Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Comedy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Comedy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 lutego 2016

"Rick i Morty" (Sezon I - 7+/10)

Przygodowy, 2013-14


Tytułowi bohaterowie to dziadek i wnuk. Rick jest szalonym naukowcem i gburem, który zabiera swojego przygłupiego członka rodziny na różne przygody - do innych wymiarów, albo z użyciem cudacznych wynalazków i mikstury. Mieszkają w domku na przedmieściach razem z rodzicami Morty'ego i jego siostrą, którzy z jednej strony nie wiedzą o niezwykłych wyprawach, ale z drugiej... Są w stanie zaakceptować wszystko co się stanie. Podobnie jak reszta świata, która dochodzi do siebie po każdej inwazji i pladze.

Sometimes science is more art then science Morty. Lot of people don't get that.


11 epizodów po 22 minuty

piątek, 19 lutego 2016

"Śmierć przez powieszenie" (7/10)

Czarna komedia, 1968


"Ponad 70% z was jest za karą śmierci. Ale czy w ogóle wiecie, jak ona wygląda?" - tymi słowami zaczyna się ten film. Pokazuje, niemal jak w dokumencie, lokacje i przebieg takiego wyroku. Miejsca, gdzie skazany spędza ostatnie chwile; tradycyjne obrządki, jak modlitwa i poczęstunek; i w końcu - śmierć przez powieszenie. Klapa otwiera się, człowiek leci kilka stóp w dół. Zazwyczaj jego serce zatrzymuje się najwyżej po 15 minutach. Wtedy stwierdza się zgon i można iść do domu. Tym razem jednak mija blisko pół godziny, i serce mordercy - imię jego R - nadal bije. Pracownicy więzienia zebrani wokół ściągają go i stwierdzają u skazanego amnezję. Teraz najpierw muszą sprawić, by ten człowiek przypomniał sobie, kim jest, zanim znowu go powieszą.

Liczę na więcej klików przez kotka.

poniedziałek, 5 października 2015

"Porachunki" (8+/10)

Black Comedy, 1998


Moja notatka o "Przekręcie" nie należy do moich ulubionych. Chociaż film lubię, to nie miałem o nim za wiele dobrego do napisania, za to sporo do narzekania odnośnie całej konstrukcji. Wszystko po to by wyjaśnić, czemu nie lubię tego filmu bardziej. Teraz powtórzyłem "Porachunki" i widzę, że był też jeszcze jeden powód.

W swoim debiucie Guy Richie śledzi losy czterech brytyjskich kolegów: Jasona Stathama, Eddy'ego i dwóch innych. Wspólnym wysiłkiem udaje im się uzbierać astronomiczna dla nich kwotę - składają się oni po 25 tysięcy by Eddy mógł zagrać z miejscową szychą Harrym i jego partnerami w karty. To elitarny klub, gdzie trzeba wyłożyć w 100K, żeby móc zagrać. Harry oszukuje i nabiera naszego Eddy'ego - teraz ten nie tylko przegrywa, ale jest jeszcze winny pół miliona. I ma tydzień by spłacić dług.



wtorek, 18 sierpnia 2015

"Przekręt" (7/10) Dobra zabawa!

Black Comedy, 2000


Produkcja, którą trzeba trochę zganić, jeśli planuje się o niej pisać nieco dłuższą notkę. Obok porządnej zabawy, świetnych postaci oraz stylu, jakim ona się odznacza, ma również słabsze strony, utrudniające oglądanie.



sobota, 1 sierpnia 2015

Nowe Horyzonty 2015 # Dzień 8 - Polska daje radę

Polski festiwal, ale polskich filmów tu jak na lekarstwo... Ale gdy już jakiś zobaczyłem to stał się dla mnie tytułem dnia. Idealnie.


Spis treści:

00:23 - Czerwony pająk (Polska, kryminał, 2015). 6/10
01:40 - Niewielu z nas (Litwa, Drama, 1996). 6/10
02:10 - Koń Dinheiro (Portugalia, Dokument, 2014). 5/10
02:39 - Dziedziniec (Litwa, Drama, 1999). 6/10
03:36 - Ciało Anny Fritz (Portugalia, Czarna komedia/Thriller, 2015). 4/10

Muzyka: Miles Davis - Blue is Green

RELACJA Z WCZEŚNIEJSZYCH DNI: PIERWSZEGO ; DRUGIEGO ; TRZECIEGO ; CZWARTEGO ; PIĄTEGO ; SZÓSTEGO ; SIÓDMEGO

wtorek, 28 lipca 2015

Nowe Horyzonty 2015 # Dzień 4 Bicie kobiet i życie w tropikach

Coś czuję, że zostanę zombi przed końcem festiwalu... Ale za to obejrzałem jeden film o którym warto pamiętać!




00:46 - "Zawieszona młodość (RPA, Teen Movie, 2015). 7/10
01:45 - "Brawa!" (Rumunia, Black Comedy, 2015). 6/10
03:13 - "Z tego, co było, po tym, co było" (Filipiny, Obyczajowy, 2014). 6/10
05:38 - "Zranione serca" (Filipiny, Eksperymentalny, 2014). 2/10


Muzyka: Dexter Gordon - "Tanya"


WCZEŚNIEJSZE RELACJE: DZIEŃ 1 ; DZIEŃ 2 ; DZIEŃ 3

niedziela, 5 października 2014

Dzikie historie (6/10)

Anthology Film & Black Comedy, 2014


Sześć nowelek spiętych pod jednym, ogólnym tytułem... i niczym więcej, poza niecodziennym poczuciem humoru oraz niezwykłymi pomysłami na historię. I chociaż zalatuje to "Strefą mroku", nie jest to mój ulubiony model produkcji. Jako miniserial bardziej by się nadawał do oglądania. Gdy kilka odcinków TRZEBA oglądać pod rząd, to ja dosyć szybko czuję już zmęczenie. Nie pomaga fakt, że każda opowieść ma słaby, powolny wstęp, a ich poziom waha się od "reakcji Polaka na widok ze szczytu wysokiej góry" po "Garret by to wyciął".

Dlatego omówię poszczególne epizody oddzielnie.


# Epizod 3: "Znikający punkt" - 7+/10

Czyli co by się stało, gdyby Kowalski się zatrzymał w czasie przygody swojego życia by zmienić koło. A maniakalny nieznajomy wysiadł by zrobić mu kupę na przednią szybę. A Kowalski jednak nie dałby za wygraną, i nie zadowolił się tylko bezpieczną ucieczką... Festiwal groteski, przemocy i absurdu, w której żadna ze stron nie ma zamiaru dać za wygraną, a wiadomo gdzie to prowadzi. Ubaw po pachy, wcześniej obdarte ze skóry. Niezapomniany seans. Pokłony za realizację.


# Epizod 6: "Wesele" - 7/10

Żona tuż po zawarciu związku dowiaduje się, że mąż ją zdradził całkiem niedawno. Zainspirowana przez kucharza palącego na dachu, postanawia wykorzystać okazję do zrobienia piekła z życia swojego ukochanego, nie ponosząc za to winy. W końcu zasłużył, prawda? Pytanie tylko, na ile... w kilka minut standardowe wesele zmienia się w najlepszą tego typu scenę w historii kina. Z początku wydaje się, że na koniec reżyser funduje "feministyczną", irytującą anegdotę, ale w sprytny sposób z tego wybrnął. Plus romantyczne zakończenie i milczące sceny, gdzie cały humor płynie jedynie z obrazu. Seans niezapomniany.

niedziela, 21 września 2014

Frank (7/10)

Black Comedy, 2014


Chociaż tytuł się nie myli, i to Frank jest tu głównym bohaterem, widz poznaję fabułę z punktu widzenia Jona - młodego brytyjczyka, muzyka z głową pełną pomysłów grającego na klawiszach, który przypadkiem dostaje się do zespołu prezentującego alternatywny rock. Nazwę mają równie alternatywnie, aż sami nie wiedzą, jak się ją wymawia. Między poszczególnymi członkami są różne napięcia, jednak wszystko trzyma w kupie lider i wokalista imieniem Frank. Razem z Jonem lądują w małym domku na Irlandzkim odludziu, gdzie będą nagrywać płytę. Aż do skutku.

"Frank" mnie zainteresował po przeczytaniu recenzji pana Dębskiego, w której napisał: "okazał się filmem znaczącym dla mnie osobiście jako twórcy". I ma to zastosowanie również w moim przypadku, chociaż wciąż tak o sobie nie myślę. Produkcja Abrahamsona kupiła mnie już w czołówce, w której Jon chodzi ulicą i próbuje ułożyć piosenkę - chociaż wtedy myślałem, że po prostu wszędzie widzi jakąś inspirację, cały czas ma nowy pomysł, i nie umie nad nimi zapanować. A w pracy siedzi nad jakimś monotonnym zadaniem, myślami będąc nad tym, co akurat tworzy... Super. Po prostu super. Taki bohater to coś idealnego. W pewnym momencie słyszy on: "Zapewne zastanawiasz się, czemu nie możesz być Frankiem... Zrozum, Frank jest tylko jeden". Ktoś powinien mi to powiedzieć trzy lata temu. Jeśli więc coś tworzysz, myślisz cały czas nad tym czymś idąc ulicą - jest to film dla ciebie. Bez znaczenia, czy robisz to dla siebie, czy chcesz z tym coś więcej zrobić. A nawet - szczególnie wtedy.


sobota, 26 lipca 2014

Calvary

Drama & Mystery, 2014


John Michael McDonagh to brat gościa, który nakręcił "In Bruges". Razem sobie żyją w Irlandii i kręcą wokół motywu czarnej komedii. Taki był "Gliniarz" - pierwszy film reżyseria "Calvary" - jednak już jego najnowsze dzieło posiada go tylko trochę. Reżyser przemyca humor w bardzo małych ilościach, prawie niedostrzegalnych. Nie oznacza to jednak, jak się obawiałem, że seans jest doświadczeniem traumatycznym. To z pewnością nie. Jest tylko bardzo życiowy. Aż nie chciałem pisał u góry "Drama". Ale nie wiedziałem za bardzo, co tam dać w takim wypadku.

Opowieść rozpoczyna najlepszy opening 2014 roku: spowiedź tajemniczego grzesznika, dorosłego mężczyzny który wyznaje, że był molestowany przez księdza w wieku siedmiu lat. Pragnie się zemścić, więc postanowił zabić mężczyznę, u którego się spowiada. Tamten zapewne i tak już nie żyje, zresztą - nie wierzy, że to by mu coś dało. Musi tego czynu dokonać na niewinnym. Daje swojej ofierze tydzień. Zabije ją w przyszłą niedzielę. Wszystko to zostało nakręcone w jednym ujęciu - nie widać grzesznika, ekran wypełnia znużona twarz naszego bohatera, księdza granego przez Brendana Gleesona. I to wszystko. Cały "setup" zmieszczono w 2 minuty, mistrzostwo świata. A dalej to już właściwie kino autorskie, bardzo brytyjskie. Trochę w tym melodramatu, tragedii, czarnego humoru, kina drogi... a także zagadki. Bo osobowość możliwego mordercy nie jest wyjaśniona. I będzie to dopiero początek.


niedziela, 2 lutego 2014

American Hustle (6/10)

Crime & Black Comedy, 2013


Para oszustów zostaje nakryta przez FBI. Zamiast jednak ich skazać, oferują im współpracę przy rozpracowywaniu kolejnych przestępców. Oczywiście zgadzają się. "American Hustle" to udana komedia kryminalna, choć nie wyróżniają się ani poczuciem humoru ani niczym innym. Postaci i ich imion nie pamiętam, fabuła ulatuje z pamięci, pozostaje tylko wrażenie miło spędzonego czasu. Dialogów słuchałem z przyjemnością, a ogólny kierunek humoru całkiem mi odpowiadał - nie mogłem się nie uśmiechać widząc "Some of this actually happen" otwierające film (zamiast standardowego "Based on true story"), albo Christiana Bale'a z brzuszkiem, przyklejającego sobie perukę na łysinę. Aż do końca miałem gwarancję, że co chwila zobaczę jakiś miły moment, dzięki czemu seans był całkiem sporą przyjemnością.

Oddzielne są dwie kwestie, których zupełnie nie rozumiem. Pierwsza to Amy Adams, która dwa lata temu tańczyła z Muppetami, a teraz chodzi z biustem na wierzchu, ponieważ... Jakieś propozycje? Po drugie, piosenki. W czasie seansu usłyszałem między innymi "Goodbye Yellow Brick Road" Eltona Johna albo "I Saw The Light" Todda Rundgrena. To oczywiście dobre piosenki i było mi miło je ponownie usłyszeć, ale jaki był powód ich obecności? Strasznie dziwne było oglądanie czołówki, w której bohaterowie mają gdzieś iść, i w czasie gdy idą a potem wchodzą do pokoju, tempo zwolniło, a ja usłyszałem "Dirty Work" Steely Dan. Bardzo dobry kawałek, strasznie go lubię - ale co on miał wspólnego z filmem? Tekst się zgadzał, ale cały klimat tego utworu już nie. Do niczego - do filmu, do sceny, do intra, a szczególnie do umiejscowienia w czołówce. Najdziwniejsza scena to "Live and Let Die" wykonywana na niby (!) przez Jennifer Lawrence (!) do jej... synka (!) przy sprzątaniu (!). I trzęsie przy tym głową, i jest strasznie... do dupy.

Ponoć chodzi o to, że "American Hustle" miał w założeniu być kiczowaty. Eeetam... Za często coś ostatnio słyszę tę wymówkę.
https://rateyourmusic.com/film/american_hustle/

niedziela, 6 października 2013

To już jest koniec

Disaster, 2013


Przykład filmu, na który nie było pomysłu, aktorów zaciągnięto na plan i nie chciano wypuścić, póki nie zrobią czegoś, co zapełni taśmę. W ramach reklamy nakręcono śmieszną scenę która nie znalazła się w filmie, ona mnie zachęciła do obejrzenia, byłem mocno nakręcony... I dostałem komedię, w której żartów trzeba szukać niczym czterolistnej koniczyny na zboczu Wulkanu na jednym z księżyców Jowisza.



Jay Baruchel i Seth Rogen udali się na imprezę w rezydencji Jamesa Franco. W połowie zabawy następuje apokalipsa, ziemia pęka w pół, a dworze panoszą się demony, więc bohaterowie muszą zabarykadować się i siedzieć na dupie, a potem czekać, aż coś się pozytywnego zdarzy i będą uratowani. Już po samym wypowiedzeniu tego pomysłu na głos można być pewnym, że to się jednak nie uda. I dalej nie jest lepiej. Pomysłów na postaci nie było, aktorzy grają samych siebie, i guzik z tego wyniknie. Ktoś do Setha Rogena powie, że gra od 10 filmów tę samą postać i tyle. Pomysłu na relacje między nimi też nie ma. Jay i Seth są BFF, a po godzinie się okaże, że jednak ta blisko nie są, i obchodzi was to w tej chwili tyle samo co mnie, gdy oglądałem film. Pomysłów na sceny nie było. Lepiej walnąć tańczenie w slow-mo do jakiegoś popowego hitu. Pomysłów na rozwój akcji akurat kilka było, i wszystkie poronione. Siedzą tam i myślą, co się stało ze światem. I wymyślają, że to Apokalipsa, taka z Biblii. Zdradzać wiele nie będę, ale potraktują to na serio. Pomysłów na gagi też kilka było, większość poniżej poziomu. Ktoś obciąga Michaelowi Cera. Twórcy uznali ten żart za tak śmieszny, że zastosowali go trzy razy w ciągu 5 minut.

Poza tym przez ten film Emma Watson trzy razy użyła f-word.


3/10
http://rateyourmusic.com/film/this_is_the_end/

PS. Żeby było sprawiedliwie: Chaning Tatum mnie rozbawił, zdecydowanie najlepsza postać w tym filmie. I jak prawie udało się Franco uciec, też się uśmiechnąłem.

PS2. Chciałbym zobaczyć ten film z Zachiem Braffem i Donaldem Faisonem. Daję sobie 10/10 za sam pomysł.

czwartek, 11 lipca 2013

Włóczęga ze strzelbą (wzruszenie ramion)

Exploitation & Splatter, 2011


Rutger Hauer jako podstarzały bezdomny trafia do miasta w którym dzieją się okropne rzeczy. Wszystkim zdaje się rządzić sadystyczny Drake i jego synowie, urządzają brutalne pokazy, wolno im dosłownie wszystko. Pewnego razu, nasz bezdomny postanawia się temu sprzeciwić.

Film zyskuje na pewno oryginalnością i konsekwencją. To zawsze dobre rzeczy - chciano by widz nienawidził Drake'a, by ten umrzył w najbardziej makabryczny sposób, i to osiągnięto. Dano mu do roboty mnóstwo złych rzeczy, reszta miasta też się popisze (jakiś chłop płacący bezdomnym za jedzenie szkła przed kamerą itp.). Wszystko to będzie naprawdę brutalne, obrzydliwe i wulgarne. Kołnierz z włazu kanałowego, takie coś umieszczamy wokół pana X, spuszczamy go do kanałów by na ulicy była tylko jego głowa, obwiązujemy ją sznurem podczepionym do odjeżdżającego motoru... A po wszystkim niech jeszcze jakaś dziewczyna zatańczy w strugach tryskającej krwi. Super.

Akcja nie jest już zbyt podniecająca, bo po początkującej ferii prostego strzelania twórcy zaczynają komplikować sprawę. I tak np. bohater poluje najpierw na dwóch gości, by ich wypuścić gdy będzie miał okazję ich sprzątnąć. Albo ktoś tam będzie kroił czyjąś szyję (pewnej "ważnej" postaci), dojdzie do połowy, nie skończy, ale pacjentka... przeżyje. What.
Sporym problemem jest też fakt, że bohater tak naprawdę nie będzie mieć planu pokonania tych złych gości. Będzie tylko strzelać przez pewien czas do przypadkowych gości, a potem... niech się dzieje co chce. Tak naprawdę to nie będzie wiele robił. Szkoda.

Dalszy odbiór tego filmu zależy od waszego stanowiska w dwóch kwestiach - czy dobrze się czujecie, jeśli twórcy poświęcają aż tyle czasu by wywołać w was uczucie nienawiści do jakieś postaci? Oraz - czy uważacie, że kino jest miejscem dla takich obrzydliwości? jeśli tak, oglądajcie. Jeśli nie - wasza ocena będzie pewnie niższa niż u mnie.

Krótkie, ze sporą inicjatywą twórczą, choć trochę mało akcji.


4/10
http://rateyourmusic.com/film/hobo_with_a_shotgun/

środa, 17 kwietnia 2013

OSTATNIA NOC


Drama, 1998


Za kilka godzin kończy się świat. Jak będzie wyglądać ostatnia chwila tych ludzi? - to jest pomysł na film... ale wykonanie jest niezręczne, chaotyczne i trochę mdłe. Podobają mi się rzeczy spajające całość, np. w radiu prezenter będzie puszczał 500 utworów wszech czasów. A gość z gazowni będzie dzwonił do wszystkich klientów, dziękując im i zapewniając ich, że będą pracować do końca. To było świetne.

Cała konstrukcja jednak opiera się na tym, że jest sobie kilku ludzi którzy inaczej spędzają ten czas... W rozkroku z opowiedzeniem historii głównego bohatera. Tak jakby naraz chciano zrealizować mozaikę oraz fabułę z głównym wątkiem. Na początku bohater udaje się do rodziny, która zorganizowała z tej okazji Gwiazdkę. Po 20 minut idzie zostać sam, i wątek rodziny właściwie znika. Z drugiej strony są długie wprowadzenia dla postaci, których bohater nigdy nie spotka lub spotka w połowie filmu na chwilę. Jednocześnie miałem wrażenie, że reżyser nie ma czasu by opowiedzieć to co chce we właściwy sposób (wątki ucinają się lub się o nich zapomina - jedna postać kończy tak, że inna celowała w nią z broni, i... cholera wie co dalej), z drugiej pełno tu wypełniaczy. Film przy tym trwa ledwo półtorej godziny.

Główny konflikt chyba bierze się z tego, że bohater chce być sam i nie da rady, los tak nie chce. Ot, trafi na babkę która będzie  musiała się dostać na drugi koniec miasta, a że reżyser poszedł w schemat z rednekami, wszystko musi być rozwalone w trzy dupy, no bo kurwa. To w końcu koniec świata, nie? Musi do niego dojść jeszcze zanim on nastąpi. W każdym razie, pójdą razem szukać jakiegoś auta... Znajdą jedno, wybiją szybę, bohater będzie się szarpać z kablami po czym ze smutkiem przyzna, że nie ma zielonego pojęcia, co właściwie robi. Więc pójdą gdzie indziej. A film sobie leci...

Chciałbym zobaczyć scenę, w której wkurzony bohater bierze tę babę za fraki i wyrzuca ją z dachu na ulicę, żeby w końcu móc sobie pobyć sam ze sobą. To byłoby przekomiczne!

[nadgorliwi mogą uznać to co niżej  napiszę za spoiler]

Poza tym, nie spodziewajcie się jakiegoś zaskoczenia w zakończeniu lub wyjaśnienia, czemu równo o północy wszyscy umrą. Przejście do bieli i lecimy z napisami końcowymi, to będzie wszystko. Nie okaże się, że przyjdzie jakieś wojsko, lub że były rozbiory jakiegoś fikcyjnego kraju, a jedno miasto było przeciw temu więc władze ich odcięła i zaplanowała ich eksterminację. Po prostu... koniec. Znam takich, których się to spodoba.


6/10

wtorek, 4 grudnia 2012

SIEDMIU PSYCHOPATÓW

Black Comedy & Buddy, 2012


Podobał mi się. Ale oczekiwałem więcej i bardziej. Nie pomaga tu zwiastun filmu w którym widz znajdzie najlepsze sceny, z najlepszymi dialogami i największą dawką śmiechu. Wyjdzie z kina niezadowolony z faktu, że film jako całość prezentuje poziom co najmniej o dwie klasy mniejszy...

Początek jest obiecujący - widzimy kilka różnych scen których połączenie z początku nie jest jasne. Widzimy jednego człowieka zabijającego dwóch innych, po chwili pojawia się jego tytuł: Psychopata #1. Wspomnienie o tym znajduje się w gazecie którą Marty czyta. Marty jest scenarzystą, właśnie tworzy film o tytule "Siedem Psychopatów" i wymyśla tytułowe postaci. Kilka scen później widzimy brutalną scenę opowiedzianą przez Marty'ego i podpis: "Psychopata #2". Wiemy, że to jest postać do filmu. Powiedziane jest to wprost. Jest jeszcze wątek przyjaciela scenarzysty, Billy'ego, który wraz z Hansem zajmuje się porywaniem psów które oddaje właścicielom pod przykrywką "znalezienia ich" i odbieraniem za to sporej nagrody. Jak te elementy połączą się w spójną fabułę? Czekałem na to i byłem zaskoczony, nawet kilka razy.

To były te najlepsze momenty filmu. Bohaterowie byli naprawdę ciekawi, dalogi były coraz lepsze, całość była zabawna. Niestety, szybko się okazało, że historia jest prosta jak Mass Effect 2 i to najbardziej zaszkodziło całości. Jest zbyt banalna, zbyt nudna. Bohaterowie starają się to urozmaicić, ale nie bardzo im to wychodzi. Koniec końców strukturę film łatwo streścić: najpierw jest oczekiwanie do konfrontacji, następnie konfrontacja i koniec filmu.
Tych psychopatów nawet nie ma siedmiu, tylko sześciu. Inny jest tylko wymysłem Marty'ego. Tom Waits z kolei ma dwie i pół sceny, które w zasadzie można by wyciąć z filmu i nic by się nie zmieniło.

Film posiada wiele mocnych krwawych scen, świetnie zresztą nakręconych. Ma kilku dobrych bohaterów i parę świetnych dialogów, przez cały seans mimo wszystko będziecie się uśmiechać nawet jeśli to nie będzie zbyt szeroki uśmiech - szzczególnie, jeśli lubicie żarty czwartej ściany. Ale nie oczekujcie za wiele. Jest nieźle.


6/10.
http://rateyourmusic.com/film/seven_psychopaths/

środa, 28 kwietnia 2010

Ziemia niczyja

War & Black Comedy, 2001


Znakomite kino antywojenne na poważnie – i nie tylko.

Dolina. Po obu jej stronach przebiegają dwie linie frontu – Serbckiego i Bośniackiego. Pośrodku doliny jest okop – a w nim, w skutek różnych działań skryto-sprawdzających, spotykają się przedstawiciele obu nacji. Problemem są już sami dla siebie, ale jeden z nich okazuje się być w kiepskiej sytuacji – budzi się z miną pod sobą. Jeśli się ruszy, wszystko w promieniu 50 metrów zniknie.

Czy film faktycznie jest miniaturą „bałkańskiego tygla”? Nie wiem i w sumie małą to ma dla mnie wartość. Liczy się brawura tego filmu i to w jakim stylu nabija się z konfliktów jako takich, a wojennych w szczególności. Z niesamowitych dialogów, złożoności burdelu jaki się nakręca w trakcie filmu (wystarczy powiedzieć, że do akcji, poza Bośniakami i Serbią, włączy się jeszcze banda dziennikarzy, Francuzi, Genewa oraz ONZ) oraz lekkości filmu – mimo że nie zawsze jest to komedia.

„Kto zaczął wojnę? No, kto?!”.;-)


7/10, ulubiony.
http://rateyourmusic.com/film/no_mans_land/