Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Canada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Canada. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 lipca 2015

Nowe Horyzonty 2015 Dzień #3 Kobiety, siostry i dużo jedzenia

Dzisiaj znowu wyłącznie o filmach. Pięć tytułów w tym jeden na którym mi zależy, byście o nim usłyszeli.



00:00 - Perfomer (Polska, Eksperymentalny, 2015). 5/10
01:07 - Narodziny miłości (Francja, Romans, 1993). 6/10
01:49 - Nasza najmłodsza siostra (Japonia, Obyczajowy, 2015). 7/10
03:40 - Przeprowadzka (Kirgistan, Obyczajowy, 2014). 5/10
04:53 - Montażysta / The Editor (Kanada, Thriller, 2014). 4/10

Muzyka: Marek Grechuta - "Ulica cieni" z płyty "Magia obłoków"

RELACJA Z DNIA PIERWSZEGO ; DRUGIEGO

piątek, 30 stycznia 2015

"John Wick" (6/10) Ciekawe, co mu zabiją w drugiej części?


Zabili mu psa, więc idzie się zemścić, niszcząc każdego kto mu stanie na drodze. Bo zwierzątko dostał jako prezent od żony, która nadała mu go zza grobu, by miał co kochać. I to w sumie wszystko, poza wstępem są może jeszcze trzy sceny w których coś mówią. Cała reszta to akcja, i w zasadzie to była całkiem satysfakcjonująca.

Fabuła jest znośna. Daje kontekst, jest bardzo podstawowa, nie przeszkadza. Wiedziałem, kto jest kim i co się dzieje. Dobrze łączy poważne akcenty z komiksowymi scenami przemocy - gdy John Wick leci na plecy z 1 piętra, czuć jego ból. Ale zaraz potem wstaje i sobie idzie, ledwo bo ledwo, ale jednak pozostaje to spójne. Jest tu nawet miejsce dla absurdalnego hotelu dla morderców, w którym jest lekarz przez 24/7, za pokój pewnie płaci się w milionach za godzinę, i nikt nie zadaje pytań. Dodatkowo, za recepcją stoi Matthew Abaddon, z jakiegoś powodu posługujący się akcentem nie dającym się zidentyfikować. Lester Freamon też się pojawi, ale jego nie warto nawet wspominać, i sam nie wiem, po co tu wystąpił.

środa, 28 sierpnia 2013

ZEMSTA PO LATACH (powtórka)

Mystery & Psychological Horror, 1980


Złote czasy filmów z gazet - był taki okres, dawno temu, kiedy jeszcze do gimnazjum chodziłem. Nagle gazety zaczęły przynajmniej raz w tygodniu dodawać jakiś film na dvd w cenie tych przykładowych 5 złotych, by potem dodawać nawet seriale (po 3-4 odcinki tygodniowo) i większe serie po 30 złotych za film ("Most nad rzeką Kwai", filmy Allena). Znam ludzi, którzy po prostu szli do kiosku w piątki i zgarniali wszystko jak leci, byle była tam płytka z filmem. Niektórych obrazów pozyskanych w ten sposób do dzisiaj nie obejrzałem. Ale też w ten sposób natknąłem się na kilka takich filmów, o których w inny sposób bym nie usłyszał. Dla przykładu: "Zemsta po latach".

Może w kręgach ludzi lubiących opowieści z gatunku "Haunted House", ale poza tym jestem jedyną osobą, która ten właśnie tytuł poleca w pierwszej kolejności jeśli ktoś zapyta mnie o horrory. Powodów jest kilka, a zacząć muszę od fabuły. Bohater nazywa się John Russell (George Campbell Scott), który po stracie żony i córki szuka ciszy, by móc tam pracować i pobyć sam ze sobą. Jest kompozytorem oraz pianistą. Przez agencję znajduje stary, od dawna niezamieszkały dom, którego historia sięga jeszcze XIX wieku. Szybko zaczyna mieć wrażenie obecności kogoś jeszcze w tym budynku. Zaczyna się od głuchego uderzania w rurach, codziennie o tej samej porze. Słychać też szmery, kran nagle się odkręca by w wodzie pokazać przerażający obraz... Ten dom, to co w nim egzystuje, chce coś powiedzieć...



Nie ma tu wyskakujących nagle z szafy przerażających stworów ani zjaw, które pokazują się widzowi, np. za plecami bohatera, ale gdy bohater się odwróci to z jakiegoś powodu zjawy już tam nie ma. A to dlatego, że przez cały film nie pokazano istoty nadprzyrodzonej, która nawiedza to miejsce. Zobaczyłem jedynie szczątkowe dowody na to, że tu jest. Dzięki genialnym zdjęciom oddano jej obecność, po prostu widać po tych korytarzach, że jest tu coś więcej. Bałem się, to przerażający film. Z bardzo precyzyjnym budowaniem napięcia oraz porażającym finałem, ale nic nie przebije rewelacyjnej sceny spirytystycznej. Oglądając ją byłem pewny, że widzę przypadek opętania, a George C. Scott dodaje wiele klasy całemu przedstawieniu, dzięki swojemu spojrzeniu człowieka niewierzącego w te bzdury.

Najlepsze jest to, że wszystko tu miało swój powód. Duch został w naszym wymiarze z określonego powodu, i ma pewien cel w robieniu tego co robi. Przeszłość bohatera ma znaczenie i jest wykorzystana w filmie. Cała historia jest kapitalna i jak najbardziej logiczna, a sam duch nie chce skrzywdzić bohatera - to dopiero nowość, prawda? Rzeczy które robi są przerażające, ale ze względu na to, co stoi za nimi, i to, że stworzyły w ten sposób taką historię.
Jedyne do czego mam zastrzeżenia, to zbyt łopatologiczne wyjaśnianie zagadki w kilku momentach. Nawet mam wrażenie, że jedynym celem dla postaci Trish Van Devere było bycie tam, by John Russell miał komu opowiadać, co odkrył (na szczęście są co najmniej dwa inne powody dla istnienia tej postaci, więc luz).



I jeszcze raz o zdjęciach. Skojarzenia z "Lśnieniem" są oczywiste, ale i tak warto o nich napisać kilka słów, bo to one właściwie tworzą cały klimat tego filmu. Bardzo rzadko kamera zachowuje się tu jak w normalnym obrazie, tzn. spełnia rolę pokazywania, co się dzieje. Najczęściej staje z boku, by stać się jedną z postaci - zazwyczaj jest to postać owego ducha, wiele momentów (z tym seans spirytystyczny) jest pokazanych również z jego punktu widzenia. Kamera nie zachowuje się, jak powinna - zawsze jest albo ciut z góry, albo nieco z dołu, albo trochę za bardzo z boku. Jeśli bohater jest na parterze, widzimy go z poziomu pierwszego piętra i na odwrót. Gdy coś dzieje się w jednym pokoju, kamera nie teleportuje się tam jak w normalnym filmie, tylko przemieszcza się powoli korytarzem i sama wchodzi do pokoju. Nawet w jej zwykłym przemieszczaniu się jest sporo życia, charakteru. Zdaje się skradać, czaić, zaglądać, podglądać, obserwować. Bezszelestnie. Gdy bohaterowie opuszczają lokację, kamera zatrzymuje się na chwilę, bo wie, że tu coś jeszcze się zdarzy. I pokazuje to tak wolno, napawając się tym, że jedyne o czym wtedy myślałem, to: "Nie, ja nie chcę tego zobaczyć..." - myślicie, że o tym nie wiedziała? Skąd ta pewność?

Ten film to odtrutka na całą resztę horrorów, szczególnie tych określanych jako "Stara szkoła" lub "klasyczna opowieść". Nie lubię chwalić za to, czego film NIE robi, ale to naprawdę ogromna ulga, zobaczyć film logiczny, konkretny, umiejętnie zbudowany i przy tym wszystkim straszny. Bo pokazuje, że można to zrobić. A widownia jest teraz naprawdę ogłupiona przez te wszystkie wyskakujące przed kamerą upiory, przechodzenie duchów za drzwiami, gdy bohater nie patrzy, i historiami które kupy się nie trzymają - i wszyscy to kupują, ciesząc się jak dzieci jeśli obejrzą horror w którym dla odmiany tylko 95% bohaterów umrze. Nie, istnieje inna droga. Ta właściwa.


8+/10
http://rateyourmusic.com/film/the_changeling/

czwartek, 11 lipca 2013

Włóczęga ze strzelbą (wzruszenie ramion)

Exploitation & Splatter, 2011


Rutger Hauer jako podstarzały bezdomny trafia do miasta w którym dzieją się okropne rzeczy. Wszystkim zdaje się rządzić sadystyczny Drake i jego synowie, urządzają brutalne pokazy, wolno im dosłownie wszystko. Pewnego razu, nasz bezdomny postanawia się temu sprzeciwić.

Film zyskuje na pewno oryginalnością i konsekwencją. To zawsze dobre rzeczy - chciano by widz nienawidził Drake'a, by ten umrzył w najbardziej makabryczny sposób, i to osiągnięto. Dano mu do roboty mnóstwo złych rzeczy, reszta miasta też się popisze (jakiś chłop płacący bezdomnym za jedzenie szkła przed kamerą itp.). Wszystko to będzie naprawdę brutalne, obrzydliwe i wulgarne. Kołnierz z włazu kanałowego, takie coś umieszczamy wokół pana X, spuszczamy go do kanałów by na ulicy była tylko jego głowa, obwiązujemy ją sznurem podczepionym do odjeżdżającego motoru... A po wszystkim niech jeszcze jakaś dziewczyna zatańczy w strugach tryskającej krwi. Super.

Akcja nie jest już zbyt podniecająca, bo po początkującej ferii prostego strzelania twórcy zaczynają komplikować sprawę. I tak np. bohater poluje najpierw na dwóch gości, by ich wypuścić gdy będzie miał okazję ich sprzątnąć. Albo ktoś tam będzie kroił czyjąś szyję (pewnej "ważnej" postaci), dojdzie do połowy, nie skończy, ale pacjentka... przeżyje. What.
Sporym problemem jest też fakt, że bohater tak naprawdę nie będzie mieć planu pokonania tych złych gości. Będzie tylko strzelać przez pewien czas do przypadkowych gości, a potem... niech się dzieje co chce. Tak naprawdę to nie będzie wiele robił. Szkoda.

Dalszy odbiór tego filmu zależy od waszego stanowiska w dwóch kwestiach - czy dobrze się czujecie, jeśli twórcy poświęcają aż tyle czasu by wywołać w was uczucie nienawiści do jakieś postaci? Oraz - czy uważacie, że kino jest miejscem dla takich obrzydliwości? jeśli tak, oglądajcie. Jeśli nie - wasza ocena będzie pewnie niższa niż u mnie.

Krótkie, ze sporą inicjatywą twórczą, choć trochę mało akcji.


4/10
http://rateyourmusic.com/film/hobo_with_a_shotgun/

środa, 17 kwietnia 2013

OSTATNIA NOC


Drama, 1998


Za kilka godzin kończy się świat. Jak będzie wyglądać ostatnia chwila tych ludzi? - to jest pomysł na film... ale wykonanie jest niezręczne, chaotyczne i trochę mdłe. Podobają mi się rzeczy spajające całość, np. w radiu prezenter będzie puszczał 500 utworów wszech czasów. A gość z gazowni będzie dzwonił do wszystkich klientów, dziękując im i zapewniając ich, że będą pracować do końca. To było świetne.

Cała konstrukcja jednak opiera się na tym, że jest sobie kilku ludzi którzy inaczej spędzają ten czas... W rozkroku z opowiedzeniem historii głównego bohatera. Tak jakby naraz chciano zrealizować mozaikę oraz fabułę z głównym wątkiem. Na początku bohater udaje się do rodziny, która zorganizowała z tej okazji Gwiazdkę. Po 20 minut idzie zostać sam, i wątek rodziny właściwie znika. Z drugiej strony są długie wprowadzenia dla postaci, których bohater nigdy nie spotka lub spotka w połowie filmu na chwilę. Jednocześnie miałem wrażenie, że reżyser nie ma czasu by opowiedzieć to co chce we właściwy sposób (wątki ucinają się lub się o nich zapomina - jedna postać kończy tak, że inna celowała w nią z broni, i... cholera wie co dalej), z drugiej pełno tu wypełniaczy. Film przy tym trwa ledwo półtorej godziny.

Główny konflikt chyba bierze się z tego, że bohater chce być sam i nie da rady, los tak nie chce. Ot, trafi na babkę która będzie  musiała się dostać na drugi koniec miasta, a że reżyser poszedł w schemat z rednekami, wszystko musi być rozwalone w trzy dupy, no bo kurwa. To w końcu koniec świata, nie? Musi do niego dojść jeszcze zanim on nastąpi. W każdym razie, pójdą razem szukać jakiegoś auta... Znajdą jedno, wybiją szybę, bohater będzie się szarpać z kablami po czym ze smutkiem przyzna, że nie ma zielonego pojęcia, co właściwie robi. Więc pójdą gdzie indziej. A film sobie leci...

Chciałbym zobaczyć scenę, w której wkurzony bohater bierze tę babę za fraki i wyrzuca ją z dachu na ulicę, żeby w końcu móc sobie pobyć sam ze sobą. To byłoby przekomiczne!

[nadgorliwi mogą uznać to co niżej  napiszę za spoiler]

Poza tym, nie spodziewajcie się jakiegoś zaskoczenia w zakończeniu lub wyjaśnienia, czemu równo o północy wszyscy umrą. Przejście do bieli i lecimy z napisami końcowymi, to będzie wszystko. Nie okaże się, że przyjdzie jakieś wojsko, lub że były rozbiory jakiegoś fikcyjnego kraju, a jedno miasto było przeciw temu więc władze ich odcięła i zaplanowała ich eksterminację. Po prostu... koniec. Znam takich, których się to spodoba.


6/10

czwartek, 27 września 2012

Indie Game (7/10)

Art Documentary, 2012


Generalnie, gry od innych dzieł sztuki różnią się tym, że ich twórcy nie mają danych personalnych. Są twórcami i tyle ("najnowsza gra twórców gry X"). Sam potrafię wymienić może z 6 nazwisk z branży growej, w porównaniu do filmowej czy którejkolwiek innej nie ma nawet porównania. I o nich jest ten film, o twórcach gier - tylko, że niezależnych.

Film jako taki konkurencji nie ma i w swoim gatunku jest arcydziełem, to oczywiste, ale sam w sobie jest naprawdę dobrym pionierem. Udowadnia, że to naprawdę ciekawy materiał do opowiadania w dokumentach - i podchodzi do tematu ze zrozumieniem, nie próbuje opowiedzieć o nim jak o jakimś innym. Tutaj dzień premiery jest czymś zupełnie innym.

Więc... poznajemy twórców Braida, Super Meat Boya oraz FEZ'a. Kolejno mają u mnie 8+/10, 7/10 i "chcę zagrać", więc wiadomo z jakiej perspektywy będę pisał. I to naprawdę interesujące, oglądać reakcję twórców na wieść, że do 2 po południu ich gra rozeszła się w liczbie 9,5 tysiąca kopii i są z tego powodu szczęśliwi i to dla nich sukces - wiedząc jednocześnie, że ostatecznie sprzedano ponad milion kopii tej gry. Trochę żałuję, że ostatecznie nie pogadano z gośćmi od "LIMBO", ale cóż.

W filmie widzimy ludzi i ich historie, które przełożyły się na ostateczny kształt ich gier, w jaki sposób są one osobiste. Słuchamy wyjaśnienia, czemu Meat Boy nie ma skóry i w jaki sposób jego dziewczyna go uzupełnia. Jeden wyciąga stary komputer i pokazuje swoje pierwsze gry, które tworzył z ojcem w '93. Inny opowiada o tym, jak umarła jego babcia, i znalazł w jej domu karton z jego rysunkami z dzieciństwa i widzi, że stwór którego narysował 20 lat temu i dziś o nim nie pamięta, znalazł się w grze. Kolejny opowiada o długu rodziców który spłaci, gdy gra się ukaże.

Całkowicie rozumiem, dlaczego ten film tak się ludziom spodobał. Widziałem gościa, który poszedł na PAX i prezentował pierwszy raz w życiu swoją grę, jej grywalną wersję, i na samym początku trafił się bug po którym musiał tę grę resetować. I ten bug był cały czas, kolejni podchodzili, gra się sypała, twórca wariował z nerwów, a ludzie i tak podchodzili, rozmawiali z nim, grali po 15-20 minut, ustawiali się w kolejki do konsoli.
Inny wstał o 6 rano w dniu premiery SMB, włącza Xboxa i otwiera sklep... a tam nie ma jego gry. I pisze wku*wiony do Microsoftu. W końcu dostaje sms'y od kumpla, że gra już jest, że się sprzedaje, że są pierwsze recenzje, jakiś artykuł o tej grze ma 11 tys. lajków na facebooku, na YT ludzie nagrywają swoje reakcje na kolejne poziomy i próbują rozgryźć jak je przejść, i podchodzą jeszcze raz, i jeszcze raz... I twórcy to oglądają i widzą, że oni rozumieją, stworzyli coś osobistego i się połączyli z graczami.

Dziwnie to brzmi, szczególnie na przykładzie gościa od Braida, który czytając recenzje swojej gry odkrywał, że ludzie w ogóle nie zrozumieli jego gry, odebrali ją na bardzo płytkim poziomie - więc mimo, że dostawał oceny na poziomie 95/100 i tak był przygnębiony.

Ci ludzie opowiadali o takim rodzaju depresji który dopada ludzi coś tworzących, ale nie wtedy gdy wszystko idzie źle, ale kiedy jest wręcz przeciwnie.

I człowiek chce być graczem, takim aktywnym, śledzącym powstające projekty, uczestniczącym w kolejnych targach E3 itp. a potem kupującym grę w dniu premiery, nagrywającym swoje zdanie na YT i czującym ten kontakt z twórcami... Może nie w Polsce, tutaj status lajkowania jest pedalski, ale na tym filmie ma to zupełnie inny - sensowny - wymiar. No i u nas wydanie na starcie 15$ na grę to jednak liczący się wydatek. Takie tam różnice.


7/10. Sam nie wiem, czemu tak się rozpisałem.