Thriller, 2015
Dziwnie sobie kosmos pogrywa. Najpierw piszę na blogu o tym, co książki Agathy Christie dla mnie znaczyły. Kilka dni potem dowiaduję się, że umarł reżyser mojej ulubionej adaptacji tej autorki - Guy Hamilton, odpowiedzialny za "Zło czai się wszędzie". A teraz znajomy obejrzał najnowszą adaptację "Dziesięciu murzynków", przełożoną na format miniserialu telewizyjnego, który miał swoją premierę pod koniec grudnia pod tytułem "And Then There Were None". Trzy epizody, trwające niecałą godzinę każdy.
Produkcja trzyma się dosyć mocno pierwowzoru. Akcja rozgrywa się w Wielkiej Brytanii pierwszej połowy XX wieku. Wciąż słychać echa wojny w Afryce. Dziesięcioro nieznajomych zostaje zaproszonych na Wyspę Żołnierzy. Niektórzy, by spotkać się tam z kimś. Innym zaproponowano pracę, w osobie ochrony lub sekretarki. Na miejscu jednak wszyscy zostają oskarżeni przez gospodarza o bycie winnym morderstwa. I na oskarżeniu zdecydowaniu się nie skończy. Muszą stawić temu czoła sami, odcięci od świata, którego nie widać z brzegu skrawka ziemi, na którym się znajdują.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Crime. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Crime. Pokaż wszystkie posty
sobota, 7 maja 2016
sobota, 7 listopada 2015
"48 godzin" (7/10) Męski klasyk!
Klasyk dzieciństwa. A może jednak nie? Nie nadążam za tym, co i kiedy zyskuje takowy status. Ale faktem jest, że "48 godzin" oglądałem bardzo dawno temu, w czasach gdy uważałem, że film z Eddie Murphym = komedia. I nawet miło go wspominałem, mimo że wspomnienia się zatarły, zresztą był to obraz wyraźnie ponad wiek młodego Garreta. A może właśnie dlatego?
piątek, 23 października 2015
(serial) "Scream" (7/10)
Serialowa adaptacja filmu kinowego Wesa Cravena pt. "Krzyk" pojawiła się na dniach na brytyjskim Netflixie i nie miałem wobec niego wielkich oczekiwań. Tym milej mi ogłosić, że jest to produkcja udana pod każdym możliwym względem! Osią fabuły jest oczywiście środowisko licealne, gdzie zaczyna grasować morderca. Wszystko zaczyna się jeszcze przed pierwszym morderstwem - Aubrey zostaje nagrana gdy całuje swoją dziewczynę, Rachel. Wideo trafia do Internetu i wszyscy je oglądają w kilku sekund od publikacji. Wszystkiemu winna jest grupa nastolatków pod przywództwem Niny - to ona po powrocie do domu ginie zadźgana przez gościa w czarnym płaszczu i masce, którą 20 lat temu nosił tutejszy człowiek-słoń. Rano wszyscy stają się podejrzani.
Miłośnicy podcastów będą mile zaskoczeni.
poniedziałek, 5 października 2015
"Porachunki" (8+/10)
Black Comedy, 1998
Moja notatka o "Przekręcie" nie należy do moich ulubionych. Chociaż film lubię, to nie miałem o nim za wiele dobrego do napisania, za to sporo do narzekania odnośnie całej konstrukcji. Wszystko po to by wyjaśnić, czemu nie lubię tego filmu bardziej. Teraz powtórzyłem "Porachunki" i widzę, że był też jeszcze jeden powód.
W swoim debiucie Guy Richie śledzi losy czterech brytyjskich kolegów: Jasona Stathama, Eddy'ego i dwóch innych. Wspólnym wysiłkiem udaje im się uzbierać astronomiczna dla nich kwotę - składają się oni po 25 tysięcy by Eddy mógł zagrać z miejscową szychą Harrym i jego partnerami w karty. To elitarny klub, gdzie trzeba wyłożyć w 100K, żeby móc zagrać. Harry oszukuje i nabiera naszego Eddy'ego - teraz ten nie tylko przegrywa, ale jest jeszcze winny pół miliona. I ma tydzień by spłacić dług.
Moja notatka o "Przekręcie" nie należy do moich ulubionych. Chociaż film lubię, to nie miałem o nim za wiele dobrego do napisania, za to sporo do narzekania odnośnie całej konstrukcji. Wszystko po to by wyjaśnić, czemu nie lubię tego filmu bardziej. Teraz powtórzyłem "Porachunki" i widzę, że był też jeszcze jeden powód.
Etykiety:
1998,
Black Comedy,
Crime,
Gangster Film,
Heist Film,
Ulubione,
Ulubione sceny,
United Kingdom
wtorek, 18 sierpnia 2015
"Przekręt" (7/10) Dobra zabawa!
Black Comedy, 2000
Produkcja, którą trzeba trochę zganić, jeśli planuje się o niej pisać nieco dłuższą notkę. Obok porządnej zabawy, świetnych postaci oraz stylu, jakim ona się odznacza, ma również słabsze strony, utrudniające oglądanie.
Produkcja, którą trzeba trochę zganić, jeśli planuje się o niej pisać nieco dłuższą notkę. Obok porządnej zabawy, świetnych postaci oraz stylu, jakim ona się odznacza, ma również słabsze strony, utrudniające oglądanie.
sobota, 1 sierpnia 2015
Nowe Horyzonty 2015 # Dzień 8 - Polska daje radę
Polski festiwal, ale polskich filmów tu jak na lekarstwo... Ale gdy już jakiś zobaczyłem to stał się dla mnie tytułem dnia. Idealnie.
Spis treści:
00:23 - Czerwony pająk (Polska, kryminał, 2015). 6/10
01:40 - Niewielu z nas (Litwa, Drama, 1996). 6/10
02:10 - Koń Dinheiro (Portugalia, Dokument, 2014). 5/10
02:39 - Dziedziniec (Litwa, Drama, 1999). 6/10
03:36 - Ciało Anny Fritz (Portugalia, Czarna komedia/Thriller, 2015). 4/10
Muzyka: Miles Davis - Blue is Green
RELACJA Z WCZEŚNIEJSZYCH DNI: PIERWSZEGO ; DRUGIEGO ; TRZECIEGO ; CZWARTEGO ; PIĄTEGO ; SZÓSTEGO ; SIÓDMEGO
Spis treści:
00:23 - Czerwony pająk (Polska, kryminał, 2015). 6/10
01:40 - Niewielu z nas (Litwa, Drama, 1996). 6/10
02:10 - Koń Dinheiro (Portugalia, Dokument, 2014). 5/10
02:39 - Dziedziniec (Litwa, Drama, 1999). 6/10
03:36 - Ciało Anny Fritz (Portugalia, Czarna komedia/Thriller, 2015). 4/10
Muzyka: Miles Davis - Blue is Green
RELACJA Z WCZEŚNIEJSZYCH DNI: PIERWSZEGO ; DRUGIEGO ; TRZECIEGO ; CZWARTEGO ; PIĄTEGO ; SZÓSTEGO ; SIÓDMEGO
Etykiety:
1996,
1999,
2015,
Black Comedy,
Crime,
Documentary,
Drama,
Litwa,
Nowe Horyzonty,
Polskie kino,
Portugal,
Thriller
piątek, 30 stycznia 2015
"John Wick" (6/10) Ciekawe, co mu zabiją w drugiej części?
Zabili mu psa, więc idzie się zemścić, niszcząc każdego kto mu stanie na drodze. Bo zwierzątko dostał jako prezent od żony, która nadała mu go zza grobu, by miał co kochać. I to w sumie wszystko, poza wstępem są może jeszcze trzy sceny w których coś mówią. Cała reszta to akcja, i w zasadzie to była całkiem satysfakcjonująca.
Fabuła jest znośna. Daje kontekst, jest bardzo podstawowa, nie przeszkadza. Wiedziałem, kto jest kim i co się dzieje. Dobrze łączy poważne akcenty z komiksowymi scenami przemocy - gdy John Wick leci na plecy z 1 piętra, czuć jego ból. Ale zaraz potem wstaje i sobie idzie, ledwo bo ledwo, ale jednak pozostaje to spójne. Jest tu nawet miejsce dla absurdalnego hotelu dla morderców, w którym jest lekarz przez 24/7, za pokój pewnie płaci się w milionach za godzinę, i nikt nie zadaje pytań. Dodatkowo, za recepcją stoi Matthew Abaddon, z jakiegoś powodu posługujący się akcentem nie dającym się zidentyfikować. Lester Freamon też się pojawi, ale jego nie warto nawet wspominać, i sam nie wiem, po co tu wystąpił.
niedziela, 21 grudnia 2014
Nietykalni (5/10)
Crime, 1987
Jeden z moich pierwszych ulubionych filmów. Widziałem go tak dawno temu, że nic z niego nie pamiętałem. Tylko dlatego obeszło mnie, że okazał się po latach taki banalny. Za jakiegoś klasyka chyba nie jest uznawany, zgadza się? Więc to tylko porcja marudzenia Garreta. Wyjątkowo bez spoilerów.
Film opowiada o policjancie granym przez Costnera, który zasadza się na Ala Capone'a. Czasy prohibicji, zakazano alkoholu. Czemu? Nieważne. I bohater będzie pilnować tego przepisu, ruszy na krucjatę przeciwko gangsterom zarabiających na alkoholu. Powód? Takie jest prawo. I to wszystko. Dokładnie, postacią pozytywny jest tu ktoś, kto kilka lat wcześniej walczyłby w imię niewolnictwa. Głębokie.
A jak walczy? Przy pomocy Seana Connery'ego, który ma informatora, który pozwala dojść do kolejnych punktów fabuły. Dzięki niemu wiadomo, gdzie uderzyć by zabolało Capone'a. Zero śledztwa, po prostu otwierane jest ciasteczko z wróżbą... Przynajmniej by tak było, gdyby scenarzyści nie byli zbyt leniwi nawet na to.
A to tylko jeden ze ułomnych stron, nie pozwalających zaistnieć jakiejś dramaturgii. Drugim jest brak przekonania mnie w cokolwiek. Costner jest na krucjacie przeciwko alkoholowi, pierwsza jego akcja. Okazuje się, że nie wyszło. Bo nie. Informator się mylił, a może specjalnie podał mu złe dane? A po co to komu? Grunt, że nie wyszło. I gazety od razu piszą o "porażce". Dużymi literami. I to najwyraźniej wystarczyło, by Costner popadł w depresję. Ta, nie brzmi to zbyt poważnie, prawda? I tak jest z całą fabułą. Zero dramaturgii.
Bo jak może być, skoro tu co chwila są tak dziwne rzeczy, że to zahacza o absurd? Sean Connery tłumaczący Costnerowi jak strzelać do przeciwnika - to brzmiało jak astronauci w "Interstellar" wyjaśniający sobie hiperprzestrzeń. Nietykalni uderzają mocno w interes Capone'a po raz pierwszy. W gazetach piszą o Costnerze, że jest na misji przeciwko prohibicji. Co robi Capone'a? Wysyła gościa, by dał łapówkę naszemu szeryfowi. A ten w odpowiedzi mówi: "Nie" i wypycha go przez drzwi, zamiast aresztować. Trochę później - ktoś zakrada się do domu jednego z bohaterów. Wydaje się, że go zaskoczy z nożem, ale nasz człowiek jednak jest cwany i odwraca się w samą porę. Ze strzelbą w ręku. Zastrzeli go? A gdzie tam, woli wygonić go z domu jakby był muchą. Mądre. Przecież nic niefortunnego z tego nie wyniknie, prawda?
Nawet w jednej z ostatnich scen na peronie, która miała przecież potencjał na bycie jedną z najlepszych w historii kina - nawet w niej trzeba było wsadzić jakiś leniwy absurd. Tym razem jest to kobieta która nie potrafi biec w linii prostej. Woli się położyć i wyciągać ręce w kierunku swojego dziecka, oraz krzyczeć niemo. To jest tak bolesne, że mi wykrzywiło ryj. Przecież to tak łatwo dałoby się naprawić, przecież reszta była tak piękna. Idealnie zmontowana i wyreżyserowana, a wślizg Garcii jest kozacki, aż chciałem podskoczyć na kanapie i wybić łbem dziurę w suficie by sąsiadowi z góry przybić piątkę. Tak bardzo chciałbym pokochać tę scenę...
Ale nie da się. Cały film jest banalny, leniwy i do bólu podstawowy. Policjanci i złodzieje, piu, piu, piu, Yupikajej gówniarzu. The End.
Jeden z moich pierwszych ulubionych filmów. Widziałem go tak dawno temu, że nic z niego nie pamiętałem. Tylko dlatego obeszło mnie, że okazał się po latach taki banalny. Za jakiegoś klasyka chyba nie jest uznawany, zgadza się? Więc to tylko porcja marudzenia Garreta. Wyjątkowo bez spoilerów.
Film opowiada o policjancie granym przez Costnera, który zasadza się na Ala Capone'a. Czasy prohibicji, zakazano alkoholu. Czemu? Nieważne. I bohater będzie pilnować tego przepisu, ruszy na krucjatę przeciwko gangsterom zarabiających na alkoholu. Powód? Takie jest prawo. I to wszystko. Dokładnie, postacią pozytywny jest tu ktoś, kto kilka lat wcześniej walczyłby w imię niewolnictwa. Głębokie.
A jak walczy? Przy pomocy Seana Connery'ego, który ma informatora, który pozwala dojść do kolejnych punktów fabuły. Dzięki niemu wiadomo, gdzie uderzyć by zabolało Capone'a. Zero śledztwa, po prostu otwierane jest ciasteczko z wróżbą... Przynajmniej by tak było, gdyby scenarzyści nie byli zbyt leniwi nawet na to.
A to tylko jeden ze ułomnych stron, nie pozwalających zaistnieć jakiejś dramaturgii. Drugim jest brak przekonania mnie w cokolwiek. Costner jest na krucjacie przeciwko alkoholowi, pierwsza jego akcja. Okazuje się, że nie wyszło. Bo nie. Informator się mylił, a może specjalnie podał mu złe dane? A po co to komu? Grunt, że nie wyszło. I gazety od razu piszą o "porażce". Dużymi literami. I to najwyraźniej wystarczyło, by Costner popadł w depresję. Ta, nie brzmi to zbyt poważnie, prawda? I tak jest z całą fabułą. Zero dramaturgii.
Bo jak może być, skoro tu co chwila są tak dziwne rzeczy, że to zahacza o absurd? Sean Connery tłumaczący Costnerowi jak strzelać do przeciwnika - to brzmiało jak astronauci w "Interstellar" wyjaśniający sobie hiperprzestrzeń. Nietykalni uderzają mocno w interes Capone'a po raz pierwszy. W gazetach piszą o Costnerze, że jest na misji przeciwko prohibicji. Co robi Capone'a? Wysyła gościa, by dał łapówkę naszemu szeryfowi. A ten w odpowiedzi mówi: "Nie" i wypycha go przez drzwi, zamiast aresztować. Trochę później - ktoś zakrada się do domu jednego z bohaterów. Wydaje się, że go zaskoczy z nożem, ale nasz człowiek jednak jest cwany i odwraca się w samą porę. Ze strzelbą w ręku. Zastrzeli go? A gdzie tam, woli wygonić go z domu jakby był muchą. Mądre. Przecież nic niefortunnego z tego nie wyniknie, prawda?
Nawet w jednej z ostatnich scen na peronie, która miała przecież potencjał na bycie jedną z najlepszych w historii kina - nawet w niej trzeba było wsadzić jakiś leniwy absurd. Tym razem jest to kobieta która nie potrafi biec w linii prostej. Woli się położyć i wyciągać ręce w kierunku swojego dziecka, oraz krzyczeć niemo. To jest tak bolesne, że mi wykrzywiło ryj. Przecież to tak łatwo dałoby się naprawić, przecież reszta była tak piękna. Idealnie zmontowana i wyreżyserowana, a wślizg Garcii jest kozacki, aż chciałem podskoczyć na kanapie i wybić łbem dziurę w suficie by sąsiadowi z góry przybić piątkę. Tak bardzo chciałbym pokochać tę scenę...
Ale nie da się. Cały film jest banalny, leniwy i do bólu podstawowy. Policjanci i złodzieje, piu, piu, piu, Yupikajej gówniarzu. The End.
Top 5 De Palmy
1. Wybuch
2. Człowiek z blizną
3. Ważniaki
4. Czarna Dalia
5. Życie Carlita
niedziela, 30 listopada 2014
Wolny strzelec (+ anegdota z kina)
Neo-noir, 2014
Po ulicach Los Angeles jeździ kilku ludzi z kamerami. Nie są związani z żadną ze stacji telewizyjnych, ale zależy im, by być na miejscu zdarzeń pierwszymi i sprzedać nagranie do którejś. To może być wypadek, pożar, strzelanina, katastrofa, napad z włamaniem - cokolwiek. Lou Bloom jest samotnikiem - ma własną kamerę, jeździ własnym samochodem, sam zatrudnia pomocnika który robi za drugi obiektyw oraz GPS. Z pozoru liczy się tylko mięsisty materiał, który będzie można skadrować i wziąć za niego hajs. Sprawa jednak nie jest tak banalna - temat kontrowersyjności oraz pokazywania treści graficznych przez media to tu wątek ledwo obecny. Sama prezentacji pracy w stacji czy policji na miejscu zbrodni jest nieco zbanalizowana i "byle-jaka". Szczególnie, jeśli oglądaliście wcześniej "Newsroom".:)
Mnie zaintrygował główny bohater, który nie jest jasny i łatwy do przewidzenia. To głównie zaleta całej produkcji - wiele tu chwil które nie są standardowe i nie idą zgodnie z myślą widza oczekującego typowego kina. Główny bohater jest niespodzianką w każdej kolejnej scenie, pokazuje niebywałą klasę i styl, a wszystkiego jego skrajności łączą się w całość, reżyser nie utrudnia ani też nie ułatwia dokładnego poznania go. Wszystko jednak tworzy spójny, logiczny obraz, który dostarcza odpowiedzi, chociaż w związku z zakończeniem - o którym za chwilę, bez spoilerów - nie bardzo wiem, co z tymi odpowiedziami mam teraz zrobić.
Lou Bloom z jednej strony zatrudnia pomocnika, by ten pomagał mu z nawigacją gdy ten będzie prowadził swoje auto z dociśniętym gazem przez nocne LA, z drugiej - zna miasto lepiej od niego, i orientuje się w tym, które ulice są w trakcie remontu. Nagrywa fenomenalny materiał na którym widzi bandytów, by następnie wyciąć wstęp i nie pokazać go policji. A resztę zanosi do najpodlejszej telewizji w mieście by wytrzeć tamtejszą prezes o podłogę, dobitnie uświadamiając jej, że bez jego materiałów oglądalność spadnie i ta poleci ze stanowiska. Kim jest bohater i jakie są jego prawdziwe motywacje? Zastanawiałem się nad tym gdy razem jeździliśmy rozświetlonymi w mroku ulicami Los Angeles jego klasycznym, czerwonym samochodem.
To po prostu porządna produkcja. Sprawnie wyreżyserowana, dobrze odegrana, ciekawie napisana (najlepszy składnik). Ma prawie wszystko co było trzeba, po seansie powinniście być usatysfakcjonowani. Ja na pewno, bo nawet zakończenie było słabe w taki obiecujący sposób. Moja ocena byłaby wyższa, gdyby nie finał. Napisać, że film się urywa, to za mało. On się dopiero zaczął rozkręcać. To powinna być dopiero pierwsza trzecia opowieści. To był jedynie pilot serialu, który anulowano i nie zobaczę drugiego odcinka. Prezentacja bohatera, pomysłu, tylko rozwinięcia brakuje. Co też wywołuje we mnie pozytywne uczucie - chciałem więcej.
A może za rok Netflix zapowie pierwszą serię "Nightcrawlera"? Byłoby miło. Opening z Judas Priest itd...
Po ulicach Los Angeles jeździ kilku ludzi z kamerami. Nie są związani z żadną ze stacji telewizyjnych, ale zależy im, by być na miejscu zdarzeń pierwszymi i sprzedać nagranie do którejś. To może być wypadek, pożar, strzelanina, katastrofa, napad z włamaniem - cokolwiek. Lou Bloom jest samotnikiem - ma własną kamerę, jeździ własnym samochodem, sam zatrudnia pomocnika który robi za drugi obiektyw oraz GPS. Z pozoru liczy się tylko mięsisty materiał, który będzie można skadrować i wziąć za niego hajs. Sprawa jednak nie jest tak banalna - temat kontrowersyjności oraz pokazywania treści graficznych przez media to tu wątek ledwo obecny. Sama prezentacji pracy w stacji czy policji na miejscu zbrodni jest nieco zbanalizowana i "byle-jaka". Szczególnie, jeśli oglądaliście wcześniej "Newsroom".:)
Mnie zaintrygował główny bohater, który nie jest jasny i łatwy do przewidzenia. To głównie zaleta całej produkcji - wiele tu chwil które nie są standardowe i nie idą zgodnie z myślą widza oczekującego typowego kina. Główny bohater jest niespodzianką w każdej kolejnej scenie, pokazuje niebywałą klasę i styl, a wszystkiego jego skrajności łączą się w całość, reżyser nie utrudnia ani też nie ułatwia dokładnego poznania go. Wszystko jednak tworzy spójny, logiczny obraz, który dostarcza odpowiedzi, chociaż w związku z zakończeniem - o którym za chwilę, bez spoilerów - nie bardzo wiem, co z tymi odpowiedziami mam teraz zrobić.
Lou Bloom z jednej strony zatrudnia pomocnika, by ten pomagał mu z nawigacją gdy ten będzie prowadził swoje auto z dociśniętym gazem przez nocne LA, z drugiej - zna miasto lepiej od niego, i orientuje się w tym, które ulice są w trakcie remontu. Nagrywa fenomenalny materiał na którym widzi bandytów, by następnie wyciąć wstęp i nie pokazać go policji. A resztę zanosi do najpodlejszej telewizji w mieście by wytrzeć tamtejszą prezes o podłogę, dobitnie uświadamiając jej, że bez jego materiałów oglądalność spadnie i ta poleci ze stanowiska. Kim jest bohater i jakie są jego prawdziwe motywacje? Zastanawiałem się nad tym gdy razem jeździliśmy rozświetlonymi w mroku ulicami Los Angeles jego klasycznym, czerwonym samochodem.
To po prostu porządna produkcja. Sprawnie wyreżyserowana, dobrze odegrana, ciekawie napisana (najlepszy składnik). Ma prawie wszystko co było trzeba, po seansie powinniście być usatysfakcjonowani. Ja na pewno, bo nawet zakończenie było słabe w taki obiecujący sposób. Moja ocena byłaby wyższa, gdyby nie finał. Napisać, że film się urywa, to za mało. On się dopiero zaczął rozkręcać. To powinna być dopiero pierwsza trzecia opowieści. To był jedynie pilot serialu, który anulowano i nie zobaczę drugiego odcinka. Prezentacja bohatera, pomysłu, tylko rozwinięcia brakuje. Co też wywołuje we mnie pozytywne uczucie - chciałem więcej.
A może za rok Netflix zapowie pierwszą serię "Nightcrawlera"? Byłoby miło. Opening z Judas Priest itd...
6/10
Anegdota: nie widziałem początku filmu. Seans był w innym mieście, do którego jedzie się 20 minut. 16:20 bus, o 16:45 "Wolny strzelec" miał się zacząć. Pierwszy się spóźnił, byłem na miejscu o 16:50. Miasta w ogóle nie znałem, jeszcze się zgubiłem, na szczęście starsza para mnie zaprowadziła do kina, bo miała po drodze. Będę im to pamiętał. Tu najlepsze: z powodu wyborów wejście do kina było "Obok". Wchodzę z boku i nikogo, żywego człowieka. Otwieram jedne drzwi, kotara i film słyszę za nimi. Drugie drzwi otwieram, to samo. Innych nie ma, to stwierdzam, że zapłacę po seansie i wchodzę. Przyszedłem na scenę, w której Lou zatrudnia chłopaka, jadą, tamten pomylił się o 2 przecznicę, potem ćwiczyli nawigację podczas szybkiej jazdy.
Jakoś na 30 minut przed końcem, gdy Lou i chłopak kłócili się o wynagrodzenie przed czuwaniem pod domem podejrzanych, do sali kinowej wszedł mężczyzna. Bez kurtki, z plakietką. Wtedy jakoś dotarło do mnie, że ten wieczór mogę skończyć w areszcie. Natychmiast wymyśliłem sobie, że zobaczył na kamerze jak wchodzę i tylko czeka jak będę wychodził. To zagadałem do niego, wyjaśniłem sytuację, a on: "Aha... Tak, nie ma problemu" i wrócił do oglądania. Zamieszanie w związku z wyborami, nawet przeprosił. A po seansie stwierdził, że nie ważne. Nawet jak nalegałem, że chcę zapłacić, to nie chciał (bo wciąż zamieszanie i problemy w związku z wyborami). Jest jeszcze opcja kupna przez Internet, jeśli będzie więcej seansów to na pewno kupię. W końcu to tylko 13 złotych miało być... W sumie obejrzenie filmu wyniosło mnie tyle ile bilet na bus w obie strony, czyli 8 zeta.:)
Tak w ogóle to pierwszy raz byłem w sali kinowej z balkonem. Albo drugi. Pamięta ktoś kino Kosmos w Lublinie? Byłem w nim na Spider-Manie 2, i nie mam pewności.
sobota, 25 października 2014
21 Jump Street (7/10)
Buddy, 2012
Komedia oparta na humorze obrazowym. Śmieszy mnie to, co widzę, a nie słuchanie dialogów. Bardzo dawno nie było takiej produkcji. Fabuła kręci się wokół dwójki mężczyzn. Jednym jest Channing Tatum z długimi włosami (ło kurde!) i Jonah Hill wyglądający jak niski i szerszy Slim Shady (ło kurwa!). Obaj chodzą do liceum, jednak nie osiągają tam sukcesów - pierwszy jest lubiany, ale ledwo zdał. Drugi jest utalentowany, jednak nikt go nie lubi. Obaj trafiają niezależnie od siebie do służby, i będą policjantami. Pierwszy lepiej sobie radzi na treningu, drugi na testach z praw. Uzupełniają się, więc zostają kumplami. Pomagają sobie, zdają i z wielkimi honorami zostają mianowani stróżami prawa. Prawdziwymi mężczyznami, najtwardszymi ludźmi w galaktyce...
A w następnym ujęciu jadą rowerami po parku. Nowoczesna straż miejska. Padam ze śmiechu, "to trzeba zobaczyć" - ostatnio zdaje się mówić w ten sposób wyłącznie o złych filmach, a komedie można by równie dobrze zamienić na słuchowiska radiowe. "21 Jump Street" wykorzystuje inny typ humoru, i chwała mu za to. Śmiałem się ze sceny aresztowań, z bijatyki na imprezie, z silnych kontrastów gdy wrócili do szkoły, z jazdy po narkotykach gdy wyprawiali różne pokręcone rzeczy... Tego jak aktorzy się zachowują, co robią i jak to wszystko wygląda. Na końcu jedna postać z drugiego planu zdejmuje brodę i kim się ona okazuje?! Tego nie można opisać. To trzeba zobaczyć.
A do tego garść przezabawnych dialogów. Jak wtedy, gdy Channing Tatum osłonił przyjaciela przed kulą: Zasłoniłeś mnie własną piersią! Tak jak mówiłeś!; No, mam teraz mieszane uczucia.
Komedia oparta na humorze obrazowym. Śmieszy mnie to, co widzę, a nie słuchanie dialogów. Bardzo dawno nie było takiej produkcji. Fabuła kręci się wokół dwójki mężczyzn. Jednym jest Channing Tatum z długimi włosami (ło kurde!) i Jonah Hill wyglądający jak niski i szerszy Slim Shady (ło kurwa!). Obaj chodzą do liceum, jednak nie osiągają tam sukcesów - pierwszy jest lubiany, ale ledwo zdał. Drugi jest utalentowany, jednak nikt go nie lubi. Obaj trafiają niezależnie od siebie do służby, i będą policjantami. Pierwszy lepiej sobie radzi na treningu, drugi na testach z praw. Uzupełniają się, więc zostają kumplami. Pomagają sobie, zdają i z wielkimi honorami zostają mianowani stróżami prawa. Prawdziwymi mężczyznami, najtwardszymi ludźmi w galaktyce...
A w następnym ujęciu jadą rowerami po parku. Nowoczesna straż miejska. Padam ze śmiechu, "to trzeba zobaczyć" - ostatnio zdaje się mówić w ten sposób wyłącznie o złych filmach, a komedie można by równie dobrze zamienić na słuchowiska radiowe. "21 Jump Street" wykorzystuje inny typ humoru, i chwała mu za to. Śmiałem się ze sceny aresztowań, z bijatyki na imprezie, z silnych kontrastów gdy wrócili do szkoły, z jazdy po narkotykach gdy wyprawiali różne pokręcone rzeczy... Tego jak aktorzy się zachowują, co robią i jak to wszystko wygląda. Na końcu jedna postać z drugiego planu zdejmuje brodę i kim się ona okazuje?! Tego nie można opisać. To trzeba zobaczyć.
A do tego garść przezabawnych dialogów. Jak wtedy, gdy Channing Tatum osłonił przyjaciela przed kulą: Zasłoniłeś mnie własną piersią! Tak jak mówiłeś!; No, mam teraz mieszane uczucia.
niedziela, 5 października 2014
Dzikie historie (6/10)
Anthology Film & Black Comedy, 2014
Sześć nowelek spiętych pod jednym, ogólnym tytułem... i niczym więcej, poza niecodziennym poczuciem humoru oraz niezwykłymi pomysłami na historię. I chociaż zalatuje to "Strefą mroku", nie jest to mój ulubiony model produkcji. Jako miniserial bardziej by się nadawał do oglądania. Gdy kilka odcinków TRZEBA oglądać pod rząd, to ja dosyć szybko czuję już zmęczenie. Nie pomaga fakt, że każda opowieść ma słaby, powolny wstęp, a ich poziom waha się od "reakcji Polaka na widok ze szczytu wysokiej góry" po "Garret by to wyciął".
Dlatego omówię poszczególne epizody oddzielnie.
# Epizod 3: "Znikający punkt" - 7+/10
Czyli co by się stało, gdyby Kowalski się zatrzymał w czasie przygody swojego życia by zmienić koło. A maniakalny nieznajomy wysiadł by zrobić mu kupę na przednią szybę. A Kowalski jednak nie dałby za wygraną, i nie zadowolił się tylko bezpieczną ucieczką... Festiwal groteski, przemocy i absurdu, w której żadna ze stron nie ma zamiaru dać za wygraną, a wiadomo gdzie to prowadzi. Ubaw po pachy, wcześniej obdarte ze skóry. Niezapomniany seans. Pokłony za realizację.
# Epizod 6: "Wesele" - 7/10
Żona tuż po zawarciu związku dowiaduje się, że mąż ją zdradził całkiem niedawno. Zainspirowana przez kucharza palącego na dachu, postanawia wykorzystać okazję do zrobienia piekła z życia swojego ukochanego, nie ponosząc za to winy. W końcu zasłużył, prawda? Pytanie tylko, na ile... w kilka minut standardowe wesele zmienia się w najlepszą tego typu scenę w historii kina. Z początku wydaje się, że na koniec reżyser funduje "feministyczną", irytującą anegdotę, ale w sprytny sposób z tego wybrnął. Plus romantyczne zakończenie i milczące sceny, gdzie cały humor płynie jedynie z obrazu. Seans niezapomniany.
Sześć nowelek spiętych pod jednym, ogólnym tytułem... i niczym więcej, poza niecodziennym poczuciem humoru oraz niezwykłymi pomysłami na historię. I chociaż zalatuje to "Strefą mroku", nie jest to mój ulubiony model produkcji. Jako miniserial bardziej by się nadawał do oglądania. Gdy kilka odcinków TRZEBA oglądać pod rząd, to ja dosyć szybko czuję już zmęczenie. Nie pomaga fakt, że każda opowieść ma słaby, powolny wstęp, a ich poziom waha się od "reakcji Polaka na widok ze szczytu wysokiej góry" po "Garret by to wyciął".
Dlatego omówię poszczególne epizody oddzielnie.
# Epizod 3: "Znikający punkt" - 7+/10
Czyli co by się stało, gdyby Kowalski się zatrzymał w czasie przygody swojego życia by zmienić koło. A maniakalny nieznajomy wysiadł by zrobić mu kupę na przednią szybę. A Kowalski jednak nie dałby za wygraną, i nie zadowolił się tylko bezpieczną ucieczką... Festiwal groteski, przemocy i absurdu, w której żadna ze stron nie ma zamiaru dać za wygraną, a wiadomo gdzie to prowadzi. Ubaw po pachy, wcześniej obdarte ze skóry. Niezapomniany seans. Pokłony za realizację.
# Epizod 6: "Wesele" - 7/10
Żona tuż po zawarciu związku dowiaduje się, że mąż ją zdradził całkiem niedawno. Zainspirowana przez kucharza palącego na dachu, postanawia wykorzystać okazję do zrobienia piekła z życia swojego ukochanego, nie ponosząc za to winy. W końcu zasłużył, prawda? Pytanie tylko, na ile... w kilka minut standardowe wesele zmienia się w najlepszą tego typu scenę w historii kina. Z początku wydaje się, że na koniec reżyser funduje "feministyczną", irytującą anegdotę, ale w sprytny sposób z tego wybrnął. Plus romantyczne zakończenie i milczące sceny, gdzie cały humor płynie jedynie z obrazu. Seans niezapomniany.
Etykiety:
2014,
Anthology Film,
Argentina,
Black Comedy,
Crime,
Satire,
Thriller
sobota, 30 sierpnia 2014
Cold in July
Psychological Thriller, 2014
Proste, męskie kino. Schemat znany z kina B opowiedziano w dobry sposób, wzięto do głównej roli Michaela Carlyle Halla, trzymano wszystko najprościej jak się da... Garret jest zadowolony. Akcja "Mroźnego lipca" rozgrywa się w niedalekiej przeszłości, na południu Stanów Zjednoczonych. Pierwsze sceny mają miejsce w nocy - żona budzi śpiącego obok męża. Ktoś jest w domu, słychać tę osobę. Richard Dane natychmiast zrywa się, wyciąga z pudełka rewolwer i zaczyna go ładować - już w tym momencie widać, po tym, jak ta postać wkłada kolejne naboje trzęsącymi się dłońmi, że reżyser wiedział co robi. Z rozmysłem obsadził takiego aktora jak Hall w roli szarego ojca, i nie pomylił się. Richard podczas skradania się po własnym domu przekonuje się na własne oczy, że faktycznie ktoś tu jest. A wystrzał nie był do końca kontrolowany. W jednej chwili tylko w niego celował, w drugiej krew tamtego zachlapała jego cenną ścianę.
Policja przyjeżdża, identyfikuje ciało włamywacza... i przy okazji wspomina, że ten miał tylko ojca. Który właśnie wyszedł z więzienia po wielu latach. Jeśli spodziewacie się, że ten będzie chciał się zemścić na mordercy jego syna, to macie rację. Jeśli spodziewacie się powtórki z "Przylądku strachu", i motywu gnębienia rodziny przez 2 dłużące się godziny, to zostaniecie mile zaskoczeni. Bo ojciec szybko dokonuje ataku, i równie szybko zostaje złapany. Tu następuje pierwszy zwrot akcji - nagle okazuje się, że oglądam coś innego niż myślałem. Kino klasy B? Nie do końca!
Proste, męskie kino. Schemat znany z kina B opowiedziano w dobry sposób, wzięto do głównej roli Michaela Carlyle Halla, trzymano wszystko najprościej jak się da... Garret jest zadowolony. Akcja "Mroźnego lipca" rozgrywa się w niedalekiej przeszłości, na południu Stanów Zjednoczonych. Pierwsze sceny mają miejsce w nocy - żona budzi śpiącego obok męża. Ktoś jest w domu, słychać tę osobę. Richard Dane natychmiast zrywa się, wyciąga z pudełka rewolwer i zaczyna go ładować - już w tym momencie widać, po tym, jak ta postać wkłada kolejne naboje trzęsącymi się dłońmi, że reżyser wiedział co robi. Z rozmysłem obsadził takiego aktora jak Hall w roli szarego ojca, i nie pomylił się. Richard podczas skradania się po własnym domu przekonuje się na własne oczy, że faktycznie ktoś tu jest. A wystrzał nie był do końca kontrolowany. W jednej chwili tylko w niego celował, w drugiej krew tamtego zachlapała jego cenną ścianę.
Policja przyjeżdża, identyfikuje ciało włamywacza... i przy okazji wspomina, że ten miał tylko ojca. Który właśnie wyszedł z więzienia po wielu latach. Jeśli spodziewacie się, że ten będzie chciał się zemścić na mordercy jego syna, to macie rację. Jeśli spodziewacie się powtórki z "Przylądku strachu", i motywu gnębienia rodziny przez 2 dłużące się godziny, to zostaniecie mile zaskoczeni. Bo ojciec szybko dokonuje ataku, i równie szybko zostaje złapany. Tu następuje pierwszy zwrot akcji - nagle okazuje się, że oglądam coś innego niż myślałem. Kino klasy B? Nie do końca!
Etykiety:
2014,
Crime,
Neo-Noir,
Psychological Thriller,
Thriller,
United States
niedziela, 2 lutego 2014
American Hustle (6/10)
Crime & Black Comedy, 2013
Para oszustów zostaje nakryta przez FBI. Zamiast jednak ich skazać, oferują im współpracę przy rozpracowywaniu kolejnych przestępców. Oczywiście zgadzają się. "American Hustle" to udana komedia kryminalna, choć nie wyróżniają się ani poczuciem humoru ani niczym innym. Postaci i ich imion nie pamiętam, fabuła ulatuje z pamięci, pozostaje tylko wrażenie miło spędzonego czasu. Dialogów słuchałem z przyjemnością, a ogólny kierunek humoru całkiem mi odpowiadał - nie mogłem się nie uśmiechać widząc "Some of this actually happen" otwierające film (zamiast standardowego "Based on true story"), albo Christiana Bale'a z brzuszkiem, przyklejającego sobie perukę na łysinę. Aż do końca miałem gwarancję, że co chwila zobaczę jakiś miły moment, dzięki czemu seans był całkiem sporą przyjemnością.
Oddzielne są dwie kwestie, których zupełnie nie rozumiem. Pierwsza to Amy Adams, która dwa lata temu tańczyła z Muppetami, a teraz chodzi z biustem na wierzchu, ponieważ... Jakieś propozycje? Po drugie, piosenki. W czasie seansu usłyszałem między innymi "Goodbye Yellow Brick Road" Eltona Johna albo "I Saw The Light" Todda Rundgrena. To oczywiście dobre piosenki i było mi miło je ponownie usłyszeć, ale jaki był powód ich obecności? Strasznie dziwne było oglądanie czołówki, w której bohaterowie mają gdzieś iść, i w czasie gdy idą a potem wchodzą do pokoju, tempo zwolniło, a ja usłyszałem "Dirty Work" Steely Dan. Bardzo dobry kawałek, strasznie go lubię - ale co on miał wspólnego z filmem? Tekst się zgadzał, ale cały klimat tego utworu już nie. Do niczego - do filmu, do sceny, do intra, a szczególnie do umiejscowienia w czołówce. Najdziwniejsza scena to "Live and Let Die" wykonywana na niby (!) przez Jennifer Lawrence (!) do jej... synka (!) przy sprzątaniu (!). I trzęsie przy tym głową, i jest strasznie... do dupy.
Ponoć chodzi o to, że "American Hustle" miał w założeniu być kiczowaty. Eeetam... Za często coś ostatnio słyszę tę wymówkę.
https://rateyourmusic.com/film/american_hustle/
Para oszustów zostaje nakryta przez FBI. Zamiast jednak ich skazać, oferują im współpracę przy rozpracowywaniu kolejnych przestępców. Oczywiście zgadzają się. "American Hustle" to udana komedia kryminalna, choć nie wyróżniają się ani poczuciem humoru ani niczym innym. Postaci i ich imion nie pamiętam, fabuła ulatuje z pamięci, pozostaje tylko wrażenie miło spędzonego czasu. Dialogów słuchałem z przyjemnością, a ogólny kierunek humoru całkiem mi odpowiadał - nie mogłem się nie uśmiechać widząc "Some of this actually happen" otwierające film (zamiast standardowego "Based on true story"), albo Christiana Bale'a z brzuszkiem, przyklejającego sobie perukę na łysinę. Aż do końca miałem gwarancję, że co chwila zobaczę jakiś miły moment, dzięki czemu seans był całkiem sporą przyjemnością.
Oddzielne są dwie kwestie, których zupełnie nie rozumiem. Pierwsza to Amy Adams, która dwa lata temu tańczyła z Muppetami, a teraz chodzi z biustem na wierzchu, ponieważ... Jakieś propozycje? Po drugie, piosenki. W czasie seansu usłyszałem między innymi "Goodbye Yellow Brick Road" Eltona Johna albo "I Saw The Light" Todda Rundgrena. To oczywiście dobre piosenki i było mi miło je ponownie usłyszeć, ale jaki był powód ich obecności? Strasznie dziwne było oglądanie czołówki, w której bohaterowie mają gdzieś iść, i w czasie gdy idą a potem wchodzą do pokoju, tempo zwolniło, a ja usłyszałem "Dirty Work" Steely Dan. Bardzo dobry kawałek, strasznie go lubię - ale co on miał wspólnego z filmem? Tekst się zgadzał, ale cały klimat tego utworu już nie. Do niczego - do filmu, do sceny, do intra, a szczególnie do umiejscowienia w czołówce. Najdziwniejsza scena to "Live and Let Die" wykonywana na niby (!) przez Jennifer Lawrence (!) do jej... synka (!) przy sprzątaniu (!). I trzęsie przy tym głową, i jest strasznie... do dupy.
Ponoć chodzi o to, że "American Hustle" miał w założeniu być kiczowaty. Eeetam... Za często coś ostatnio słyszę tę wymówkę.
https://rateyourmusic.com/film/american_hustle/
wtorek, 14 stycznia 2014
(serial) Sherlock - sezon III
Czemu ten serial jest dobry? Bo nie zważa na fakt bycia adaptacją. Zawsze w wypadku przekładania czegoś na nowe medium coś jest niedopowiedziane, zostaje zmodyfikowane, skrócone albo "musiało tak być, bo tak było w oryginale, chociaż to głupie". "Sherlock" jest kompletny, bo oddzielny, a jednocześnie w kontakcie z pierwowzorem. To konstrukcja zbudowana niemal od samego początku, mająca być samowystarczalna. Nie jest istotne, że Conan Doyle stworzył kiedyś postać bardzo spostrzegawczego człowieka z fotograficzną pamięcią, dodał mu przyjaciela imieniem John Watson, i oni rozwiązywali sobie zagadki kryminalne, wykorzystując przywilej bycia postaciami fikcyjnymi. "Sherlock" to coś, co można oceniać w osobnych kryteriach. Popis aktorstwa, inteligencji scenarzystów przy budowaniu intryg, ich umiejętności przy pisaniu dialogów oraz relacji... O montażu, zdjęciach i edycji nie trzeba nawet wspominać. To wciąż Top 3 wszechczasów pod tym względem, na równi z "Breaking Bad" oraz "Planet Earth".
Nigdy wcześniej nie pisałem o tym serialu, stąd taki wstęp. A teraz - sezon trzeci, pierwsza ważna premiera 2014 roku. Jeśli nie pamiętacie co się wydarzyło wcześniej to przypomnę: Sherlock skoczył z dachu i się zabił, Watson zapuścił wąsy co przyciągnęło żonę, Molly została lesbijką, Lestrade popełnił samobójstwo bo coraz więcej spraw nie dawał rady rozwiązać... Po co to piszę, przecież wszyscy wiecie co się stało. Clifhanger na koniec drugiego sezonu trzymał was za gardło przez prawie 24 miesiące (!!!), dając pole do popisu spekulantom. Niektórzy z nich nawet gadali,że Sherlock wcale nie umarł... Dziś istotne jest tylko jedno: czy serial trzyma poziom? Tak.
"Sherlock" nadal ocieka od ilości pracy przy nim wykonanej, chociaż niekoniecznie w rejonach które by mnie najbardziej usatysfakcjonowały. Nie pod względem fabuły całego sezonu, w obrębie samych odcinków jest całkiem dobrze, pomysłów na rozwój wydarzeń oraz budowanie napięcia nie brakowało, ale gdy spojrzeć na to z dystansu nie było tu jakiegoś spójnego motywu lub wątku. Do tego kilka historii kończy się "tak po prostu", po najmniejszej linii oporu.
Ale w kwestii relacji lub budowania postaci serial wszedł na zupełnie nowy poziom. Benedict Cumberbatch i Martin Freeman dostali tyle materiału do grania, że nawet jakby nie miałyby sensu, i tak byłyby złotem. Patrzenie na nich to czysta przyjemność. Będą mieć tyle niezwykłych chwil - śmiesznych oraz poważnych, będą razem pić, grać, bić się, krzyczeć na siebie... A zważcie na to, że nie mogę nic konkretnego napisać, co w tym sezonie bohaterowie będą robić. Postać Sherlocka postanowiono potraktować nieco poważniej, opowiedzieć nieco o jego dzieciństwie, stanie psychicznym i tym jak się sam ze sobą czuje. Watson będzie nieco istotniejszą postacią, bardziej zaangażowaną i mającą zdanie. Poważnie potraktowano nowy rozdział w znajomości głównych bohaterów, kiedy już nie mieszkają razem i muszą "przejść dalej". Świetnie poradzono sobie z wprowadzeniem nowej postaci, i jasno określono jej związek ze starymi.
W sumie sezon trzyma poziom - tu trochę mniej, w innym miejscu dużo lepiej, razem się to zbilansowało. Czekam na czwarty sezon. Clifhanger na złoto, o którym wprawdzie mogę napisać złe słowo lub dwa, mimo wszystko jednak jednak daje pewność, że twórcy widzą wszystko z o wiele szerszej perspektywie. Sezon trzeci był tylko przystankiem między drugim i czwartym, potrzebna była przerwa między pewnymi motywami. Stąd też brak pewnych tematów w trzecim, co pewnie zdenerwuje niektórych. Ale radzę wam - wstrzymajcie się do premiery sezonu czwartego. Ja tak zrobię.
Do przeczytania za dwa lata. A w tym czasie połknę ostatnie trzy epizody z siedem razy, gdy polecą w telewizji.
Nigdy wcześniej nie pisałem o tym serialu, stąd taki wstęp. A teraz - sezon trzeci, pierwsza ważna premiera 2014 roku. Jeśli nie pamiętacie co się wydarzyło wcześniej to przypomnę: Sherlock skoczył z dachu i się zabił, Watson zapuścił wąsy co przyciągnęło żonę, Molly została lesbijką, Lestrade popełnił samobójstwo bo coraz więcej spraw nie dawał rady rozwiązać... Po co to piszę, przecież wszyscy wiecie co się stało. Clifhanger na koniec drugiego sezonu trzymał was za gardło przez prawie 24 miesiące (!!!), dając pole do popisu spekulantom. Niektórzy z nich nawet gadali,że Sherlock wcale nie umarł... Dziś istotne jest tylko jedno: czy serial trzyma poziom? Tak.
"Sherlock" nadal ocieka od ilości pracy przy nim wykonanej, chociaż niekoniecznie w rejonach które by mnie najbardziej usatysfakcjonowały. Nie pod względem fabuły całego sezonu, w obrębie samych odcinków jest całkiem dobrze, pomysłów na rozwój wydarzeń oraz budowanie napięcia nie brakowało, ale gdy spojrzeć na to z dystansu nie było tu jakiegoś spójnego motywu lub wątku. Do tego kilka historii kończy się "tak po prostu", po najmniejszej linii oporu.
Ale w kwestii relacji lub budowania postaci serial wszedł na zupełnie nowy poziom. Benedict Cumberbatch i Martin Freeman dostali tyle materiału do grania, że nawet jakby nie miałyby sensu, i tak byłyby złotem. Patrzenie na nich to czysta przyjemność. Będą mieć tyle niezwykłych chwil - śmiesznych oraz poważnych, będą razem pić, grać, bić się, krzyczeć na siebie... A zważcie na to, że nie mogę nic konkretnego napisać, co w tym sezonie bohaterowie będą robić. Postać Sherlocka postanowiono potraktować nieco poważniej, opowiedzieć nieco o jego dzieciństwie, stanie psychicznym i tym jak się sam ze sobą czuje. Watson będzie nieco istotniejszą postacią, bardziej zaangażowaną i mającą zdanie. Poważnie potraktowano nowy rozdział w znajomości głównych bohaterów, kiedy już nie mieszkają razem i muszą "przejść dalej". Świetnie poradzono sobie z wprowadzeniem nowej postaci, i jasno określono jej związek ze starymi.
W sumie sezon trzyma poziom - tu trochę mniej, w innym miejscu dużo lepiej, razem się to zbilansowało. Czekam na czwarty sezon. Clifhanger na złoto, o którym wprawdzie mogę napisać złe słowo lub dwa, mimo wszystko jednak jednak daje pewność, że twórcy widzą wszystko z o wiele szerszej perspektywie. Sezon trzeci był tylko przystankiem między drugim i czwartym, potrzebna była przerwa między pewnymi motywami. Stąd też brak pewnych tematów w trzecim, co pewnie zdenerwuje niektórych. Ale radzę wam - wstrzymajcie się do premiery sezonu czwartego. Ja tak zrobię.
Do przeczytania za dwa lata. A w tym czasie połknę ostatnie trzy epizody z siedem razy, gdy polecą w telewizji.
czwartek, 11 lipca 2013
Włóczęga ze strzelbą (wzruszenie ramion)
Exploitation & Splatter, 2011
Rutger Hauer jako podstarzały bezdomny trafia do miasta w którym dzieją się okropne rzeczy. Wszystkim zdaje się rządzić sadystyczny Drake i jego synowie, urządzają brutalne pokazy, wolno im dosłownie wszystko. Pewnego razu, nasz bezdomny postanawia się temu sprzeciwić.
Film zyskuje na pewno oryginalnością i konsekwencją. To zawsze dobre rzeczy - chciano by widz nienawidził Drake'a, by ten umrzył w najbardziej makabryczny sposób, i to osiągnięto. Dano mu do roboty mnóstwo złych rzeczy, reszta miasta też się popisze (jakiś chłop płacący bezdomnym za jedzenie szkła przed kamerą itp.). Wszystko to będzie naprawdę brutalne, obrzydliwe i wulgarne. Kołnierz z włazu kanałowego, takie coś umieszczamy wokół pana X, spuszczamy go do kanałów by na ulicy była tylko jego głowa, obwiązujemy ją sznurem podczepionym do odjeżdżającego motoru... A po wszystkim niech jeszcze jakaś dziewczyna zatańczy w strugach tryskającej krwi. Super.
Akcja nie jest już zbyt podniecająca, bo po początkującej ferii prostego strzelania twórcy zaczynają komplikować sprawę. I tak np. bohater poluje najpierw na dwóch gości, by ich wypuścić gdy będzie miał okazję ich sprzątnąć. Albo ktoś tam będzie kroił czyjąś szyję (pewnej "ważnej" postaci), dojdzie do połowy, nie skończy, ale pacjentka... przeżyje. What.
Sporym problemem jest też fakt, że bohater tak naprawdę nie będzie mieć planu pokonania tych złych gości. Będzie tylko strzelać przez pewien czas do przypadkowych gości, a potem... niech się dzieje co chce. Tak naprawdę to nie będzie wiele robił. Szkoda.
Dalszy odbiór tego filmu zależy od waszego stanowiska w dwóch kwestiach - czy dobrze się czujecie, jeśli twórcy poświęcają aż tyle czasu by wywołać w was uczucie nienawiści do jakieś postaci? Oraz - czy uważacie, że kino jest miejscem dla takich obrzydliwości? jeśli tak, oglądajcie. Jeśli nie - wasza ocena będzie pewnie niższa niż u mnie.
Krótkie, ze sporą inicjatywą twórczą, choć trochę mało akcji.
4/10
http://rateyourmusic.com/film/hobo_with_a_shotgun/
Rutger Hauer jako podstarzały bezdomny trafia do miasta w którym dzieją się okropne rzeczy. Wszystkim zdaje się rządzić sadystyczny Drake i jego synowie, urządzają brutalne pokazy, wolno im dosłownie wszystko. Pewnego razu, nasz bezdomny postanawia się temu sprzeciwić.
Film zyskuje na pewno oryginalnością i konsekwencją. To zawsze dobre rzeczy - chciano by widz nienawidził Drake'a, by ten umrzył w najbardziej makabryczny sposób, i to osiągnięto. Dano mu do roboty mnóstwo złych rzeczy, reszta miasta też się popisze (jakiś chłop płacący bezdomnym za jedzenie szkła przed kamerą itp.). Wszystko to będzie naprawdę brutalne, obrzydliwe i wulgarne. Kołnierz z włazu kanałowego, takie coś umieszczamy wokół pana X, spuszczamy go do kanałów by na ulicy była tylko jego głowa, obwiązujemy ją sznurem podczepionym do odjeżdżającego motoru... A po wszystkim niech jeszcze jakaś dziewczyna zatańczy w strugach tryskającej krwi. Super.
Akcja nie jest już zbyt podniecająca, bo po początkującej ferii prostego strzelania twórcy zaczynają komplikować sprawę. I tak np. bohater poluje najpierw na dwóch gości, by ich wypuścić gdy będzie miał okazję ich sprzątnąć. Albo ktoś tam będzie kroił czyjąś szyję (pewnej "ważnej" postaci), dojdzie do połowy, nie skończy, ale pacjentka... przeżyje. What.
Sporym problemem jest też fakt, że bohater tak naprawdę nie będzie mieć planu pokonania tych złych gości. Będzie tylko strzelać przez pewien czas do przypadkowych gości, a potem... niech się dzieje co chce. Tak naprawdę to nie będzie wiele robił. Szkoda.
Dalszy odbiór tego filmu zależy od waszego stanowiska w dwóch kwestiach - czy dobrze się czujecie, jeśli twórcy poświęcają aż tyle czasu by wywołać w was uczucie nienawiści do jakieś postaci? Oraz - czy uważacie, że kino jest miejscem dla takich obrzydliwości? jeśli tak, oglądajcie. Jeśli nie - wasza ocena będzie pewnie niższa niż u mnie.
Krótkie, ze sporą inicjatywą twórczą, choć trochę mało akcji.
4/10
http://rateyourmusic.com/film/hobo_with_a_shotgun/
Etykiety:
2011,
Action,
Black Comedy,
Canada,
Crime,
Exploitation,
Hood Film,
Splatter,
United States,
Vigilante Exploitation
piątek, 21 czerwca 2013
Mocny człowiek
Crime & Drama, 1929
Pierwszy istotny polski film. Przynajmniej fabularnie. I jeden z niewielu przedwojennych, które dziś jeszcze warto oglądać, a gdy jeszcze to zawężyć do kina niemego - to już w ogóle. I co z tego, że w momencie premiery kino nieme poszło już do lamusa? Opowieść na modłę "Zbrodni i kary" - Bielecki chce być sławny i bogaty, chce pisać, więc postanawia zabić przyjaciela Górskiego który akurat napisał arcydzieło. A potem będzie mieć z tego powody wyrzuty sumienia ciągnące się za nim aż do końca.
Ładnie się posłużono językiem kina niemego, całość nie wygląda jak przysłowiowe polskie kino - pod względem realizacyjnym postawiłbym to na równi z takim "Człowiekiem z tłumu". Poza tym działa to uczucie, że to Polska sprzed prawie 90 lat, że tak to właśnie wyglądało, że mieliśmy wtedy takich aktorów, że tworzono tutaj taką sztukę. Muzyka dograna dużo później do filmu wykonuje niesamowitą robotę, poza mamrotaniem Maleńczuka w jednej scenie. Ale też ostatnie 10-15 minut wynosi się na wyższy poziom, właśnie dzięki muzykom.
Problem z tym kinem jest taki, że postaci są słabe. Nie przypominam sobie nawet sceny w której Bielecki próbuje coś sam stworzyć. Tylko siedział w kawiarni, widział nagłówki w gazetach o setkach sprzedanych egzemplarzy czegoś tam, i nagle stwierdził: "A, zabiję sobie kogoś". A to tylko początek niestety. Bardzo naciągane, po prostu.
[spoiler] Zmieniłbym zakończenie. Po zastrzeleniu się, wszyscy zbliżają się do niego, wtedy kurtyna znowu się podnosi, widownia klaszcze... widzą, co się dzieje na scenie, powoli przestają klasakać, aż w końcu nikt tego nie robi. Aktorzy patrzą się na widownię, nikt nie wie jak zareagować, milczą. Kurtyna opada, muzyka już w tym momencie całkowicie wyciszona, film się kończy [/spoiler]
6/10
http://rateyourmusic.com/film/mocny_czlowiek/
Pierwszy istotny polski film. Przynajmniej fabularnie. I jeden z niewielu przedwojennych, które dziś jeszcze warto oglądać, a gdy jeszcze to zawężyć do kina niemego - to już w ogóle. I co z tego, że w momencie premiery kino nieme poszło już do lamusa? Opowieść na modłę "Zbrodni i kary" - Bielecki chce być sławny i bogaty, chce pisać, więc postanawia zabić przyjaciela Górskiego który akurat napisał arcydzieło. A potem będzie mieć z tego powody wyrzuty sumienia ciągnące się za nim aż do końca.
Ładnie się posłużono językiem kina niemego, całość nie wygląda jak przysłowiowe polskie kino - pod względem realizacyjnym postawiłbym to na równi z takim "Człowiekiem z tłumu". Poza tym działa to uczucie, że to Polska sprzed prawie 90 lat, że tak to właśnie wyglądało, że mieliśmy wtedy takich aktorów, że tworzono tutaj taką sztukę. Muzyka dograna dużo później do filmu wykonuje niesamowitą robotę, poza mamrotaniem Maleńczuka w jednej scenie. Ale też ostatnie 10-15 minut wynosi się na wyższy poziom, właśnie dzięki muzykom.
Problem z tym kinem jest taki, że postaci są słabe. Nie przypominam sobie nawet sceny w której Bielecki próbuje coś sam stworzyć. Tylko siedział w kawiarni, widział nagłówki w gazetach o setkach sprzedanych egzemplarzy czegoś tam, i nagle stwierdził: "A, zabiję sobie kogoś". A to tylko początek niestety. Bardzo naciągane, po prostu.
[spoiler] Zmieniłbym zakończenie. Po zastrzeleniu się, wszyscy zbliżają się do niego, wtedy kurtyna znowu się podnosi, widownia klaszcze... widzą, co się dzieje na scenie, powoli przestają klasakać, aż w końcu nikt tego nie robi. Aktorzy patrzą się na widownię, nikt nie wie jak zareagować, milczą. Kurtyna opada, muzyka już w tym momencie całkowicie wyciszona, film się kończy [/spoiler]
6/10
http://rateyourmusic.com/film/mocny_czlowiek/
wtorek, 14 maja 2013
FAILAN (dobre)
Melodrama, 2001
Kang-jae to starzejący się członek mafii. Po tej stronie prawa nie ma emerytury, a odpływ energii, siły oraz charyzmy skutkuje coraz mniejszym szacunkiem od "podwładnych". Bohaterowi coraz trudniej znaleźć sobie miejsce i znosić wszystko z godnością. A potem, jakoś w 1/3 filmu, ktoś puka do drzwi i mówi mu, że jego żona, o której do tej pory nie wspominano ani razu, nie żyje.
Jednym takie tempo i długie wprowadzenie może pasować - mi niekoniecznie. Ale to dobra historia o tym, że dobre uczynki się zwracają. Wszystko to w klimatach typowo Koreańskich, które możecie widzieć w "Oazie" Chang-dong Lee i innych. Kurtki za 5 jenów, niechlujne mieszkania i mnóstwo zmęczonych ludzi żyjących w kącie. Tu wszyscy muszą się napieprzać. Jeśli przed bohaterem ktoś schodzi schodami w dół, to możecie mieć pewność, że otrzyma od niego kopa w nery.
Dzięki tej mentalności i niezafałszowanemu obrazowi ulic, mieszkań i innych, cały film wydaje się bardzo naturalny. I nic tego nie zachwiało, ton opowieści ani razu nie popada w kicz albo chociaż tandetę . Nawet gdy będzie płacz a w tle partie skrzypiec. To spore osiągnięcie.
Trochę przeszkadzało mi tempo i proporcje. Jak wspomniałem, film zaczyna się w jednej trzeciej, i chociaż rozumiem co w ten sposób chciano osiągnąć - można było to trochę skrócić mimo wszystko. Poza tym, nie bardzo lubię ciężkie filmy, które zaczynają się od czegoś smutnego i nieodwracalnego. "Oaza" i pozostałe to wyjątek.
7/10
http://rateyourmusic.com/film/파이란/
Kang-jae to starzejący się członek mafii. Po tej stronie prawa nie ma emerytury, a odpływ energii, siły oraz charyzmy skutkuje coraz mniejszym szacunkiem od "podwładnych". Bohaterowi coraz trudniej znaleźć sobie miejsce i znosić wszystko z godnością. A potem, jakoś w 1/3 filmu, ktoś puka do drzwi i mówi mu, że jego żona, o której do tej pory nie wspominano ani razu, nie żyje.
Jednym takie tempo i długie wprowadzenie może pasować - mi niekoniecznie. Ale to dobra historia o tym, że dobre uczynki się zwracają. Wszystko to w klimatach typowo Koreańskich, które możecie widzieć w "Oazie" Chang-dong Lee i innych. Kurtki za 5 jenów, niechlujne mieszkania i mnóstwo zmęczonych ludzi żyjących w kącie. Tu wszyscy muszą się napieprzać. Jeśli przed bohaterem ktoś schodzi schodami w dół, to możecie mieć pewność, że otrzyma od niego kopa w nery.
Dzięki tej mentalności i niezafałszowanemu obrazowi ulic, mieszkań i innych, cały film wydaje się bardzo naturalny. I nic tego nie zachwiało, ton opowieści ani razu nie popada w kicz albo chociaż tandetę . Nawet gdy będzie płacz a w tle partie skrzypiec. To spore osiągnięcie.
Trochę przeszkadzało mi tempo i proporcje. Jak wspomniałem, film zaczyna się w jednej trzeciej, i chociaż rozumiem co w ten sposób chciano osiągnąć - można było to trochę skrócić mimo wszystko. Poza tym, nie bardzo lubię ciężkie filmy, które zaczynają się od czegoś smutnego i nieodwracalnego. "Oaza" i pozostałe to wyjątek.
7/10
http://rateyourmusic.com/film/파이란/
sobota, 11 maja 2013
PANACEUM (Side Effect)
Psychological Thriller & Legal Drama, 2013
What if a woman kills her husband and doesn't remember that by the drugs?*
Niesamowity film. Tutaj wszystko jest perfekcyjne. Pamiętacie jak pisałem przy okazji "Bogów i potworów" o płynności narracyjnej? "Panaceum" też to ma. Pieruńsko płynny, spójny obraz - do tego stopnia, że wydaje się niemożliwy. Ale fakt jest faktem - co do szczegółu. Mąż wychodzi z więzienia po 4 latach. Seks nie wychodzi, on jeszcze nie zarabia, byli wcześniej małżeństwem tylko przez rok. Żonie powoli odbija -> poznajemy jej historię medyczną -> poznajemy jej lekarza. Droga przez kolejne leki o różnym stopniu działania. Nie ma tu żadnych aktów, wprowadzenia, tylko zwykłe życie bez udziwnień.
Tzn. akty są, ale dostrzega się je dopiero po spojrzeniu z dystansu, więc na jedno wychodzi.
Wszystkie te stany emocjonalne rozłożone są w czasie perfekcyjnie, mnóstwo scen na tzn. podparcie ich. Scena w łazience w pracy, na przyjęciu. Potem bezkonfliktowo, na przestrzeni dobrych 15 minut ciężar narracyjny zostaje przeniesiony na lekarza - on okazuje się być głównym bohaterem! To on może zostać oskarżony o podanie pacjentce leku, przez który ta zabiła swojego męża, nie będąc tego świadoma. On zaczyna tu ryzykować swoją relacją z pewną samotną matką, on tu ryzykuje swoją karierą. Niesamowita jest ta narracja. Scenariusz do jakiejś 60 minuty wydaje się być 10/10, postarano się o każdy szczegół który pozwolił jakoś nadać wiarygodności każdemu wątkowi. Martin próbujący z nową pracą? Nie widać w tej kwestii nic, tylko kilka zdań, rzucone gdzieś z tyłu w trzech scenach - ale to po prostu wystarczyło, bym uwierzył, że tam naprawdę mogło coś sensownego się wydarzyć. Mógł zacząć zarabiać, mogło być lepiej. Mogło być po staremu. A to już z kolei jest bardzo istotne dla ogólnego wymiaru filmu, jego głównego wątku.
I co się wtedy dzieje? Nic, bo to się zaczęło na samym początku. Film jest zbyt skondensowany, zbyt konkretny, nie ma tu ani jednej pauzy, a akcja zapierdala jak z karabinu. I to nie jest przenośnia. Zauważyłem to już na samym początku, gdy minęła trzecia scena i odczułem pośpiech. Spojrzałem na czas - minęły 4 minuty. Trzy sceny w cztery minuty, a pierwsze dwie to czołówka i opening. Nie ogarniam. I to nie przestaje, tylko trwa i trwa. Nie ma tu takiej sceny, w której bohater np. wchodzi do wielkiej hali, ogarnia ją wzrokiem, a potem musi przejść kawałek by dojść gdzie zamierzał - do samolotu który stał po środku hali. Nie ma tu przerwy na papierosa na klatce schodowej. Nie ma tu tempa "Lotu". W "Panaceum" ludzie cały czas gadają. Nawet gdy jest przejście do kolejnej sceny, czyli np. ujęcie na jakiś budynek, już wtedy widz słyszy dialog z kolejnej sceny, lecący z offu. Dialog za dialogiem, zero przerwy, pauzy, czego-kurwa-kolwiek. Gdyby wyciąć z tego filmu, trwającego 105 minut, wszystkie momenty ciszy, to by i tak trwał z 95 minut. Nie jestem wariatem, nie sprawdzałem tego, mówię tylko, że na to wygląda.
Cięcie, dialog, cięcie, dialog + dialog w trakcie cięcia. I nie wiem, kogo winić za taki stan rzeczy, bo zarówno reżyseria jak i montaż wydają się genialne. Każda sekunda którą zobaczyłem wyglądała jak kawałek układanki, który znalazł swoje miejsce - pamiętacie z początku, płynność obrazu. Cholera, ma nawet klamrę! Zapewne więc muszę winić tego, kto wymyślił koncept. Za szybko dla mnie. Za szybko.
A wracając do istotnych kwestii - fabuła daje radę. Pod koniec jedna postać była dla mnie zbyt naiwna, do tego przy zakończeniu wyraźnie sobie odpuszczono i perfekcję z początku zastąpiono uczuciem "po prostu to zamknijmy już". Choć nadal jest satysfakcjonujące, odważne oraz zdecydowane. Gdyby skończyło się inaczej - tej historii brakowałoby jaj. Ale jest tak jest - dosadna, porywcza i realistyczna. Można się wczuć w bohatera, któremu ktoś zaczyna robić koło pióra i on teraz musi sobie z tym radzić. Tak, by nie oszaleć po drodze. O tym zawsze warto obejrzeć film, szczególnie gdy reżyser po drodze nie stara się wkurzyć mnie światem który nagle z dnia na dzień zaczyna traktować bohatera jak kawał gówna, a on jest przecież taki słodki i niewinny... Nie, to nie Spielberg.:) To Soderbergh, o wiele dojrzalszy reżyser.
7/10
http://rateyourmusic.com/film/side_effects_f1/
*pozdrawiam Pilar Alessandrę. Tylko 0,0001% ludzi złapie ten żart.:)
What if a woman kills her husband and doesn't remember that by the drugs?*
Niesamowity film. Tutaj wszystko jest perfekcyjne. Pamiętacie jak pisałem przy okazji "Bogów i potworów" o płynności narracyjnej? "Panaceum" też to ma. Pieruńsko płynny, spójny obraz - do tego stopnia, że wydaje się niemożliwy. Ale fakt jest faktem - co do szczegółu. Mąż wychodzi z więzienia po 4 latach. Seks nie wychodzi, on jeszcze nie zarabia, byli wcześniej małżeństwem tylko przez rok. Żonie powoli odbija -> poznajemy jej historię medyczną -> poznajemy jej lekarza. Droga przez kolejne leki o różnym stopniu działania. Nie ma tu żadnych aktów, wprowadzenia, tylko zwykłe życie bez udziwnień.
Tzn. akty są, ale dostrzega się je dopiero po spojrzeniu z dystansu, więc na jedno wychodzi.
Wszystkie te stany emocjonalne rozłożone są w czasie perfekcyjnie, mnóstwo scen na tzn. podparcie ich. Scena w łazience w pracy, na przyjęciu. Potem bezkonfliktowo, na przestrzeni dobrych 15 minut ciężar narracyjny zostaje przeniesiony na lekarza - on okazuje się być głównym bohaterem! To on może zostać oskarżony o podanie pacjentce leku, przez który ta zabiła swojego męża, nie będąc tego świadoma. On zaczyna tu ryzykować swoją relacją z pewną samotną matką, on tu ryzykuje swoją karierą. Niesamowita jest ta narracja. Scenariusz do jakiejś 60 minuty wydaje się być 10/10, postarano się o każdy szczegół który pozwolił jakoś nadać wiarygodności każdemu wątkowi. Martin próbujący z nową pracą? Nie widać w tej kwestii nic, tylko kilka zdań, rzucone gdzieś z tyłu w trzech scenach - ale to po prostu wystarczyło, bym uwierzył, że tam naprawdę mogło coś sensownego się wydarzyć. Mógł zacząć zarabiać, mogło być lepiej. Mogło być po staremu. A to już z kolei jest bardzo istotne dla ogólnego wymiaru filmu, jego głównego wątku.
I co się wtedy dzieje? Nic, bo to się zaczęło na samym początku. Film jest zbyt skondensowany, zbyt konkretny, nie ma tu ani jednej pauzy, a akcja zapierdala jak z karabinu. I to nie jest przenośnia. Zauważyłem to już na samym początku, gdy minęła trzecia scena i odczułem pośpiech. Spojrzałem na czas - minęły 4 minuty. Trzy sceny w cztery minuty, a pierwsze dwie to czołówka i opening. Nie ogarniam. I to nie przestaje, tylko trwa i trwa. Nie ma tu takiej sceny, w której bohater np. wchodzi do wielkiej hali, ogarnia ją wzrokiem, a potem musi przejść kawałek by dojść gdzie zamierzał - do samolotu który stał po środku hali. Nie ma tu przerwy na papierosa na klatce schodowej. Nie ma tu tempa "Lotu". W "Panaceum" ludzie cały czas gadają. Nawet gdy jest przejście do kolejnej sceny, czyli np. ujęcie na jakiś budynek, już wtedy widz słyszy dialog z kolejnej sceny, lecący z offu. Dialog za dialogiem, zero przerwy, pauzy, czego-kurwa-kolwiek. Gdyby wyciąć z tego filmu, trwającego 105 minut, wszystkie momenty ciszy, to by i tak trwał z 95 minut. Nie jestem wariatem, nie sprawdzałem tego, mówię tylko, że na to wygląda.
Cięcie, dialog, cięcie, dialog + dialog w trakcie cięcia. I nie wiem, kogo winić za taki stan rzeczy, bo zarówno reżyseria jak i montaż wydają się genialne. Każda sekunda którą zobaczyłem wyglądała jak kawałek układanki, który znalazł swoje miejsce - pamiętacie z początku, płynność obrazu. Cholera, ma nawet klamrę! Zapewne więc muszę winić tego, kto wymyślił koncept. Za szybko dla mnie. Za szybko.
A wracając do istotnych kwestii - fabuła daje radę. Pod koniec jedna postać była dla mnie zbyt naiwna, do tego przy zakończeniu wyraźnie sobie odpuszczono i perfekcję z początku zastąpiono uczuciem "po prostu to zamknijmy już". Choć nadal jest satysfakcjonujące, odważne oraz zdecydowane. Gdyby skończyło się inaczej - tej historii brakowałoby jaj. Ale jest tak jest - dosadna, porywcza i realistyczna. Można się wczuć w bohatera, któremu ktoś zaczyna robić koło pióra i on teraz musi sobie z tym radzić. Tak, by nie oszaleć po drodze. O tym zawsze warto obejrzeć film, szczególnie gdy reżyser po drodze nie stara się wkurzyć mnie światem który nagle z dnia na dzień zaczyna traktować bohatera jak kawał gówna, a on jest przecież taki słodki i niewinny... Nie, to nie Spielberg.:) To Soderbergh, o wiele dojrzalszy reżyser.
7/10
http://rateyourmusic.com/film/side_effects_f1/
*pozdrawiam Pilar Alessandrę. Tylko 0,0001% ludzi złapie ten żart.:)
niedziela, 24 lutego 2013
(naprawdę warto) ROBOT AND FRANK
Science Fiction & Buddy, 2012
Indie z USA, debiut reżysera i scenarzysty. Frank Langella, Liv Tyler i Susan Sarandon w rolach głównych. Przeszedł bez echa, sam się o nim dowiedziałem z podsumowania roku zrobionego przez Lindsay Ellis. U nas wydany na dvd parę dni temu.
Niedaleka przyszłość. Frank Langella gra ojca, którego reszta rodziny już opuściła. Odzywają się do niego, ale najbliżej ma syn, mieszkający tylko 10 godzin drogi samochodem od niego. Jest więc przeważnie sam, źle się odżywia, ma kłopoty z pamięcią które coraz bardziej dają sobie znać. Dostaje więc do pomocy robota.
Co się zdarzy potem, jak będzie wyglądać relacja tych dwojga, co kryje przeszłość Franka - cholera, jest tyle rzeczy których nie warto zdradzać... Przede wszystkim, nastawiłem się na smutny film, w którym bohater umrze na koniec. I wcale tego nie dostałem, to raczej lekki i pogodny film o przyjaźni - niezwykły, bo w głównym duecie ustawiono osobę starszą oraz robota. To naprawdę oryginalne i przyjemne w oglądaniu, bo zawierające sporo łagodnego humoru.
Na koniec są co najmniej dwie bomby emocjonalne, jedna to zwrot-nie-do-końca-fabularny. Ujawniona zostaje pewna ważna rzecz, która naprawdę szokuje. To wam obiecuję. Z minusów - pozostali bohaterowie będą ledwie zarysowani, sama historia będzie taka se, szczególnie wątek z tym dziwnym młodym nowobogackim, którego można znielubić w ułamek sekundy. Film trochę zwalnia przed samym zakończeniem, które jest... cóż... Warte zobaczenia. Ten film nie potrzebował zabijać nikogo by wywołać wielkie emocje.
Boże, jak mi się chciało płakać na koniec.
7/10
http://rateyourmusic.com/film/robot_and_frank/
PS. Jake Schreier, Christopher Ford - czekam na wasz kolejny film!
Etykiety:
2012,
buddy,
comedy,
Crime,
Drama,
Science Fiction,
United States
czwartek, 7 lutego 2013
(broni się) PIENIĄDZ
Crime, 1983
Gdyby zatrudnili tutaj aktorów, byłoby naprawdę dobrze! Poważnie, Bresson mógł w końcu nakręcić ciekawy film. Zamiast tego uznał, że zatrudnienie naturszczyków którzy grają gorzej od przedszkolaków (bo są o 20 lat za starzy na takie rzeczy) będzie krokiem w stronę naturalności. Gdybam se, ale film jest wręcz żenująco źle zagrany. Nikomu tam się nawet nie chciało grać, Arnold się zawsze przynajmniej starał, ale u Bressona widać nawet tyle nie trzeba.
A co jest dobrze? Zaczyna się od dwójki znajomych, którzy idą do sklepu by wydać tam fałszywy banknot. Sprzedawczyni się nie kapnęła, tamci se pojechali a wieczorem właściciel zrobił raban, że do takiego numeru doszło. I tu zaczyna się ciekawie: postanawia puścić feralny banknot w dalszy obieg. Lawina ruszyła.
To naprawdę trafia do oglądającego, obserwowanie jak drobne wykroczenie pociąga za sobą kolejne, a każda kolejna osoba na to pozwalająca dokłada od siebie kolejną ciegięłkę która będzie jej ciążyć na sumieniu do samego końca. Który niekoniecznie jest odległy.
W sumie - myślę nawet, że film trafiłby do kogoś, kto sam by chciał spróbować dla jaj podrobić jakiś nominał. Obejrzałby i stwierdził, że mowy nie ma. Nie za taką cenę.
Film naprawdę się broni, mimo rażącej amatorszczyzny w realizacji. A to dużo!
5/10
http://rateyourmusic.com/film/l_argent/
Gdyby zatrudnili tutaj aktorów, byłoby naprawdę dobrze! Poważnie, Bresson mógł w końcu nakręcić ciekawy film. Zamiast tego uznał, że zatrudnienie naturszczyków którzy grają gorzej od przedszkolaków (bo są o 20 lat za starzy na takie rzeczy) będzie krokiem w stronę naturalności. Gdybam se, ale film jest wręcz żenująco źle zagrany. Nikomu tam się nawet nie chciało grać, Arnold się zawsze przynajmniej starał, ale u Bressona widać nawet tyle nie trzeba.
A co jest dobrze? Zaczyna się od dwójki znajomych, którzy idą do sklepu by wydać tam fałszywy banknot. Sprzedawczyni się nie kapnęła, tamci se pojechali a wieczorem właściciel zrobił raban, że do takiego numeru doszło. I tu zaczyna się ciekawie: postanawia puścić feralny banknot w dalszy obieg. Lawina ruszyła.
To naprawdę trafia do oglądającego, obserwowanie jak drobne wykroczenie pociąga za sobą kolejne, a każda kolejna osoba na to pozwalająca dokłada od siebie kolejną ciegięłkę która będzie jej ciążyć na sumieniu do samego końca. Który niekoniecznie jest odległy.
W sumie - myślę nawet, że film trafiłby do kogoś, kto sam by chciał spróbować dla jaj podrobić jakiś nominał. Obejrzałby i stwierdził, że mowy nie ma. Nie za taką cenę.
Film naprawdę się broni, mimo rażącej amatorszczyzny w realizacji. A to dużo!
5/10
http://rateyourmusic.com/film/l_argent/
Subskrybuj:
Posty (Atom)











