wymysłem Marty'ego. Tom Waits z kolei ma dwie i pół sceny, które w zasadzie można by wyciąć z filmu i nic by się nie zmieniło.

Film posiada wiele mocnych krwawych scen, świetnie zresztą nakręconych. Ma kilku dobrych bohaterów i parę świetnych dialogów, przez cały seans mimo wszystko będziecie się uśmiechać nawet jeśli to nie będzie zbyt szeroki uśmiech - szzczególnie, jeśli lubicie żarty czwartej ściany. Ale nie oczekujcie za wiele. Jest nieźle.


6/10.
http://rateyourmusic.com/film/seven_psychopaths/

środa, 28 kwietnia 2010

Ziemia niczyja

War & Black Comedy, 2001


Znakomite kino antywojenne na poważnie – i nie tylko.

Dolina. Po obu jej stronach przebiegają dwie linie frontu – Serbckiego i Bośniackiego. Pośrodku doliny jest okop – a w nim, w skutek różnych działań skryto-sprawdzających, spotykają się przedstawiciele obu nacji. Problemem są już sami dla siebie, ale jeden z nich okazuje się być w kiepskiej sytuacji – budzi się z miną pod sobą. Jeśli się ruszy, wszystko w promieniu 50 metrów zniknie.

Czy film faktycznie jest miniaturą „bałkańskiego tygla”? Nie wiem i w sumie małą to ma dla mnie wartość. Liczy się brawura tego filmu i to w jakim stylu nabija się z konfliktów jako takich, a wojennych w szczególności. Z niesamowitych dialogów, złożoności burdelu jaki się nakręca w trakcie filmu (wystarczy powiedzieć, że do akcji, poza Bośniakami i Serbią, włączy się jeszcze banda dziennikarzy, Francuzi, Genewa oraz ONZ) oraz lekkości filmu – mimo że nie zawsze jest to komedia.

„Kto zaczął wojnę? No, kto?!”.;-)


7/10, ulubiony.
http://rateyourmusic.com/film/no_mans_land/