Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mystery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mystery. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2015

Nowe Horyzonty 2015 Dzień #2 Lalki i Korytarz

Dziś tylko o filmach. Trzy, o których warto usłyszeć.




Muzyka: Toundra, płyta "IV" (2014)

00:16 - H. (7/10)
02:07 - Trzy dni w Auschwitz (4/10) & Piano (5/10)
03:34 - Znikający punkt (7/10)
04:37 - Korytarz (7/10)


RELACJA Z DNIA PIERWSZEGO

sobota, 26 lipca 2014

Calvary

Drama & Mystery, 2014


John Michael McDonagh to brat gościa, który nakręcił "In Bruges". Razem sobie żyją w Irlandii i kręcą wokół motywu czarnej komedii. Taki był "Gliniarz" - pierwszy film reżyseria "Calvary" - jednak już jego najnowsze dzieło posiada go tylko trochę. Reżyser przemyca humor w bardzo małych ilościach, prawie niedostrzegalnych. Nie oznacza to jednak, jak się obawiałem, że seans jest doświadczeniem traumatycznym. To z pewnością nie. Jest tylko bardzo życiowy. Aż nie chciałem pisał u góry "Drama". Ale nie wiedziałem za bardzo, co tam dać w takim wypadku.

Opowieść rozpoczyna najlepszy opening 2014 roku: spowiedź tajemniczego grzesznika, dorosłego mężczyzny który wyznaje, że był molestowany przez księdza w wieku siedmiu lat. Pragnie się zemścić, więc postanowił zabić mężczyznę, u którego się spowiada. Tamten zapewne i tak już nie żyje, zresztą - nie wierzy, że to by mu coś dało. Musi tego czynu dokonać na niewinnym. Daje swojej ofierze tydzień. Zabije ją w przyszłą niedzielę. Wszystko to zostało nakręcone w jednym ujęciu - nie widać grzesznika, ekran wypełnia znużona twarz naszego bohatera, księdza granego przez Brendana Gleesona. I to wszystko. Cały "setup" zmieszczono w 2 minuty, mistrzostwo świata. A dalej to już właściwie kino autorskie, bardzo brytyjskie. Trochę w tym melodramatu, tragedii, czarnego humoru, kina drogi... a także zagadki. Bo osobowość możliwego mordercy nie jest wyjaśniona. I będzie to dopiero początek.


sobota, 26 kwietnia 2014

Medium (6/10)

Horror & Mystery, 1985
Nie, to nie Nowicki.


Takie filmy też kręcono w Polsce! I to u schyłku tamtego ustroju, do tego czysto rozrywkowe - może jednak nie do końca, w tle pojawia się wątek Hitlerowców dochodzących do władzy i Polacy wybierających, kogo teraz popierają. Czas akcji - tuż przez WW2. Miejsce akcji: Sopot. Albo Zoppot, zależy gdzie zapytać. A na pierwszym planie: niezwiązani ze sobą ludzie sami nie wiedzą czemu wsiadają do pociągu i jadą nad morze, budząc się dopiero na miejscu. Starszy matematyk posiadający umiejętność wyliczenia dokładnej daty śmierci. Doświadczony komisarz budzi się na plaży każdego ranka, nie wiedząc jakie są tego przyczyny. Jego pomocnik donosi na przełożonego do wąsatych braci z zachodniej granicy. Na samym końcu podejrzany zostaje zlokalizowany w starym domu, a tam komisarz znajduje... ciało.

Owszem, niektóre motywy mogą wydać się przynudzające, większość brzmi schematycznie, jednak patrząc na "Medium" jako całość, jest to sprawne rzemiosło. Solidny thriller z domieszką grozy, z kilkoma momentami które chwytają konkretnie za gardło. Na początku nikt nic nie wyjaśnia, kolejne sceny prowadzą jedynie do kolejnych pytań, chora muzyka tworzy nieprzyjemną atmosferę a gdy zobaczyłem wspomniany stary dom to byłem już u Hasa pod Klepsydrą. Wprawdzie powtarzanie "Ja nic nie pamiętam" i podobnych schematycznych, tanich akcentów potrafi obrzydzić i zanudzić, ale jednak nie przeszkadza tak, jakby się w teorii mogło wydawać.

I tak w sumie można ten tytuł podsumować: "jest dobrze, ale jednak nie do końca, ale jednak dobrze". Nieźle poradzono sobie z lekko surrealistycznym klimatem oraz ekspozycją, dopiero od momentu wyłożenia kart na stół (co dzieje się o wiele za szybko) klimat opada tak jakby wyraźniej, i im bliżej końcówki tym mniej czułem się zaangażowany.

Fani polskiego kina i horrorów będą zadowoleni.
https://rateyourmusic.com/film/medium/

wtorek, 14 stycznia 2014

(serial) Sherlock - sezon III

Czemu ten serial jest dobry? Bo nie zważa na fakt bycia adaptacją. Zawsze w wypadku przekładania czegoś na nowe medium coś jest niedopowiedziane, zostaje zmodyfikowane, skrócone albo "musiało tak być, bo tak było w oryginale, chociaż to głupie". "Sherlock" jest kompletny, bo oddzielny, a jednocześnie w kontakcie z pierwowzorem. To konstrukcja zbudowana niemal od samego początku, mająca być samowystarczalna. Nie jest istotne, że Conan Doyle stworzył kiedyś postać bardzo spostrzegawczego człowieka z fotograficzną pamięcią, dodał mu przyjaciela imieniem John Watson, i oni rozwiązywali sobie zagadki kryminalne, wykorzystując przywilej bycia postaciami fikcyjnymi. "Sherlock" to coś, co można oceniać w osobnych kryteriach. Popis aktorstwa, inteligencji scenarzystów przy budowaniu intryg, ich umiejętności przy pisaniu dialogów oraz relacji... O montażu, zdjęciach i edycji nie trzeba nawet wspominać. To wciąż Top 3 wszechczasów pod tym względem, na równi z "Breaking Bad" oraz "Planet Earth".

Nigdy wcześniej nie pisałem o tym serialu, stąd taki wstęp. A teraz - sezon trzeci, pierwsza ważna premiera 2014 roku. Jeśli nie pamiętacie co się wydarzyło wcześniej to przypomnę: Sherlock skoczył z dachu i się zabił, Watson zapuścił wąsy co przyciągnęło żonę, Molly została lesbijką, Lestrade popełnił samobójstwo bo coraz więcej spraw nie dawał rady rozwiązać... Po co to piszę, przecież wszyscy wiecie co się stało. Clifhanger na koniec drugiego sezonu trzymał was za gardło przez prawie 24 miesiące (!!!), dając pole do popisu spekulantom. Niektórzy z nich nawet gadali,że Sherlock wcale nie umarł... Dziś istotne jest tylko jedno: czy serial trzyma poziom? Tak.


"Sherlock" nadal ocieka od ilości pracy przy nim wykonanej, chociaż niekoniecznie w rejonach które by mnie najbardziej usatysfakcjonowały. Nie pod względem fabuły całego sezonu, w obrębie samych odcinków jest całkiem dobrze, pomysłów na rozwój wydarzeń oraz budowanie napięcia nie brakowało, ale gdy spojrzeć na to z dystansu nie było tu jakiegoś spójnego motywu lub wątku. Do tego kilka historii kończy się "tak po prostu", po najmniejszej linii oporu.

Ale w kwestii relacji lub budowania postaci serial wszedł na zupełnie nowy poziom. Benedict Cumberbatch i Martin Freeman dostali tyle materiału do grania, że nawet jakby nie miałyby sensu, i tak byłyby złotem. Patrzenie na nich to czysta przyjemność. Będą mieć tyle niezwykłych chwil - śmiesznych oraz poważnych, będą razem pić, grać, bić się, krzyczeć na siebie... A zważcie na to, że nie mogę nic konkretnego napisać, co w tym sezonie bohaterowie będą robić. Postać Sherlocka postanowiono potraktować nieco poważniej, opowiedzieć nieco o jego dzieciństwie, stanie psychicznym i tym jak się sam ze sobą czuje. Watson będzie nieco istotniejszą postacią, bardziej zaangażowaną i mającą zdanie. Poważnie potraktowano nowy rozdział w znajomości głównych bohaterów, kiedy już nie mieszkają razem i muszą "przejść dalej". Świetnie poradzono sobie z wprowadzeniem nowej postaci, i jasno określono jej związek ze starymi.

W sumie sezon trzyma poziom - tu trochę mniej, w innym miejscu dużo lepiej, razem się to zbilansowało. Czekam na czwarty sezon. Clifhanger na złoto, o którym wprawdzie mogę napisać złe słowo lub dwa, mimo wszystko jednak jednak daje pewność, że twórcy widzą wszystko z o wiele szerszej perspektywie. Sezon trzeci był tylko przystankiem między drugim i czwartym, potrzebna była przerwa między pewnymi motywami. Stąd też brak pewnych tematów w trzecim, co pewnie zdenerwuje niektórych. Ale radzę wam - wstrzymajcie się do premiery sezonu czwartego. Ja tak zrobię.

Do przeczytania za dwa lata. A w tym czasie połknę ostatnie trzy epizody z siedem razy, gdy polecą w telewizji.


niedziela, 27 października 2013

Take Shelter

Psychological Drama, 2011


Opowieść o Curtisie, który żyje od wielu lat jako ojciec i mąż od wielu lat, aż niedawno zaczął widzieć różne rzeczy. Nadciągająca burza, deszcz gęsty niczym olej, nagłe grzmoty chociaż na niebie nie będzie nawet chmurki. W snach z kolei dzieje się jeszcze gorzej. Tam Curtisa może zaatakować pies, a rana od ugryzienia będzie go boleć jeszcze na jawie. Co się dzieje? Co to oznacza?

"Take Shelter" to jeden z tych tytułów, o których chyba lepiej nic nie wiedzieć. To co będę pisał w następnym akapicie niektórzy mogą potraktować jako spoiler. Sam nie wiem, czy bym tak to potraktował. Podszedłem do oglądania nie wiedząc nic i byłem zaskoczony ogólnym kierunkiem scenariusza. Sami zdecydujcie. Tutaj napiszę tylko: obejrzyjcie, jeśli lubicie kino psychologiczne. Nie jest to Bergman, nie są to "Szepty i krzyki", ale momentami jest to kino ocierające się o takie, które fani kinematografii powinni zobaczyć. Uprzedzam tylko, momentami może być nużące, chociaż jest dobrze jak na temat i zagrożenia jakie ze sobą niósł (łatwo można było przesadzić, i popaść w fałsz lub pretensjonalność). Jeśli nuży was słuchanie ambientu, możecie momentami mieć problem z wytrwaniem do końca.



Schizofrenia. To chyba ostatnie, czego bym się spodziewał. Schemat filmowy do którego współczesny widz jest przyzwyczajony wyklucza właściwie większość tego, co tu się działo. Matka z chorobą, zagrożenie, że przeszło to na syna, pójście do psychiatry... Cholera, kto chodzi w kinie do psychiatry? Dzisiaj to zdanie nie brzmi nawet prawdziwie, jest używane jako żart ("Może powinieneś z kimś o tym pogadać, HEHE?"). Kto był na kozetce ostatnio? De Niro w "Depresji gangstera" i Tony Soprano. Pomijam epizody, jak Tony Stark w "Erosie".
Zresztą, wykluczono w ogóle możliwość, że te wizje coś znaczą. Spodziewałem się czegoś w stylu Noe, a zamiast tego dostałem opowieść o schizofreniku, który się boi. Co ważniejsze, jeszcze nie jest w pełni chory, jest na granicy, większość dnia spędza jak normalny człowiek, ale w nocy zmoczy łóżko. I stara się radzić sobie z tym problem na własny sposób, bez łykania czego się da. To naprawdę kino, które potrafi sięgnąć do widza, dotknąć go. A on nie poczuje się, jakby ktoś zrobił na niego kupę. Zamiast tego, miałem wrażenie jakby ta opowieść poszerzyła moje horyzonty. Jestem teraz w stanie choć trochę zrozumieć taką osobę, jak ona widzi świat i radzi sobie ze swoimi problemami (fenomenalne sceny w schronie), i jeszcze czuję za to pewną wdzięczność.




"Take Shelter" ma całkiem niezłe efekty specjalne, ładny klimat (dużo otwartym przestrzeni, mała znająca się nawzajem społeczność okolicy) i dobrych aktorów. Całość jak pisałem wcześniej, może poważnie znużyć, częściowo celowo. Na przykład, jest scena w której bohater oddaje psa. Pyta: "Chcesz psa?". Tamten mu odpowiada twierdząco. Cięcie. Bohater już wykonuje ten gest zamykania samochodu, pies już jest zapakowany i gotowy do drogi. Wszystko tak ustawione, by cała scena składała się wyłącznie z dialogów, by nie było żadnego działania pomiędzy. Tylko stanie i gadanie. Zresztą dialogi też nie są najlepsze, momentami pisane jakby pod idiotów, żeby i oni zrozumieli.

Minusy?... Włosy Chastain nie skomponowano ładnie z całą tą zielenią.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/take_shelter/

środa, 28 sierpnia 2013

ZEMSTA PO LATACH (powtórka)

Mystery & Psychological Horror, 1980


Złote czasy filmów z gazet - był taki okres, dawno temu, kiedy jeszcze do gimnazjum chodziłem. Nagle gazety zaczęły przynajmniej raz w tygodniu dodawać jakiś film na dvd w cenie tych przykładowych 5 złotych, by potem dodawać nawet seriale (po 3-4 odcinki tygodniowo) i większe serie po 30 złotych za film ("Most nad rzeką Kwai", filmy Allena). Znam ludzi, którzy po prostu szli do kiosku w piątki i zgarniali wszystko jak leci, byle była tam płytka z filmem. Niektórych obrazów pozyskanych w ten sposób do dzisiaj nie obejrzałem. Ale też w ten sposób natknąłem się na kilka takich filmów, o których w inny sposób bym nie usłyszał. Dla przykładu: "Zemsta po latach".

Może w kręgach ludzi lubiących opowieści z gatunku "Haunted House", ale poza tym jestem jedyną osobą, która ten właśnie tytuł poleca w pierwszej kolejności jeśli ktoś zapyta mnie o horrory. Powodów jest kilka, a zacząć muszę od fabuły. Bohater nazywa się John Russell (George Campbell Scott), który po stracie żony i córki szuka ciszy, by móc tam pracować i pobyć sam ze sobą. Jest kompozytorem oraz pianistą. Przez agencję znajduje stary, od dawna niezamieszkały dom, którego historia sięga jeszcze XIX wieku. Szybko zaczyna mieć wrażenie obecności kogoś jeszcze w tym budynku. Zaczyna się od głuchego uderzania w rurach, codziennie o tej samej porze. Słychać też szmery, kran nagle się odkręca by w wodzie pokazać przerażający obraz... Ten dom, to co w nim egzystuje, chce coś powiedzieć...



Nie ma tu wyskakujących nagle z szafy przerażających stworów ani zjaw, które pokazują się widzowi, np. za plecami bohatera, ale gdy bohater się odwróci to z jakiegoś powodu zjawy już tam nie ma. A to dlatego, że przez cały film nie pokazano istoty nadprzyrodzonej, która nawiedza to miejsce. Zobaczyłem jedynie szczątkowe dowody na to, że tu jest. Dzięki genialnym zdjęciom oddano jej obecność, po prostu widać po tych korytarzach, że jest tu coś więcej. Bałem się, to przerażający film. Z bardzo precyzyjnym budowaniem napięcia oraz porażającym finałem, ale nic nie przebije rewelacyjnej sceny spirytystycznej. Oglądając ją byłem pewny, że widzę przypadek opętania, a George C. Scott dodaje wiele klasy całemu przedstawieniu, dzięki swojemu spojrzeniu człowieka niewierzącego w te bzdury.

Najlepsze jest to, że wszystko tu miało swój powód. Duch został w naszym wymiarze z określonego powodu, i ma pewien cel w robieniu tego co robi. Przeszłość bohatera ma znaczenie i jest wykorzystana w filmie. Cała historia jest kapitalna i jak najbardziej logiczna, a sam duch nie chce skrzywdzić bohatera - to dopiero nowość, prawda? Rzeczy które robi są przerażające, ale ze względu na to, co stoi za nimi, i to, że stworzyły w ten sposób taką historię.
Jedyne do czego mam zastrzeżenia, to zbyt łopatologiczne wyjaśnianie zagadki w kilku momentach. Nawet mam wrażenie, że jedynym celem dla postaci Trish Van Devere było bycie tam, by John Russell miał komu opowiadać, co odkrył (na szczęście są co najmniej dwa inne powody dla istnienia tej postaci, więc luz).



I jeszcze raz o zdjęciach. Skojarzenia z "Lśnieniem" są oczywiste, ale i tak warto o nich napisać kilka słów, bo to one właściwie tworzą cały klimat tego filmu. Bardzo rzadko kamera zachowuje się tu jak w normalnym obrazie, tzn. spełnia rolę pokazywania, co się dzieje. Najczęściej staje z boku, by stać się jedną z postaci - zazwyczaj jest to postać owego ducha, wiele momentów (z tym seans spirytystyczny) jest pokazanych również z jego punktu widzenia. Kamera nie zachowuje się, jak powinna - zawsze jest albo ciut z góry, albo nieco z dołu, albo trochę za bardzo z boku. Jeśli bohater jest na parterze, widzimy go z poziomu pierwszego piętra i na odwrót. Gdy coś dzieje się w jednym pokoju, kamera nie teleportuje się tam jak w normalnym filmie, tylko przemieszcza się powoli korytarzem i sama wchodzi do pokoju. Nawet w jej zwykłym przemieszczaniu się jest sporo życia, charakteru. Zdaje się skradać, czaić, zaglądać, podglądać, obserwować. Bezszelestnie. Gdy bohaterowie opuszczają lokację, kamera zatrzymuje się na chwilę, bo wie, że tu coś jeszcze się zdarzy. I pokazuje to tak wolno, napawając się tym, że jedyne o czym wtedy myślałem, to: "Nie, ja nie chcę tego zobaczyć..." - myślicie, że o tym nie wiedziała? Skąd ta pewność?

Ten film to odtrutka na całą resztę horrorów, szczególnie tych określanych jako "Stara szkoła" lub "klasyczna opowieść". Nie lubię chwalić za to, czego film NIE robi, ale to naprawdę ogromna ulga, zobaczyć film logiczny, konkretny, umiejętnie zbudowany i przy tym wszystkim straszny. Bo pokazuje, że można to zrobić. A widownia jest teraz naprawdę ogłupiona przez te wszystkie wyskakujące przed kamerą upiory, przechodzenie duchów za drzwiami, gdy bohater nie patrzy, i historiami które kupy się nie trzymają - i wszyscy to kupują, ciesząc się jak dzieci jeśli obejrzą horror w którym dla odmiany tylko 95% bohaterów umrze. Nie, istnieje inna droga. Ta właściwa.


8+/10
http://rateyourmusic.com/film/the_changeling/

piątek, 28 czerwca 2013

Upstream Color (7/10)

Low Fantasy & Psychological Drama, 2013


"Zakochany bez pamięci" w wersji ambient.

Shane Carruth po blisko 10 latach wraca do kina, nie tylko jako reżyser czy scenarzysta, ale i główny aktor, producent, współmontażysta i twórca muzyki do własnego filmu. Stworzył bardzo płynny obraz, dokładny, a także skoncentrowany. Niecałe półgodziny wypełnione jest widocznym wysiłkiem w niego włożonym. Widać, jak bardzo to wszystko zostało przemyślane i dopracowane. To puzzle, ułożone na swoim miejscu co do jednego, i wszystkie skrócone w montażu jak tylko się dało. Różne etapy czasowe, wszelkie odmiany doznań, metafory, psychozy, sny i emocje - jest w tym porządek, skutkujący hipnozą. To naprawdę dobrze się ogląda, o wiele lepiej niż "Primer". Magiczna jest sekwencja składająca się wyłącznie z nasłuchiwania - zaintrygowani?




Nie mówię, że ostatecznie ten film ma powód w byciu właśnie tak opowiedzianym, albo że wysiłek włożony w rozgryzienie go zostanie wynagrodzony. Ale dobrze jest obejrzeć taki film, bo wiele ich nie powstaje (i całe szczęście). Mało który obraz potrafi aż tak zaangażować, mało który ma ambicje opowiadać w tak skomplikowany sposób, jednocześnie potrafiąc zapewnić, że za tym wszystkim coś konkretnego stoi.

Chętnie go sobie powtórzę. Chociaż...?
http://rateyourmusic.com/film/upstream_color/

wtorek, 9 kwietnia 2013

666 PARK AVENUE (sezon I)

Fantasy & Mystery, 2012-13



Terry O'Quinn gra w nowym serialu całościowym, który właśnie się zaczął? Dam mu szansę.

Jak łatwo się domyślić, serial był skrojony pod Halloween. Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku, w budynku nazywającym się Drake - jest to luksusowy apartamentowiec. Para głównych bohaterów - Henry i Jane - dostaje darmowe mieszkanie w tym budynku pod warunkiem, że Jane będzie tu pracować za darmo jako dozorca. To prawdziwie bogate miejsce, podobnie jak cały serial. Widać po strojach bohaterów, błyskotkach u kobiet i wystroju wnętrz. To co piją i czym się zajmują również takie jest - i to pewnie jest powodem anulowania serialu. Koszta były za wysokie. Na szczęście scenarzyści pozbierali się do kupy, przerwę w emisji wykorzystali dobrze i udało im się zamknąć historię w 13 odcinkach. Z ewentualną furtką do drugiego sezonu i kilkoma niewyjaśnionymi rzeczami, by było o czym opowiadać.

Przede wszystkim, serial ten cenię za bohaterów, którzy są zwyczajnie sympatyczni. Dwójka głównych bohaterów to wręcz idealna para - ufająca sobie nawzajem, szczera wobec siebie, popełniająca błędy ale potrafiąca je poprawić i wybrać właściwą drogę. Przeciwwagą dla nich jest para Louise i Briana, ludzi nieszczególnie sobie radzących z problemami i w końcu ulegających takim rzeczom jak choćby alkohol. Główne skrzypce gra para właścicieli budynku, czyli Gavin Doran z żoną Olivią, ale o nich póki co nic nie powiem.
To tylko niektóre z postaci - raczej te stałe, które przeżyją po prostu do końca serialu, i wokół nich będzie toczyć się akcja. Oprócz nich pojawi się wiele postaci tylko na dany odcinek, wiele z nich związanych z Gavinem, i tu znowu muszę trochę poczekać.

Losy tych ludzi będą się przeplatać bardzo płynnie. Każdy wątek wpływa na pozostałe, każdy będzie kontynuowany w kolejnym odcinku, czasem w zaskakujący sposób. Nie ma tu czegoś, co będzie można w sumie pominąć. Wpłynie to na koniec, w ten czy inny sposób. Ważne - większość odcinków rozgrywają się w ciągu jednego dnia, tzn. zaczynają rano a kończą wieczorem. Dzięki temu całość jest intensywna, a 40 minut schodzi zaskakująco szybko.



Produkcja ma więcej zalet, ale na początku... nie jest atrakcyjnie. Jako całość ma problem z trzymaniem tajemnicy do końca lub subtelnością. Jeśli chcecie coś wiedzieć to z reguły dowiecie się tego od razu. Dla przykładu - Gavin to diabeł. I nie ma dyskusji. Pierwsza scena, jak wraca do domu i robi tornado w dupie jakiegoś skrzypka. Wiecie, że to będzie horror nadnaturalny. Efekty też są kiepskie, szczególnie na tle całej bogato zdobionej reszty. Kiczowate ręce wystające ze ściany, jakiś Człowiek Dym, fuj fuj. Ale z kolejnymi odcinkami Diabeł nie tylko okazuje się działać po cichu, subtelnie, mając na celu wykonanie jakiegoś planu który zna tylko on i jego żona. Na dodatek w kilku ostatnich odcinkach nawet byście go nie podejrzewali o byciu Diabłem. Tak rzadko korzysta ze swoich mocy, i taki zwykły jest w stosunku do tych, którzy jego sekretu nie znają. W ogóle się go nie bałem przez większość czasu. Dla mnie to zaleta - był aż tak przekonywujący. Jednocześnie było oczywiste, że gdy będę tego potrzebował, on przyjdzie i zaproponuje mi umowę...


Zasada progresu tyczy się całości. Z każdym odcinkiem widz dowiaduje się więcej o budynku, jego historii, odwiedzi jego piwnicę i otworzy zamknięte drzwi. Będą też momenty bardziej ambitne - jedna z postaci znajdzie zdjęcie samej siebie mieszkającej w tym budynku, mimo iż była przeświadczona, że widzi Drake'a pierwszy raz w życiu na oczy. Wtedy zada nie jakieś zwykłe, pospolite pytanie. Nie, ona zapyta: "Kto zrobił  to zdjęcie?", nadając całości zupełnie innego wymiaru, budząc u widza ciekawość. Okaże się również, że Gavin wcale nie jest diabłem - a przynajmniej nie jest tym diabłem. Będzie ktoś wyżej od niego. Albo chociaż mu równy.
Pierwsze dwa odcinki są dosyć przeciętne, od trzeciego w górę trzyma poziom.

Na koniec oczywiście pojawiają się odpowiedzi, ale raczej te wyjaśniające losy bohaterów, jak ta historia skończyła się dla nich. Pytania dotyczące Drake (np. jego serca) pozostawiono niewyjaśnione.

MROCZNE MIASTO (niezłe sci-fi)

Tech-Noir & Dystopian, 1998


Mężczyzna budzi się w obskurnej łazience, na podłodze pałęta się strzykawka a pod ścianę stoi krzesło na którym leży ubranie wyraźnie przygotowane dla niego. W następnym pokoju odbiera telefon. Ktoś po drugiej stronie radzi mu uciekać. Idą po niego. Ten zwiewa od razu - bo zauważył obok łóżka ciało kobiety... Świetny opening. Po prostu. Schematyczny, ale klimatyczny i bardzo dobrze wykonany. Rewelacyjne efekty specjalne, druga ważna zaleta filmu, szybko rzuci się w oczy. Cały model miasta i różne... działania, tak to ujmę, które w nim zajdą, naprawdę mnie zachwyciły swoją spójnością i rozmachem.



Potem już tak dobrze nie jest. Z początku mnie to złapało, chciałem to oglądać i poznać odpowiedzi, ale szybko straciłem zainteresowanie. Fabuła szybko sprowadza się do tego, że główny bohater będzie sobie szedł przed siebie. Z grubsza. Ciekawy, bardzo klimatyczny i wiele obiecujący świat zostaje obrócony w bardzo nieprecyzyjną i niekonkretne rozwinięcie oraz odpowiedzi. Które zresztą pojawiają się bardzo szybko, ale bohaterowi one nie wystarczą, więc jeszcze trochę pochodzi i uzyska te same odpowiedzi co wcześniej... Szkoda też, że różne postaci dowiedzą się o co biega w różnych odstępach czasu i każdej trzeba będzie to tłumaczyć oddzielnie... To będzie stopować film, po prostu.

I jeszcze raz o odpowiedziach - te nie mają wiele wspólnego z czymkolwiek ([SPOILER] choćby to: badali ich, a nie ma scen w którym prowadzą jakiekolwiek badania... [/SPOILER]).

Sprawa staje się lepsza ku końcowi, gdy to jest kilka dobrych scen o tym, co tworzy człowieka człowiekiem. Niby nic konkretnego, ale przynajmniej sensownie rozmawiali. Dobre sc-fi, słabszy kryminał.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/dark_city/

środa, 27 lutego 2013

FLASH FORWARD / PRZEBŁYSK JUTRA

Sezon I, 2008-09


Dołączam do tych co chcą zobaczyć kolejny sezon. Krótka piłka. Wiecie, jak bardzo męczyłem się i zawodziłem na pierwszych odcinkach. Twórcy prezentowali minimalne ambicje, opowiadali tak, jakby w ogóle im nie zależało. Fabuła w ogóle nie posuwała się do przodu, ktoś ginął i guzik mnie to obchodziło, dochodziło do ważnego odkrycia a twórcom nie udało się najpierw mnie tym odkryciem zainteresować. Byłem absolutnie obojętny na dywagacje bohaterów i ich reakcje na to, że widzieli własną przyszłość. Miałem wrażenie, że w każdym odcinku zaczynają od nowa nad tym myśleć, zamiast kontynuować wnioski do których doszli wcześniej. Odkryli, że podobne zaćmienie wystąpiło już wcześniej. Przez ponad 5 epizodów zachowują się, jakby tego nie odkryli i słowem o tym nie wspominają.

Są takie momenty jak porywacz, który zaczyna tortury od słów: "Wyobraź sobie pole kasy wielkie jak pół stanu. Tyle dostaję, by z tobą rozmawiać". O, czyli będzie dobry? Przebiegły, podpuści go? Nie, wpieprzy mu, i zagrozi skaleczeniem przyjaciela. Tyle w temacie pomysłowości scenarzystów. Albo gdzieś polecą, dwoje bohaterów plus zastęp świeżo stworzonych ochroniarzy lub pilotów. Zgadliście, są tylko po to, by zginąć w tym odcinku. Bohaterowie też nie będą jakoś specjalnie zapadający w pamięć. Simon do końca będzie Charliem z "LOST", tylko inaczej ubranym i ogolonym na łyso. Główny bohater też będzie do końca sztywno zagrany. Takie rzeczy będą aktualne od początku do końca.

Ale co z tego zostaje na koniec? Nadmiar wątków, które są kontynuowane bo... zostały zaczęte. A że pierwszy sezon ma zakończenie w dniu, który wszyscy zobaczyli w futurospekcji, to trzeba wszystkich tam dostarczyć i pokazać, jak spędzili ten dzień. W efekcie widz przeskakuje np. na drugi koniec ziemii na kilka minut na odcinek. Żaden z tych wątków pobocznych nie jest związany ze śledztwem itd. Ale poza tym - serial jest naprawdę dobry. W zasadzie od środkowego, podwójnego odcinka, ale tak na 100% wszystko idzie dobrze od odcinka w którym w końcu są w Somalii. Fabuła jest kontynuowana, gdzieś dochodzą w kolejne odkrycia pewnych faktów naprawdę ciekawią i sprawiają, że chciałem zobaczyć więcej. Odkrycie osobowości Obiektu Zero? Miód. Jak przekazał wiadomość? Świetne. Odcinek w którym próbują ustalić kreta? Świetny. Kontakt z Frostem? TA MUZYKA! Cóż za napięcie i tempo. Wyjaśnienie, czy Dimitri umrze? Świetne. Finał sezonu? Fenomenalny. Wizje sprawdzają się albo i nie, ale podobało mi się jak do nich dochodziło, ich reakcja, że to właśnie ten dzień, ta chwila i... spełniła się. Albo nie. I ta niesamowita scena akcji w biurze...

Finał to rzecz, którą trzeba poznać. Choć gdzieś tam z tyłu głowy piszczy mi głosik, że scenarzyści wiedzieli, że to koniec pracy na serialem, więc napakowali tam wszystkiego pod sufit, bo nie mieli już gdzie tego umieścić. I dlatego wyszło tak oszałamiająco.

Z jednym ale - gdy je oglądałem, to stawiałem to zakończenie w czołówce. Nie zakończeń-podsumowań, tylko zakończeń - cliffhangerów. Coś jak piąty finał "LOST". Ale... gdy po paru dniach usiadłem do pisania tego tekstu, zauważyłem jedno: nie myślałem o tym co zobaczyłem przez ten czas. Wywołał wielkie emocje wtedy, i wywołuje je teraz, ale pomiędzy była cisza. Stawiam na to, że autorzy nie dali widzom jakiegoś pola dla wyobraźni. To jednak nie był 5 sezon "LOST". Tam mogło się wydarzyć absolutnie wszystko, i to było cudowne w tym zakończeniu. "Flash Forward" to nie ta klasa, tutaj wiadomo, że scenarzystów nie stać na absolutnie wszystko. Gdyby było spojrzenia do bunkra, to teraz mógłbym się zastanawiać: co jest w tym bunkrze? Ale tu żadnego bunkra nie ma. Nie wiadomo, co się wydarzy dalej...

Poplątane to wszystko. Serial jest ok, to porządny produkt, choć ja radziłbym darować sobie odcinki od 5 do 10.


7/10.

sobota, 28 kwietnia 2012

BLOW OUT

New Hollywood & Mystery, 1981


Świetny !!

Z perspektywy wkładu w historię kina "Blow Out" funkcjonuje jako omawiający funkcję dźwięku w filmie, to jak scena zyskuje z podłożeniem go i jak czasami nawet potrafi zmienić się jej znaczenie. Jak dźwięk uzupełnia to co widzimy albo sprawia, że widzimy coś innego (no co, czytałem o tym w podręczniku)
Poza tym to dzięki temu filmowi Travolta dostał angaż w "Pulp Fiction". Zagrał aż tak dobrze.
Ponad to, jest swoistym głosem w kwestii zabójstwa Kennedy'ego, choć nic głośnego.

Ślepi na jedno oko mówią, że to kopia "Powiększenia", lol. Tam była omawiana rola obrazu, zczajcie różnicę: DŹWIĘK i OBRAZ. Dotarło?
Z Hitchem też nie ma za dużo wspólnego, ale dość już prostowania głupot, które gadają inni. Film jest dobry i to się liczy.

Historia jest świetna, precyzyjna i trzyma w napięciu. Zaczyna się od tego, jak patrzymy na zbrodnię oczami mordercy. Co jest dalej? Zobaczcie sami, bo cokolwiek napiszę, to i tak zepsuję wam niespodziankę. Jest intryga, świetny bohater, dobra relacja między nim i pewną kobietą.

Jest tu mnóstwo rewelacyjnych scen, jak początek, napisy początkowe, scena łapania dźwięków nad rzeką i rejestracja tytułowego "Blow Out". Jak Travolta odtwarza taśmę i widzimy to, co widzi oczyma wyobraźni. Jak trzyma w ramionach Sally, a nad nim wybuchają fajerwerki.

Montaż i muzyka to absolut w czystej postaci. Większość scen, które wymieniłem, zachwycają właśnie dzięki tym dwóm elementom, a wszystkie zachwycają również ze względu na zdjęcia. Pełno jest tu długich ujęć, kamery, która nagle wjeżdża na drugie piętro by zajrzeć przez okno albo przesuwa się wolno po pokoju, skupiając się na detalach otoczenia, jak obejmuje to co akurat leci w telewizji lub współpracuje z aktorem... W jednym ujęciu nagle zaczęła się powoli obracać wokół własnej osi po pokoju - rewelacja !!

Bardzo dobry film. Aż obejrzę go sobie jeszcze raz!


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/blow_out/