Thriller, 1953
Okres tuż po drugiej wojnie światowej. W małej miejscowości gdzieś w Ameryce Południowej można spotkać ludzi o przeróżnych narodowościach - mówią tu po włosku, francusku i angielsku, byle tylko wymienić niektóre. Nie ma tu wiele możliwości - większość ludzi których tu zobaczymy pracuje dorywczo za marne grosze, byle tylko móc pozwolić sobie na posiłek i drinka pod wieczór. Żeby opuścić tę krainę potrzeba zbyt wiele środków, będących poza zasięgiem okolicznej ludności. Zapada marazm, niektórych nawet dopada depresja - dlatego nie dziwi, że gdy pojawia się okazja by zarobić 2000 dolarów na transporcie ciężarówką, to wszyscy rzucają się by podjąć okazję. Nawet jeśli transportem jest ładunek nitrogliceryny.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Italy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Italy. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 maja 2016
wtorek, 29 września 2015
"Młodość" (7/10)
Opowieść o artystach odpoczywających w kurorcie dla elity. Każdy z nich ma jakiś problem - szuka inspiracji, albo pracuje nad kolejnym filmem. Ktoś inny przygotowuje się do roli, inni zdają się tu być bez żadnego powodu.
Jest to film zarówno słabszy jak i lepszy od "Wielkiego piękna", produkcji tego samego reżysera sprzed dwóch lat. Zachowano tutaj piękny język obrazu przy większej roli scenariusza. Dzięki temu ogląda się to lepiej, ale wyżej cenię "Grande Bellaza". Podobnie jak wtedy, w "Młodości" jest dużo ruchu, a szyk i klasa tego świata wyrażana jest poprzez montaż, reżyserię, rytm, muzykę, kolory, barwy, kobiety i ubrania które noszą. Ogląda się to z przyjemnością, ale tym razem jest tego mniej. I jest to bardziej zwyczajne. Zdąża się często jakaś statyczność, bezruch. Szkoda.
Jest to film zarówno słabszy jak i lepszy od "Wielkiego piękna", produkcji tego samego reżysera sprzed dwóch lat. Zachowano tutaj piękny język obrazu przy większej roli scenariusza. Dzięki temu ogląda się to lepiej, ale wyżej cenię "Grande Bellaza". Podobnie jak wtedy, w "Młodości" jest dużo ruchu, a szyk i klasa tego świata wyrażana jest poprzez montaż, reżyserię, rytm, muzykę, kolory, barwy, kobiety i ubrania które noszą. Ogląda się to z przyjemnością, ale tym razem jest tego mniej. I jest to bardziej zwyczajne. Zdąża się często jakaś statyczność, bezruch. Szkoda.
wtorek, 4 sierpnia 2015
Nowe Horyzonty 2015 # Dzień 10 Finał sezonu
Jeśli macie zobaczyć tylko jeden mój podcast o Nowych Horyzontach, to niech to będzie ten.
Spis treści:
00:10 - Nawet góry przeminą (Chiny, Drama, 2015). 5/10
01:44 - Moja matka (Włochy, Drama, 2015). 6/10
02:42 - Pokój nam w naszych snach (Litwa, Drama, 2015). 6/10
03:30 - Amy (UK, Music Documentary, 2015). 5/10
05:50 - Epilog (Polska, Eksperymentalny, 2015). 1/10.
Muzyka:
Michael Giacchino - Moving On
Coleman Hawkins - Greensleeves
Relacja z dni wcześniejszych:
PIERWSZEGO ; DRUGIEGO ; TRZECIEGO ; CZWARTEGO ; PIĄTEGO ; SZÓSTEGO ; SIÓDMEGO ; ÓSMEGO ; DZIEWIĄTEGO
Spis treści:
00:10 - Nawet góry przeminą (Chiny, Drama, 2015). 5/10
01:44 - Moja matka (Włochy, Drama, 2015). 6/10
02:42 - Pokój nam w naszych snach (Litwa, Drama, 2015). 6/10
03:30 - Amy (UK, Music Documentary, 2015). 5/10
05:50 - Epilog (Polska, Eksperymentalny, 2015). 1/10.
Muzyka:
Michael Giacchino - Moving On
Coleman Hawkins - Greensleeves
Relacja z dni wcześniejszych:
PIERWSZEGO ; DRUGIEGO ; TRZECIEGO ; CZWARTEGO ; PIĄTEGO ; SZÓSTEGO ; SIÓDMEGO ; ÓSMEGO ; DZIEWIĄTEGO
Etykiety:
2015,
Chine,
Drama,
Italy,
Japan,
Litwa,
Music Documentary,
Nowe Horyzonty,
United Kingdom
niedziela, 15 marca 2015
"Zatrzymane życie" (7/10) Wiele rzeczy spodobało mi się tu
Drama, 2013
John May zajmuje się zawodowo dbaniem o samotnych zmarłych. Ludzi, którzy zostali znalezieni po kilku dniach gdzieś w motelu, nie mają rodziny, nikt ich nie zna. Pan May bada ich rzeczy osobiste, sprawdza czy faktycznie nie mieli bliskich - zazwyczaj nawet jeśli z kimś da radę się skontaktować, to ta osoba nie będzie chciał przyjść na pogrzeb. John przyjdzie więc sam i wysłucha przemowy księdza. Nie ma życia osobistego poza pracą, trzyma w domu album fotograficzny ze zdjęciami ludzi, których pożegnał. To jest jego celem życia - zapewnić pamięć tym, o których nikt inny nie powie już ani jednego słowa. Żyją tak długo jak żyje on sam. Zmienia się to, gdy natrafi na sprawę w którą postanowi się zagłębić bardziej.
"Still Life" jest skupionym filmem, i przypominał mi "Idę". Każde ujęcie jest treściwe i niezbędne, a do tego krótkie i jeśli akurat natrafi się coś dłuższego to wtedy również będzie miało to swoje uzasadnienie. Dla przykładu, scena na cmentarzu, w której bohater idzie dosyć długo pośród grobów zanim dojdzie do trawnika i położy się tam. Jasny znak dla widza, że to nie jest przypadkowa decyzja, jakiś impuls, ale wypracowane miejsce. "Jego" miejsce, które lubi, i tu świadomie zmierzał. "Zatrzymane życie" jest dynamiczne, chociaż tematyka tego nie zapowiada (metraż wynosi niecałe półtorej godziny), a sceny badania "miejsc zdarzenia" wygląda jak fragment kryminału.
John May zajmuje się zawodowo dbaniem o samotnych zmarłych. Ludzi, którzy zostali znalezieni po kilku dniach gdzieś w motelu, nie mają rodziny, nikt ich nie zna. Pan May bada ich rzeczy osobiste, sprawdza czy faktycznie nie mieli bliskich - zazwyczaj nawet jeśli z kimś da radę się skontaktować, to ta osoba nie będzie chciał przyjść na pogrzeb. John przyjdzie więc sam i wysłucha przemowy księdza. Nie ma życia osobistego poza pracą, trzyma w domu album fotograficzny ze zdjęciami ludzi, których pożegnał. To jest jego celem życia - zapewnić pamięć tym, o których nikt inny nie powie już ani jednego słowa. Żyją tak długo jak żyje on sam. Zmienia się to, gdy natrafi na sprawę w którą postanowi się zagłębić bardziej.
"Still Life" jest skupionym filmem, i przypominał mi "Idę". Każde ujęcie jest treściwe i niezbędne, a do tego krótkie i jeśli akurat natrafi się coś dłuższego to wtedy również będzie miało to swoje uzasadnienie. Dla przykładu, scena na cmentarzu, w której bohater idzie dosyć długo pośród grobów zanim dojdzie do trawnika i położy się tam. Jasny znak dla widza, że to nie jest przypadkowa decyzja, jakiś impuls, ale wypracowane miejsce. "Jego" miejsce, które lubi, i tu świadomie zmierzał. "Zatrzymane życie" jest dynamiczne, chociaż tematyka tego nie zapowiada (metraż wynosi niecałe półtorej godziny), a sceny badania "miejsc zdarzenia" wygląda jak fragment kryminału.
sobota, 8 lutego 2014
Wielkie piękno (7/10)
Satire & Drama, 2013
Kolejny człowiek wałęsa się po Rzymie, szukając swojej przeszłości, myśląc nad życiem oraz sztuką. W "Great Beauty" jest nim Jap Gambardella, człowiek który krótko po swoich 64 urodzinach doszedł do wniosku, że szkoda mu czasu na rzeczy, w których nie chce uczestniczyć. Dawno temu napisał książkę, tylko jedną, i do dziś ludzie pytają się go, kiedy napisze następną? Czemu jeszcze jej nie napisał?
Pierwsze co rzuca się w oczy to fenomenalna reżyseria. Pierwsze 13 minut wręcz każe zastanowić się: po co filmom scenariusze? Przecież wystarczy ruch, tempo, muzyka, rytm... Niby nic się nie dzieje, by następnie zmienić scenerię na typowo dyskotekową, ale jak to wygląda! Trudno uwierzyć, że to współczesny film, bardziej prawdopodne by było, gdyby powstał w latach 30-tych, gdy różni mistrzowie kina i teoretycy uczyli się języka kina, poszerzali go i kategoryzowali. "Wielkie piękno" to definicja ruchu, powszechnie nazywanego akcją. Co chwila jest cięcie, co chwila kamera robi jakiś gwałtowny najazd gdzieś, cięcie, kręci się wokół czegoś, cięcie, podążą za czymś. Albo aktorzy są w ruchu, albo coś innego... zwróćcie uwagę na zgranie tego, jak kamera zatrzymuje się idealnie w momencie gdy aktor zaczyna ruch i na odwrót... Pozostaje tylko mieć nadzieję, że "Avengers 2" nakręcą z taką samą dynamiką oraz pasją. Bo ogląda się to miodnie.
Wysoce prawdopodobne, że Paolo Sorrentino to najlepszy reżyser tej dekady. Gorzej w temacie zawartości, opowieści, historii, fabuły. Czyli scenariusza, bo ten jednak był. Ludzie wypowiadali dialogi, uczestniczyli w scenach i tak dalej. Samo przesłanie, morał - to jest w porządku, na dodatek ładnie na końcu wyłożone bym dał radę zrozumieć. Bardzo spodobał mi się świat wyjęty niczym ze "Śmierci w Wenecji", gdzie ludzie byli wykwintni i pełni klasy... tylko w "La Grande Bellezza" już tego nie mają. Wciąz fascynują się sztuką, są artystami, ale wystarczy ich przycisnąć i okazuje się, że sami nic nie wiedzą. Słyszeliście zapewne o ludziach, którzy jedzą farbę, wymiotują na płutno i takie dzieło sprzedają potem za grube miliony - Sorrentino opowiada właśnie o tym. I trzyma klasę, posługując się satyrą ale nie w taki jaskrawy sposób który zwykło kojarzyć z pojęciem "satyry". Ale film trwa ponad 2 godziny, i parę razy zdarza się twórcom powtarzać po sobie to, co chwili widzowi przekazać - a innym razem zwyczajnie przynudzać. Ilość scen uniemożliwia utrzymanie początkowego tempa.
https://rateyourmusic.com/film/la_grande_bellezza/
Kolejny człowiek wałęsa się po Rzymie, szukając swojej przeszłości, myśląc nad życiem oraz sztuką. W "Great Beauty" jest nim Jap Gambardella, człowiek który krótko po swoich 64 urodzinach doszedł do wniosku, że szkoda mu czasu na rzeczy, w których nie chce uczestniczyć. Dawno temu napisał książkę, tylko jedną, i do dziś ludzie pytają się go, kiedy napisze następną? Czemu jeszcze jej nie napisał?
Pierwsze co rzuca się w oczy to fenomenalna reżyseria. Pierwsze 13 minut wręcz każe zastanowić się: po co filmom scenariusze? Przecież wystarczy ruch, tempo, muzyka, rytm... Niby nic się nie dzieje, by następnie zmienić scenerię na typowo dyskotekową, ale jak to wygląda! Trudno uwierzyć, że to współczesny film, bardziej prawdopodne by było, gdyby powstał w latach 30-tych, gdy różni mistrzowie kina i teoretycy uczyli się języka kina, poszerzali go i kategoryzowali. "Wielkie piękno" to definicja ruchu, powszechnie nazywanego akcją. Co chwila jest cięcie, co chwila kamera robi jakiś gwałtowny najazd gdzieś, cięcie, kręci się wokół czegoś, cięcie, podążą za czymś. Albo aktorzy są w ruchu, albo coś innego... zwróćcie uwagę na zgranie tego, jak kamera zatrzymuje się idealnie w momencie gdy aktor zaczyna ruch i na odwrót... Pozostaje tylko mieć nadzieję, że "Avengers 2" nakręcą z taką samą dynamiką oraz pasją. Bo ogląda się to miodnie.
Wysoce prawdopodobne, że Paolo Sorrentino to najlepszy reżyser tej dekady. Gorzej w temacie zawartości, opowieści, historii, fabuły. Czyli scenariusza, bo ten jednak był. Ludzie wypowiadali dialogi, uczestniczyli w scenach i tak dalej. Samo przesłanie, morał - to jest w porządku, na dodatek ładnie na końcu wyłożone bym dał radę zrozumieć. Bardzo spodobał mi się świat wyjęty niczym ze "Śmierci w Wenecji", gdzie ludzie byli wykwintni i pełni klasy... tylko w "La Grande Bellezza" już tego nie mają. Wciąz fascynują się sztuką, są artystami, ale wystarczy ich przycisnąć i okazuje się, że sami nic nie wiedzą. Słyszeliście zapewne o ludziach, którzy jedzą farbę, wymiotują na płutno i takie dzieło sprzedają potem za grube miliony - Sorrentino opowiada właśnie o tym. I trzyma klasę, posługując się satyrą ale nie w taki jaskrawy sposób który zwykło kojarzyć z pojęciem "satyry". Ale film trwa ponad 2 godziny, i parę razy zdarza się twórcom powtarzać po sobie to, co chwili widzowi przekazać - a innym razem zwyczajnie przynudzać. Ilość scen uniemożliwia utrzymanie początkowego tempa.
https://rateyourmusic.com/film/la_grande_bellezza/
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
(powtórka) 1900: CZŁOWIEK LEGENDA
Drama & Music, 1998
Epicki film o gościu, który gra na pianinie. Gdy tylko to sobie uświadomiłem to do tej pory nie rozumiem, jak to w ogóle wyszło. Ta historia jest olbrzymia i kipi od skojarzeń z "Titanikiem". Pierwsze ujęcie na jego bok, pierwsze szerokie ujęcie po ludziach na pokładzie, każdy detal w kostiumach i wyglądzie wszystkiego mówił mi, że to od Camerona wzięto całą scenografię (i budżet), że to właśnie na Titanicu rozgrywa się akcja filmu. Tylko to dobicie do Ameryki mi nie pasowało.
Ale to co nadaje filmowi prawdziwego rozmachu to zdjęcia. Nie mam zielonego pojęcia, jak to zrobiono, ale czy kamera miała jakieś ograniczenia? Poruszała się w taki sposób, że prawdopodobnie mogłaby się wznieść aż na Księżyc i zapewne dalej. Prawie w ogóle nie ma tu ujęć ogólnych, każde jest osobną podróżą do konkretnego punktu. A po drodze przeciska się przez regały, pod dwupiętrowym łóżkiem, między regałami. W jednej scenie kamera krąży gdzieś pod sufitem wokół żyrandolu, stopniowo się zniża by ostatecznie skończyć tuż przed twarzą dyrygenta przedstawiającego członków orkiestry. W innej scenie, jest dosłownie pomiędzy dłońmi pianisty, grającego właśnie na swoim instrumencie. Jak ona się tam zmieściła?
Wiem, że przynudzam, ale ta kwestia naprawdę mnie rozwala.
Jeszcze trochę poskaczę wokół sedna filmu - uwielbiam jego luz. Cała pierwsza połowa filmu jest wypełniona naprawdę luźnymi tekstami, poczynając od murzyna na klęczkach przeszukującego jadalnię, klnącego pod nosem. Potem jest nakrycie dzieciaka kradnącego ciasto przez kapitana. Dzieciak w obronie trafia go w twarz tym ciastem, na co ten drze ryja, że trzeba to dziecko w końcu oddać, bo jest tu wbrew prawu. Ujęcie na dół do kotłowni, a tam robotnik odkrzykuje: "FUCK THE LAW". Uwielbiam!
Podobała mi się nawet konstrukcja filmu, w której jednocześnie rozwijają się dwie linie fabularne. Z kolei scena tańczącego pianina należy do moich ulubionych. Ma to co kocham w kinie: magię zawartą w prawdziwym świecie. Magia w magicznym świecie nie jest niczym wyróżniającym się, jednak w "1900" pianino zaczyna tańczyć w skutek kołysania statku przez nocne fale. A bohaterowie tańczą razem z nim, żyjąc tą chwilą w pełni po raz ostatni w życiu i historii, przeżywając szczęście. Na moment zatrzymuje się wszystko, a to, że w końcu się to kończy, jest w tym najpiękniejsze, bo w tym świecie ta ściana w końcu zostałaby wybita. Ale mimo to udało się w nim odegrać taką scenę. Stworzyć taką chwilę. Definicja piękna.
Ale nie mogę sedna filmu unikać w nieskończoność. W pewnym sensie, zapowiadało się ciekawie. Bohater który przeżył całe życie na statku... ale nie ma tak naprawdę jakiegoś konkretnego powodu, by nie wyjść na ląd. Był wychowywany w dziwny sposób i nie ma to wpływu na nic. Dorastał na statku, ale nic o tym nie wiadomo, jak to wyglądało. Zanim dobrał się do klawiszy - jak wyglądało jego życie? Co robił? Bo wydaje się, że było całkiem nudne. Cały koncept na tę postać jest tak niejasny, niekonkretny, nieprecyzyjny. Opisuje się go, jakby miał jakieś szczególne powiązanie z morzem, nie chwieje się jak inni gdy jest sztorm, ale gdzie to prowadzi? Szczególnie jak na głównego bohatera - jest go bardzo mało na ekranie, niewiele robi lub mówi. Tak naprawdę to nie ma nawet konkretnej historii, przynajmniej od momentu gdy przestaje być dzieckiem. Jego późniejszy żywot znaczą raczej epizodyczne, nieznaczące scenki. Jak choćby ten pojedynek.
Tutaj przejawia się kilka innych słabych stron filmu. Po pierwsze - on nie grał muzyki świetnej samej w sobie. On grał muzykę filmową, czyli tło, aranżację, jego dźwięki same w sobie nie opowiadały historii tylko podkreślały inną, rozgrywającą się na ekranie. Dlatego ciężko było mi się w to wciągnąć, przez to również sama postać i wrażenie jakie ona wywołuje wydawało mi się banalne, błache. Najgorzej było w scenie pojedynku, kiedy to w finale zaczął tylko napieprzać byle szybciej. Nie zdziwiłbym się, jakby nawet zaczął walić głową. Sorry, nie słyszałem tam melodii, tylko próbę klikania jak najszybciej.
[spoiler]
Żałuję, że na koniec nie zostawiono wątpliwości, czy on tam na tym statku został. Dla mnie, o wiele silniejsze i zostające ze mną rozwiązanie to niewyjaśnienie tego, mimo wszystko. Niech nie odpowie na muzykę z płyty. Niech Max odejdzie nieprzekonany. Niech obserwuje wybuch. Niech zatrzyma go w oczach do końca życia, samemu zadając sobie to pytanie. Niech widz zastanawia się razem z nim.
Zakończenie samo w sobie jest naprawdę porażająco smutne, na miejsce Maxa nie mógłby się ruszyć z miejsca. A na pewno nie w górę. Jednak gdzieś tam wiem, że "moje" zakończenie miałoby efekt bardziej długofalowy.
[/spoiler]
Dobry film, robi wrażenie, szczególnie na początku.
7/10
http://rateyourmusic.com/film/la_leggenda_del_pianista_sulloceano/
Epicki film o gościu, który gra na pianinie. Gdy tylko to sobie uświadomiłem to do tej pory nie rozumiem, jak to w ogóle wyszło. Ta historia jest olbrzymia i kipi od skojarzeń z "Titanikiem". Pierwsze ujęcie na jego bok, pierwsze szerokie ujęcie po ludziach na pokładzie, każdy detal w kostiumach i wyglądzie wszystkiego mówił mi, że to od Camerona wzięto całą scenografię (i budżet), że to właśnie na Titanicu rozgrywa się akcja filmu. Tylko to dobicie do Ameryki mi nie pasowało.
Ale to co nadaje filmowi prawdziwego rozmachu to zdjęcia. Nie mam zielonego pojęcia, jak to zrobiono, ale czy kamera miała jakieś ograniczenia? Poruszała się w taki sposób, że prawdopodobnie mogłaby się wznieść aż na Księżyc i zapewne dalej. Prawie w ogóle nie ma tu ujęć ogólnych, każde jest osobną podróżą do konkretnego punktu. A po drodze przeciska się przez regały, pod dwupiętrowym łóżkiem, między regałami. W jednej scenie kamera krąży gdzieś pod sufitem wokół żyrandolu, stopniowo się zniża by ostatecznie skończyć tuż przed twarzą dyrygenta przedstawiającego członków orkiestry. W innej scenie, jest dosłownie pomiędzy dłońmi pianisty, grającego właśnie na swoim instrumencie. Jak ona się tam zmieściła?
Wiem, że przynudzam, ale ta kwestia naprawdę mnie rozwala.
Jeszcze trochę poskaczę wokół sedna filmu - uwielbiam jego luz. Cała pierwsza połowa filmu jest wypełniona naprawdę luźnymi tekstami, poczynając od murzyna na klęczkach przeszukującego jadalnię, klnącego pod nosem. Potem jest nakrycie dzieciaka kradnącego ciasto przez kapitana. Dzieciak w obronie trafia go w twarz tym ciastem, na co ten drze ryja, że trzeba to dziecko w końcu oddać, bo jest tu wbrew prawu. Ujęcie na dół do kotłowni, a tam robotnik odkrzykuje: "FUCK THE LAW". Uwielbiam!
Podobała mi się nawet konstrukcja filmu, w której jednocześnie rozwijają się dwie linie fabularne. Z kolei scena tańczącego pianina należy do moich ulubionych. Ma to co kocham w kinie: magię zawartą w prawdziwym świecie. Magia w magicznym świecie nie jest niczym wyróżniającym się, jednak w "1900" pianino zaczyna tańczyć w skutek kołysania statku przez nocne fale. A bohaterowie tańczą razem z nim, żyjąc tą chwilą w pełni po raz ostatni w życiu i historii, przeżywając szczęście. Na moment zatrzymuje się wszystko, a to, że w końcu się to kończy, jest w tym najpiękniejsze, bo w tym świecie ta ściana w końcu zostałaby wybita. Ale mimo to udało się w nim odegrać taką scenę. Stworzyć taką chwilę. Definicja piękna.
Ale nie mogę sedna filmu unikać w nieskończoność. W pewnym sensie, zapowiadało się ciekawie. Bohater który przeżył całe życie na statku... ale nie ma tak naprawdę jakiegoś konkretnego powodu, by nie wyjść na ląd. Był wychowywany w dziwny sposób i nie ma to wpływu na nic. Dorastał na statku, ale nic o tym nie wiadomo, jak to wyglądało. Zanim dobrał się do klawiszy - jak wyglądało jego życie? Co robił? Bo wydaje się, że było całkiem nudne. Cały koncept na tę postać jest tak niejasny, niekonkretny, nieprecyzyjny. Opisuje się go, jakby miał jakieś szczególne powiązanie z morzem, nie chwieje się jak inni gdy jest sztorm, ale gdzie to prowadzi? Szczególnie jak na głównego bohatera - jest go bardzo mało na ekranie, niewiele robi lub mówi. Tak naprawdę to nie ma nawet konkretnej historii, przynajmniej od momentu gdy przestaje być dzieckiem. Jego późniejszy żywot znaczą raczej epizodyczne, nieznaczące scenki. Jak choćby ten pojedynek.
Tutaj przejawia się kilka innych słabych stron filmu. Po pierwsze - on nie grał muzyki świetnej samej w sobie. On grał muzykę filmową, czyli tło, aranżację, jego dźwięki same w sobie nie opowiadały historii tylko podkreślały inną, rozgrywającą się na ekranie. Dlatego ciężko było mi się w to wciągnąć, przez to również sama postać i wrażenie jakie ona wywołuje wydawało mi się banalne, błache. Najgorzej było w scenie pojedynku, kiedy to w finale zaczął tylko napieprzać byle szybciej. Nie zdziwiłbym się, jakby nawet zaczął walić głową. Sorry, nie słyszałem tam melodii, tylko próbę klikania jak najszybciej.
[spoiler]
Żałuję, że na koniec nie zostawiono wątpliwości, czy on tam na tym statku został. Dla mnie, o wiele silniejsze i zostające ze mną rozwiązanie to niewyjaśnienie tego, mimo wszystko. Niech nie odpowie na muzykę z płyty. Niech Max odejdzie nieprzekonany. Niech obserwuje wybuch. Niech zatrzyma go w oczach do końca życia, samemu zadając sobie to pytanie. Niech widz zastanawia się razem z nim.
Zakończenie samo w sobie jest naprawdę porażająco smutne, na miejsce Maxa nie mógłby się ruszyć z miejsca. A na pewno nie w górę. Jednak gdzieś tam wiem, że "moje" zakończenie miałoby efekt bardziej długofalowy.
[/spoiler]
Dobry film, robi wrażenie, szczególnie na początku.
7/10
http://rateyourmusic.com/film/la_leggenda_del_pianista_sulloceano/
środa, 28 kwietnia 2010
Ziemia niczyja
War & Black Comedy, 2001
Znakomite kino antywojenne na poważnie – i nie tylko.
Dolina. Po obu jej stronach przebiegają dwie linie frontu – Serbckiego i Bośniackiego. Pośrodku doliny jest okop – a w nim, w skutek różnych działań skryto-sprawdzających, spotykają się przedstawiciele obu nacji. Problemem są już sami dla siebie, ale jeden z nich okazuje się być w kiepskiej sytuacji – budzi się z miną pod sobą. Jeśli się ruszy, wszystko w promieniu 50 metrów zniknie.
Czy film faktycznie jest miniaturą „bałkańskiego tygla”? Nie wiem i w sumie małą to ma dla mnie wartość. Liczy się brawura tego filmu i to w jakim stylu nabija się z konfliktów jako takich, a wojennych w szczególności. Z niesamowitych dialogów, złożoności burdelu jaki się nakręca w trakcie filmu (wystarczy powiedzieć, że do akcji, poza Bośniakami i Serbią, włączy się jeszcze banda dziennikarzy, Francuzi, Genewa oraz ONZ) oraz lekkości filmu – mimo że nie zawsze jest to komedia.
„Kto zaczął wojnę? No, kto?!”.;-)
7/10, ulubiony.
http://rateyourmusic.com/film/no_mans_land/
Znakomite kino antywojenne na poważnie – i nie tylko.
Dolina. Po obu jej stronach przebiegają dwie linie frontu – Serbckiego i Bośniackiego. Pośrodku doliny jest okop – a w nim, w skutek różnych działań skryto-sprawdzających, spotykają się przedstawiciele obu nacji. Problemem są już sami dla siebie, ale jeden z nich okazuje się być w kiepskiej sytuacji – budzi się z miną pod sobą. Jeśli się ruszy, wszystko w promieniu 50 metrów zniknie.
Czy film faktycznie jest miniaturą „bałkańskiego tygla”? Nie wiem i w sumie małą to ma dla mnie wartość. Liczy się brawura tego filmu i to w jakim stylu nabija się z konfliktów jako takich, a wojennych w szczególności. Z niesamowitych dialogów, złożoności burdelu jaki się nakręca w trakcie filmu (wystarczy powiedzieć, że do akcji, poza Bośniakami i Serbią, włączy się jeszcze banda dziennikarzy, Francuzi, Genewa oraz ONZ) oraz lekkości filmu – mimo że nie zawsze jest to komedia.
„Kto zaczął wojnę? No, kto?!”.;-)
7/10, ulubiony.
http://rateyourmusic.com/film/no_mans_land/
Subskrybuj:
Posty (Atom)



