Opowieść o artystach odpoczywających w kurorcie dla elity. Każdy z nich ma jakiś problem - szuka inspiracji, albo pracuje nad kolejnym filmem. Ktoś inny przygotowuje się do roli, inni zdają się tu być bez żadnego powodu.
Jest to film zarówno słabszy jak i lepszy od "Wielkiego piękna", produkcji tego samego reżysera sprzed dwóch lat. Zachowano tutaj piękny język obrazu przy większej roli scenariusza. Dzięki temu ogląda się to lepiej, ale wyżej cenię "Grande Bellaza". Podobnie jak wtedy, w "Młodości" jest dużo ruchu, a szyk i klasa tego świata wyrażana jest poprzez montaż, reżyserię, rytm, muzykę, kolory, barwy, kobiety i ubrania które noszą. Ogląda się to z przyjemnością, ale tym razem jest tego mniej. I jest to bardziej zwyczajne. Zdąża się często jakaś statyczność, bezruch. Szkoda.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą France. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą France. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 29 września 2015
poniedziałek, 27 lipca 2015
Nowe Horyzonty 2015 Dzień #3 Kobiety, siostry i dużo jedzenia
Dzisiaj znowu wyłącznie o filmach. Pięć tytułów w tym jeden na którym mi zależy, byście o nim usłyszeli.
00:00 - Perfomer (Polska, Eksperymentalny, 2015). 5/10
01:07 - Narodziny miłości (Francja, Romans, 1993). 6/10
01:49 - Nasza najmłodsza siostra (Japonia, Obyczajowy, 2015). 7/10
03:40 - Przeprowadzka (Kirgistan, Obyczajowy, 2014). 5/10
04:53 - Montażysta / The Editor (Kanada, Thriller, 2014). 4/10
Muzyka: Marek Grechuta - "Ulica cieni" z płyty "Magia obłoków"
RELACJA Z DNIA PIERWSZEGO ; DRUGIEGO
00:00 - Perfomer (Polska, Eksperymentalny, 2015). 5/10
01:07 - Narodziny miłości (Francja, Romans, 1993). 6/10
01:49 - Nasza najmłodsza siostra (Japonia, Obyczajowy, 2015). 7/10
03:40 - Przeprowadzka (Kirgistan, Obyczajowy, 2014). 5/10
04:53 - Montażysta / The Editor (Kanada, Thriller, 2014). 4/10
Muzyka: Marek Grechuta - "Ulica cieni" z płyty "Magia obłoków"
RELACJA Z DNIA PIERWSZEGO ; DRUGIEGO
Etykiety:
1993,
2014,
2015,
Canada,
Drama,
Experimental,
France,
Japan,
Kyrgyzstan,
Nowe Horyzonty,
Polskie kino,
Romance,
Thriller
sobota, 17 stycznia 2015
Zawsze woda (5/10) Film wypełniony energią morza
Coming-of-Age, 2014
Prosta opowieść o tym, że gdzieś w Azjatyckiej części świata jest sobie dorastająca dziewczyna której umiera mama, a nasz bohaterka sobie z tym radzi, akceptując w końcu śmierć jako część życia... To może nie jest banalna produkcja, ale bardzo podstawowa, w której jest niewiele elementów. Przemiana czy też jakakolwiek ewolucja jest śladowa i ledwo zauważalna, a wszystkie wydarzenia - których jest niewiele - mają skromny impakt na pozostałe elementy produkcji. Których ilość również powoduje niedosyt.
Przed jednym muszę was ostrzec: jest tu bardzo drastyczna śmierć kozła. Nie jest tak, że zwariowałem - mam świadomość, że kozioł zapewne i tak by został zaszlachtowany, jedynie uwieczniono to na kamerze jako element historii. Ale jednak, bądźcie na to przygotowani. Cały film zaczyna się od podwieszenia zwierzęcia, nacięcia na szyi gdy ten jeszcze żyje, zajrzenia mu tam i... medytacji wokół zjawiska. Bo trochę to trwa jednak. Się nasłuchałem...
"Still Water" polecam przede wszystkim miłośnikom przyrody, a szczególnie morza. Film jest wypełniony bryzą i szumem przypływu, wiatrem między drzewami, kamera fascynuje się tym bardziej niż resztą produkcji. Współgra to z historią, w której wielkie znaczenie ma śmierć jako przemiana energii, która przecież podróżuje falami. Ujęcia natury jedynie to wizualizują. Szumią wokół widza energią bliskich, którzy odeszli, tajemniczej przyszłości i wszystkich innych rzeczy, z których składa się dusza. Po seansie to uczucie faktycznie zostaje z widzem... na jakiś czas.
Prosta opowieść o tym, że gdzieś w Azjatyckiej części świata jest sobie dorastająca dziewczyna której umiera mama, a nasz bohaterka sobie z tym radzi, akceptując w końcu śmierć jako część życia... To może nie jest banalna produkcja, ale bardzo podstawowa, w której jest niewiele elementów. Przemiana czy też jakakolwiek ewolucja jest śladowa i ledwo zauważalna, a wszystkie wydarzenia - których jest niewiele - mają skromny impakt na pozostałe elementy produkcji. Których ilość również powoduje niedosyt.
Przed jednym muszę was ostrzec: jest tu bardzo drastyczna śmierć kozła. Nie jest tak, że zwariowałem - mam świadomość, że kozioł zapewne i tak by został zaszlachtowany, jedynie uwieczniono to na kamerze jako element historii. Ale jednak, bądźcie na to przygotowani. Cały film zaczyna się od podwieszenia zwierzęcia, nacięcia na szyi gdy ten jeszcze żyje, zajrzenia mu tam i... medytacji wokół zjawiska. Bo trochę to trwa jednak. Się nasłuchałem...
"Still Water" polecam przede wszystkim miłośnikom przyrody, a szczególnie morza. Film jest wypełniony bryzą i szumem przypływu, wiatrem między drzewami, kamera fascynuje się tym bardziej niż resztą produkcji. Współgra to z historią, w której wielkie znaczenie ma śmierć jako przemiana energii, która przecież podróżuje falami. Ujęcia natury jedynie to wizualizują. Szumią wokół widza energią bliskich, którzy odeszli, tajemniczej przyszłości i wszystkich innych rzeczy, z których składa się dusza. Po seansie to uczucie faktycznie zostaje z widzem... na jakiś czas.
niedziela, 10 sierpnia 2014
Towarzysze broni (6/10)
Prison Film, 1937
Jeden z tych filmów, których fenomenu nie łapałem, do póki nie przeczytałem o niej w książce poświęconej teorii filmu. "Towarzysze broni" to pierwszy ważny film antywojenny, pokazujący jak jeńcy wojenni różnych narodowości mieszkają razem w obozie niemieckim... i nie ma z tym żadnego problemu. Nawet z Niemcami idzie się tu dogadać, a nawet sprawić, by ci czuli szacunek do oficerów których złapali. Wszelkie podziały i różnice okazują się tutaj "Wielką iluzją", jak wskazuje oryginalny tytuł. Tyle teorii.
W praktyce nie rozumiem, czemu to właśnie ta produkcja jest uznawana za jedną z najbardziej humanitarnych w historii? Jeśli patrzeć na nią pod tym kątem, temat humanitaryzmu został tu poruszony bardzo leciutko. Film Renoira jest zbyt lekki, by traktować go jakoś poważniej, kropka. Życie w obozie i relacje między postaciami przypominało mi "Stalag 17" Wildera. Jeśli w niej przeszkadzał wam komediowy ton, bo uważacie, że o takich historiach nie wypada w taki sposób mówić, tutaj też wam to będzie przeszkadzać. Szczególnie w pierwszej połowie, gdy przed kamerą błaznuje naprawdę sporo osób, o hałasowaniu podczas kopania tunelu nawet nie ma co wspominać.
Jeden z tych filmów, których fenomenu nie łapałem, do póki nie przeczytałem o niej w książce poświęconej teorii filmu. "Towarzysze broni" to pierwszy ważny film antywojenny, pokazujący jak jeńcy wojenni różnych narodowości mieszkają razem w obozie niemieckim... i nie ma z tym żadnego problemu. Nawet z Niemcami idzie się tu dogadać, a nawet sprawić, by ci czuli szacunek do oficerów których złapali. Wszelkie podziały i różnice okazują się tutaj "Wielką iluzją", jak wskazuje oryginalny tytuł. Tyle teorii.
W praktyce nie rozumiem, czemu to właśnie ta produkcja jest uznawana za jedną z najbardziej humanitarnych w historii? Jeśli patrzeć na nią pod tym kątem, temat humanitaryzmu został tu poruszony bardzo leciutko. Film Renoira jest zbyt lekki, by traktować go jakoś poważniej, kropka. Życie w obozie i relacje między postaciami przypominało mi "Stalag 17" Wildera. Jeśli w niej przeszkadzał wam komediowy ton, bo uważacie, że o takich historiach nie wypada w taki sposób mówić, tutaj też wam to będzie przeszkadzać. Szczególnie w pierwszej połowie, gdy przed kamerą błaznuje naprawdę sporo osób, o hałasowaniu podczas kopania tunelu nawet nie ma co wspominać.
sobota, 10 maja 2014
Eureka (6/10)
Road Movie, 2000
Zwykła przejażdżka autobusem miejskim zamienia się w tragedię. Pojazd zostaje porwany, pasażerowie wzięci za zakładników i w większości giną. Przy życiu zostaje czterech ludzi: dwóch dorosłych mężczyzn oraz dwoje nastolatków, w tym jedna dziewczyna. Po tym wydarzeniu akcja przenosi się dwa lata do przodu, kiedy to ocaleni wciąż noszą w sobie traumę bycia świadkiem zdarzeń tamtego dnia.
Napiszę coś będącego najgorszym zarzutem, jaki można postawić długiemu filmowi: nosi on syndrom "Nie może się skończyć" oraz "Nie umie przejść do konkretu". Mógł on trwać na przykład 2,5 godziny nawet z tymi dłużyznami, na których wyraźnie reżyserowi zależało. Im bliżej końca tym więcej jest tu ujęć na jadący samochód, jakby reżyser stwierdził: "Dobra, tu się zatrzymamy, nagramy to jedno ujęcie w kilku wersjach, a jutro zobaczymy. Może już będę wiedział wtedy, jakie będzie zakończenie". Sporo tu jazd kamery, sceny zaczynają się trochę wcześniej niż trzeba było, dużo tutaj milczenia i spacerów. Do tego dziwne dialogi, często miałem wrażenie jakby wszystkie wypowiedzi były tylko ekspozycją. Nie brzmią naturalnie, jak coś co człowiek mógłby powiedzieć do drugiego człowieka, do tego często mówią do siebie. Jeszcze dziwniejsze jest to, że zazwyczaj te krótkie, pokrętne wymiany zdań poprzedza milczenie, sceny niczym z kina niemego, gdzie coś chciano przekazać bez dialogów, a minutę potem zmieniono zdanie i sens kilku ostatnich scen zawarto w jednym-dwóch zdaniach.
I to wszystko z początku akceptowałem. Czekałem, aż film w końcu się zacznie, obserwowałem kolejne mieszanie elementów z różnych gatunków (sceny z pogranicza snu, drogi, a nawet dziwności w stylu zaczynami opowieści od dziewczynki która słyszy głos mówiący "Widzisz ocean?" albo mówiącą "Nadchodzi sztorm"). Ale im dalej tym bardziej zapał mijał, i widziałem film jakim był. Nawet nie wiem, jaką drogę bohaterowie przeszli. Brakuje tu konkretów, które zastąpiono jechaniem przed siebie, a na końcu zapewne stwierdzono "Ile? Trzy godziny? Ponad?... Cóż. Niech w tej scenie się uśmiechną i kończymy"
![]() |
| 217 minut |
Zwykła przejażdżka autobusem miejskim zamienia się w tragedię. Pojazd zostaje porwany, pasażerowie wzięci za zakładników i w większości giną. Przy życiu zostaje czterech ludzi: dwóch dorosłych mężczyzn oraz dwoje nastolatków, w tym jedna dziewczyna. Po tym wydarzeniu akcja przenosi się dwa lata do przodu, kiedy to ocaleni wciąż noszą w sobie traumę bycia świadkiem zdarzeń tamtego dnia.
Napiszę coś będącego najgorszym zarzutem, jaki można postawić długiemu filmowi: nosi on syndrom "Nie może się skończyć" oraz "Nie umie przejść do konkretu". Mógł on trwać na przykład 2,5 godziny nawet z tymi dłużyznami, na których wyraźnie reżyserowi zależało. Im bliżej końca tym więcej jest tu ujęć na jadący samochód, jakby reżyser stwierdził: "Dobra, tu się zatrzymamy, nagramy to jedno ujęcie w kilku wersjach, a jutro zobaczymy. Może już będę wiedział wtedy, jakie będzie zakończenie". Sporo tu jazd kamery, sceny zaczynają się trochę wcześniej niż trzeba było, dużo tutaj milczenia i spacerów. Do tego dziwne dialogi, często miałem wrażenie jakby wszystkie wypowiedzi były tylko ekspozycją. Nie brzmią naturalnie, jak coś co człowiek mógłby powiedzieć do drugiego człowieka, do tego często mówią do siebie. Jeszcze dziwniejsze jest to, że zazwyczaj te krótkie, pokrętne wymiany zdań poprzedza milczenie, sceny niczym z kina niemego, gdzie coś chciano przekazać bez dialogów, a minutę potem zmieniono zdanie i sens kilku ostatnich scen zawarto w jednym-dwóch zdaniach.
I to wszystko z początku akceptowałem. Czekałem, aż film w końcu się zacznie, obserwowałem kolejne mieszanie elementów z różnych gatunków (sceny z pogranicza snu, drogi, a nawet dziwności w stylu zaczynami opowieści od dziewczynki która słyszy głos mówiący "Widzisz ocean?" albo mówiącą "Nadchodzi sztorm"). Ale im dalej tym bardziej zapał mijał, i widziałem film jakim był. Nawet nie wiem, jaką drogę bohaterowie przeszli. Brakuje tu konkretów, które zastąpiono jechaniem przed siebie, a na końcu zapewne stwierdzono "Ile? Trzy godziny? Ponad?... Cóż. Niech w tej scenie się uśmiechną i kończymy"
Etykiety:
2000,
2000's,
Drama,
France,
Japan,
Psychological Drama,
Road Movie
niedziela, 16 lutego 2014
Raj: Wiara (5/10)
Drama, 2012
Wyobraźcie sobie takiego stereotypowego, szurniętego żołnierza religijnego XXI wieku. Bijącego się biczem by zasnąć, żałującego za grzechy, modlącego się cały czas, noszącego dyscyplinę, chodzącego po domach i przekonywującego do uwierzenia w Chrystusa. I idźcie przy tym na całość, taki żołnierz ma wiedzieć tylko dwie rzeczy, i będzie je powtarzać w kółko: "On umarł za twoje grzechy!" oraz "To stało się z jego woli, i jestem mu za to wdzięczna". Nie da się? Tacy ludzie już nie istnieją? A jednak. Udało się takową znaleźć przy produkcji "Raju: Wiary". Nazywa się Anna Maria, ma aparycję poprzednich bohaterek trylogii Seidla. I jest dokładnie tak, jak to sobie można wyobrazić. Są nawet sceny "dyskusji" Anny Marie przekonywującej przypadkowych ludzi. Oni ją pytają "i gdzie ten bóg jest?", oczekując poważnych odpowiedzi. Do tej pory myślałem, że takie rzeczy zobaczę już tylko w kabaretach.
Nie wiem, czy macie moje doświadczenia, czy są one jakoś odosobnione, ale myślałem, że tacy fanatycy już przycichli. Sam ich nie spotykałem. Poza ateistami, ale to już w Internecie. A tutaj historia rozgrywająca się współcześnie, wyciągnięta niczym ze średniowiecza.
Dobra, do rzeczy - czemu to nie działa (poza tym, że przedstawia ludzi religijnych tak stereotypowo, że wręcz obraźliwie)? Bo jest męcząca i nudna - bije się, modli, wkurza ludzi, powtórzyć. A główny wątek kręci się wokół dwóch toksycznych i stereotypowych postaci który był mi totalnie obojętny (Anna Marie i jej mąż Islamista, wymagający opieki, bo jeździ na wózku). Zatruwali sobie życie nawzajem, czekając aż wypełnią czas antenowy by się w końcu pozabijać i trudno, mogę już wyjść? To chyba trzeba uznać za sukces, bo w teorii powinien wyjść wkurzający obraz, a tak się nie stało. A może sam nie miałem od tak dawna kontaktu z ludźmi, chcącymi mi mówić, jak mam żyć? Ostatni bardziej mnie rozśmieszyli. Dwie baby zapukały do drzwi i pytają, co według mnie powinno się zrobić, by uczyć dzieci w szkołach nauk Jezusa (czy coś w tym stylu). Ocipiałem na miejscu.
I o ile "Raj: Miłość" był mniej więcej jasny w swoim przekazie (uwrażliwić na ubogie duchowo społeczeństwo, upomnieć by samemu za kilka dekad nie być na miejscu bohaterek - nie mam siły by napisać to mniej banalnie) i był skierowany w ten lub inny sposób również do normalnych ludzi, tak ten jest chyba skierowany wyłącznie do takich wariatów jak Anna Marie. By pokazać, czym kończy się fanatyzm, i zawsze można się złamać, bo istota religii nie jest czymś istniejącym poza nimi samymi? Nie wiem, jak opisać ten "morał" płynący z filmu. Chętnie poczytam, jak go odebraliście.
Ulrich Seidl trzyma wciąż klasę. Jego film jest bardzo surowy, neutralny i prawdziwy, a kolejne sceny wymagają wiele od aktorów. To wciąż obraz skierowany na brzydotę i to, co niewidoczne dla wszystkich. Kolejny tytuł, przy którym cyferki nie mają żadnego zastosowania...
https://rateyourmusic.com/film/paradies__glaube/
Wyobraźcie sobie takiego stereotypowego, szurniętego żołnierza religijnego XXI wieku. Bijącego się biczem by zasnąć, żałującego za grzechy, modlącego się cały czas, noszącego dyscyplinę, chodzącego po domach i przekonywującego do uwierzenia w Chrystusa. I idźcie przy tym na całość, taki żołnierz ma wiedzieć tylko dwie rzeczy, i będzie je powtarzać w kółko: "On umarł za twoje grzechy!" oraz "To stało się z jego woli, i jestem mu za to wdzięczna". Nie da się? Tacy ludzie już nie istnieją? A jednak. Udało się takową znaleźć przy produkcji "Raju: Wiary". Nazywa się Anna Maria, ma aparycję poprzednich bohaterek trylogii Seidla. I jest dokładnie tak, jak to sobie można wyobrazić. Są nawet sceny "dyskusji" Anny Marie przekonywującej przypadkowych ludzi. Oni ją pytają "i gdzie ten bóg jest?", oczekując poważnych odpowiedzi. Do tej pory myślałem, że takie rzeczy zobaczę już tylko w kabaretach.
Nie wiem, czy macie moje doświadczenia, czy są one jakoś odosobnione, ale myślałem, że tacy fanatycy już przycichli. Sam ich nie spotykałem. Poza ateistami, ale to już w Internecie. A tutaj historia rozgrywająca się współcześnie, wyciągnięta niczym ze średniowiecza.
Dobra, do rzeczy - czemu to nie działa (poza tym, że przedstawia ludzi religijnych tak stereotypowo, że wręcz obraźliwie)? Bo jest męcząca i nudna - bije się, modli, wkurza ludzi, powtórzyć. A główny wątek kręci się wokół dwóch toksycznych i stereotypowych postaci który był mi totalnie obojętny (Anna Marie i jej mąż Islamista, wymagający opieki, bo jeździ na wózku). Zatruwali sobie życie nawzajem, czekając aż wypełnią czas antenowy by się w końcu pozabijać i trudno, mogę już wyjść? To chyba trzeba uznać za sukces, bo w teorii powinien wyjść wkurzający obraz, a tak się nie stało. A może sam nie miałem od tak dawna kontaktu z ludźmi, chcącymi mi mówić, jak mam żyć? Ostatni bardziej mnie rozśmieszyli. Dwie baby zapukały do drzwi i pytają, co według mnie powinno się zrobić, by uczyć dzieci w szkołach nauk Jezusa (czy coś w tym stylu). Ocipiałem na miejscu.
I o ile "Raj: Miłość" był mniej więcej jasny w swoim przekazie (uwrażliwić na ubogie duchowo społeczeństwo, upomnieć by samemu za kilka dekad nie być na miejscu bohaterek - nie mam siły by napisać to mniej banalnie) i był skierowany w ten lub inny sposób również do normalnych ludzi, tak ten jest chyba skierowany wyłącznie do takich wariatów jak Anna Marie. By pokazać, czym kończy się fanatyzm, i zawsze można się złamać, bo istota religii nie jest czymś istniejącym poza nimi samymi? Nie wiem, jak opisać ten "morał" płynący z filmu. Chętnie poczytam, jak go odebraliście.
Ulrich Seidl trzyma wciąż klasę. Jego film jest bardzo surowy, neutralny i prawdziwy, a kolejne sceny wymagają wiele od aktorów. To wciąż obraz skierowany na brzydotę i to, co niewidoczne dla wszystkich. Kolejny tytuł, przy którym cyferki nie mają żadnego zastosowania...
https://rateyourmusic.com/film/paradies__glaube/
sobota, 8 lutego 2014
Wielkie piękno (7/10)
Satire & Drama, 2013
Kolejny człowiek wałęsa się po Rzymie, szukając swojej przeszłości, myśląc nad życiem oraz sztuką. W "Great Beauty" jest nim Jap Gambardella, człowiek który krótko po swoich 64 urodzinach doszedł do wniosku, że szkoda mu czasu na rzeczy, w których nie chce uczestniczyć. Dawno temu napisał książkę, tylko jedną, i do dziś ludzie pytają się go, kiedy napisze następną? Czemu jeszcze jej nie napisał?
Pierwsze co rzuca się w oczy to fenomenalna reżyseria. Pierwsze 13 minut wręcz każe zastanowić się: po co filmom scenariusze? Przecież wystarczy ruch, tempo, muzyka, rytm... Niby nic się nie dzieje, by następnie zmienić scenerię na typowo dyskotekową, ale jak to wygląda! Trudno uwierzyć, że to współczesny film, bardziej prawdopodne by było, gdyby powstał w latach 30-tych, gdy różni mistrzowie kina i teoretycy uczyli się języka kina, poszerzali go i kategoryzowali. "Wielkie piękno" to definicja ruchu, powszechnie nazywanego akcją. Co chwila jest cięcie, co chwila kamera robi jakiś gwałtowny najazd gdzieś, cięcie, kręci się wokół czegoś, cięcie, podążą za czymś. Albo aktorzy są w ruchu, albo coś innego... zwróćcie uwagę na zgranie tego, jak kamera zatrzymuje się idealnie w momencie gdy aktor zaczyna ruch i na odwrót... Pozostaje tylko mieć nadzieję, że "Avengers 2" nakręcą z taką samą dynamiką oraz pasją. Bo ogląda się to miodnie.
Wysoce prawdopodobne, że Paolo Sorrentino to najlepszy reżyser tej dekady. Gorzej w temacie zawartości, opowieści, historii, fabuły. Czyli scenariusza, bo ten jednak był. Ludzie wypowiadali dialogi, uczestniczyli w scenach i tak dalej. Samo przesłanie, morał - to jest w porządku, na dodatek ładnie na końcu wyłożone bym dał radę zrozumieć. Bardzo spodobał mi się świat wyjęty niczym ze "Śmierci w Wenecji", gdzie ludzie byli wykwintni i pełni klasy... tylko w "La Grande Bellezza" już tego nie mają. Wciąz fascynują się sztuką, są artystami, ale wystarczy ich przycisnąć i okazuje się, że sami nic nie wiedzą. Słyszeliście zapewne o ludziach, którzy jedzą farbę, wymiotują na płutno i takie dzieło sprzedają potem za grube miliony - Sorrentino opowiada właśnie o tym. I trzyma klasę, posługując się satyrą ale nie w taki jaskrawy sposób który zwykło kojarzyć z pojęciem "satyry". Ale film trwa ponad 2 godziny, i parę razy zdarza się twórcom powtarzać po sobie to, co chwili widzowi przekazać - a innym razem zwyczajnie przynudzać. Ilość scen uniemożliwia utrzymanie początkowego tempa.
https://rateyourmusic.com/film/la_grande_bellezza/
Kolejny człowiek wałęsa się po Rzymie, szukając swojej przeszłości, myśląc nad życiem oraz sztuką. W "Great Beauty" jest nim Jap Gambardella, człowiek który krótko po swoich 64 urodzinach doszedł do wniosku, że szkoda mu czasu na rzeczy, w których nie chce uczestniczyć. Dawno temu napisał książkę, tylko jedną, i do dziś ludzie pytają się go, kiedy napisze następną? Czemu jeszcze jej nie napisał?
Pierwsze co rzuca się w oczy to fenomenalna reżyseria. Pierwsze 13 minut wręcz każe zastanowić się: po co filmom scenariusze? Przecież wystarczy ruch, tempo, muzyka, rytm... Niby nic się nie dzieje, by następnie zmienić scenerię na typowo dyskotekową, ale jak to wygląda! Trudno uwierzyć, że to współczesny film, bardziej prawdopodne by było, gdyby powstał w latach 30-tych, gdy różni mistrzowie kina i teoretycy uczyli się języka kina, poszerzali go i kategoryzowali. "Wielkie piękno" to definicja ruchu, powszechnie nazywanego akcją. Co chwila jest cięcie, co chwila kamera robi jakiś gwałtowny najazd gdzieś, cięcie, kręci się wokół czegoś, cięcie, podążą za czymś. Albo aktorzy są w ruchu, albo coś innego... zwróćcie uwagę na zgranie tego, jak kamera zatrzymuje się idealnie w momencie gdy aktor zaczyna ruch i na odwrót... Pozostaje tylko mieć nadzieję, że "Avengers 2" nakręcą z taką samą dynamiką oraz pasją. Bo ogląda się to miodnie.
Wysoce prawdopodobne, że Paolo Sorrentino to najlepszy reżyser tej dekady. Gorzej w temacie zawartości, opowieści, historii, fabuły. Czyli scenariusza, bo ten jednak był. Ludzie wypowiadali dialogi, uczestniczyli w scenach i tak dalej. Samo przesłanie, morał - to jest w porządku, na dodatek ładnie na końcu wyłożone bym dał radę zrozumieć. Bardzo spodobał mi się świat wyjęty niczym ze "Śmierci w Wenecji", gdzie ludzie byli wykwintni i pełni klasy... tylko w "La Grande Bellezza" już tego nie mają. Wciąz fascynują się sztuką, są artystami, ale wystarczy ich przycisnąć i okazuje się, że sami nic nie wiedzą. Słyszeliście zapewne o ludziach, którzy jedzą farbę, wymiotują na płutno i takie dzieło sprzedają potem za grube miliony - Sorrentino opowiada właśnie o tym. I trzyma klasę, posługując się satyrą ale nie w taki jaskrawy sposób który zwykło kojarzyć z pojęciem "satyry". Ale film trwa ponad 2 godziny, i parę razy zdarza się twórcom powtarzać po sobie to, co chwili widzowi przekazać - a innym razem zwyczajnie przynudzać. Ilość scen uniemożliwia utrzymanie początkowego tempa.
https://rateyourmusic.com/film/la_grande_bellezza/
czwartek, 30 stycznia 2014
Młoda i piękna (6/10)
Drama, 2013
Isabelle ma 17 lat. Podczas wakacji nad morzem poznała pewnego Niemca, z których traci dziewictwo. Gdy wraca do domu i codziennego życia, zaczyna zajmować się prostytucją. I... to tyle. Przynajmniej do połowy filmu, poważnie. Do tego czasu są tylko kolejni klienci, kolejne erotyczne sceny, migawki z rodziną, "pożyczanie" ubrań matki, przebieranie się w publicznej toalecie, zakładanie kont w Internecie... I tyle. Oczywiście zdradzę, co się dzieje w połowie, bo inaczej ten tekst raczej nie miałby sensu, ale jak nie chcecie wiedzieć - to nie czytajcie.
Matka Isabelle dowiaduje się w pewnym momencie, czy zajmuje się jej córka. Z pomocą policji, ale tego już nie zdradzę. Tu zaczyna się właściwa część opowieści - życie z tym, że mamy w rodzinie kurwę. Życie ze świadomością, że oni wiedzą. Co zrobić z pieniędzmi, które do tej pory zarobiła? Meldunek na policji, terapie u psychiatry. Z jednej strony - mamy obraz dosyć typowy o relacjach świata dorosłych z młodymi. Nikt nie pyta o nic samej Isabelle, wszyscy tylko mówią jej, co ma robić, i gadają byle nie dojść do etapu w którym są istotne odpowiedzi (w tym - "Czemu to robiłaś". Nie czekają, aż odpowie, tylko zadają kolejne pytania - "Przecież dawaliśmy ci na wszystko co chciałaś. Czy brakuje ci pieniędzy?"). Z drugiej strony - to udana opowieść o seksualności, i całkiem interesujące spojrzenie na samą Isabelle która też przecież żyje sama ze sobą.
Tak więc, co zaskakujące, ale pod pewnymi względami jest to film warty obejrzenia. Pomimo przedłużającej się ekspozycji, która zajmuje połowę filmu, i kompletnego braku trzeciego aktu. Sceny erotyczne są krótkie, i zrobiono je ze smakiem.
https://rateyourmusic.com/film/jeune_and_jolie/
Isabelle ma 17 lat. Podczas wakacji nad morzem poznała pewnego Niemca, z których traci dziewictwo. Gdy wraca do domu i codziennego życia, zaczyna zajmować się prostytucją. I... to tyle. Przynajmniej do połowy filmu, poważnie. Do tego czasu są tylko kolejni klienci, kolejne erotyczne sceny, migawki z rodziną, "pożyczanie" ubrań matki, przebieranie się w publicznej toalecie, zakładanie kont w Internecie... I tyle. Oczywiście zdradzę, co się dzieje w połowie, bo inaczej ten tekst raczej nie miałby sensu, ale jak nie chcecie wiedzieć - to nie czytajcie.
Matka Isabelle dowiaduje się w pewnym momencie, czy zajmuje się jej córka. Z pomocą policji, ale tego już nie zdradzę. Tu zaczyna się właściwa część opowieści - życie z tym, że mamy w rodzinie kurwę. Życie ze świadomością, że oni wiedzą. Co zrobić z pieniędzmi, które do tej pory zarobiła? Meldunek na policji, terapie u psychiatry. Z jednej strony - mamy obraz dosyć typowy o relacjach świata dorosłych z młodymi. Nikt nie pyta o nic samej Isabelle, wszyscy tylko mówią jej, co ma robić, i gadają byle nie dojść do etapu w którym są istotne odpowiedzi (w tym - "Czemu to robiłaś". Nie czekają, aż odpowie, tylko zadają kolejne pytania - "Przecież dawaliśmy ci na wszystko co chciałaś. Czy brakuje ci pieniędzy?"). Z drugiej strony - to udana opowieść o seksualności, i całkiem interesujące spojrzenie na samą Isabelle która też przecież żyje sama ze sobą.
Tak więc, co zaskakujące, ale pod pewnymi względami jest to film warty obejrzenia. Pomimo przedłużającej się ekspozycji, która zajmuje połowę filmu, i kompletnego braku trzeciego aktu. Sceny erotyczne są krótkie, i zrobiono je ze smakiem.
https://rateyourmusic.com/film/jeune_and_jolie/
niedziela, 29 grudnia 2013
Tabu (5/10)
Drama, 2012
Jak dobrze, że nie poszedłem na to do kina... Fabuła? Historia? Sam nie wiem, co napisać. Starsza kobieta oskarża potajemnie swoją służącą o to, że ta chce ją zabić? To strasznie chaotyczny film, męczący brakiem organizacji, dodatkowo aktorzy widać uczęszczali do szkoły aktorstwa imienia Wujka Boonmee, każdy wypowiada swoją kwestię jakby widział ją po raz pierwszy w życiu, i wygląda przy tym jakby miał problemy z pamięcią. Po ujęciu podejdziesz do takiego, zapytasz co ten przed chwilą mówił, a ten nie będzie wiedział o czym mówisz - jakim ujęciu?
Sceny następują po sobie bez większego ładu i składu, o rytmie nie wspominając. To bardzo nudny film, który strasznie nuży. Szybko miałem już gdzieś uważne oglądanie, praktycznie zasypiałem słuchając monotonnego głosu narratora, który na dodatek mówił kwestie wyjęte jakby z wiersza. Wiecie, scena trwa kilka minut, narrator cały czas usypia widza swoim wolnym tonem, i wszystko co mówi można zamknąć tak naprawdę w dwóch zdaniach.
Jestem obojętny wobec "Tabu". Mam gdzieś, czy to dobry film. Może i tak. Może o czymś opowiada. Ale stracił moje zainteresowanie gdzieś w 3/5 seansu, i nie ma szans by je odzyskał. Jest nudny i wygląda na typowy offowy obraz, który nie został stworzony po to, by go ktoś potem oglądał.
https://rateyourmusic.com/film/tabu/
Jak dobrze, że nie poszedłem na to do kina... Fabuła? Historia? Sam nie wiem, co napisać. Starsza kobieta oskarża potajemnie swoją służącą o to, że ta chce ją zabić? To strasznie chaotyczny film, męczący brakiem organizacji, dodatkowo aktorzy widać uczęszczali do szkoły aktorstwa imienia Wujka Boonmee, każdy wypowiada swoją kwestię jakby widział ją po raz pierwszy w życiu, i wygląda przy tym jakby miał problemy z pamięcią. Po ujęciu podejdziesz do takiego, zapytasz co ten przed chwilą mówił, a ten nie będzie wiedział o czym mówisz - jakim ujęciu?
Sceny następują po sobie bez większego ładu i składu, o rytmie nie wspominając. To bardzo nudny film, który strasznie nuży. Szybko miałem już gdzieś uważne oglądanie, praktycznie zasypiałem słuchając monotonnego głosu narratora, który na dodatek mówił kwestie wyjęte jakby z wiersza. Wiecie, scena trwa kilka minut, narrator cały czas usypia widza swoim wolnym tonem, i wszystko co mówi można zamknąć tak naprawdę w dwóch zdaniach.
Jestem obojętny wobec "Tabu". Mam gdzieś, czy to dobry film. Może i tak. Może o czymś opowiada. Ale stracił moje zainteresowanie gdzieś w 3/5 seansu, i nie ma szans by je odzyskał. Jest nudny i wygląda na typowy offowy obraz, który nie został stworzony po to, by go ktoś potem oglądał.
https://rateyourmusic.com/film/tabu/
sobota, 23 listopada 2013
Przeszłość (5/10)
Drama, 2013
W sumie... mogło być gorzej. Oczywiście, to kolejny "głupi film o głupich ludziach i ich głupim życiu", ale tym razem w ogóle się nie denerwowałem. Tak, wszystko czym ta opowieść jest to pokazywanie mi bohaterów i krzyczenie do ucha: "Patrz, jacy są chujowi, Boże jaki żal!!!!" na przemian z naprawdę śmiesznymi sytuacjami. Pierwsza scena, powitanie na lotnisku, gadają ze sobą przez szybę, nie słyszą się nawzajem ale i tak gadają. Bardzo brakowało mi śmiechu z taśmy w tym momencie. Potem matka gania syna po podwórku - bardzo przedramatyzowana sytuacja, bierze się znikąd, wcześniej długo na niego krzyczała, poleciały poważne inwektywy, a i pościg nie był wcale krótki. W końcu go łapie, zaciąga do pokoju w brutalny sposób, zamyka a młody pierwsze co robi to próbuje rozwalić drzwi. Kopie, krzyczy, matka wychodzi a ojciec nic nie mówi. Zaczyna sprzątać, tamten cały czas krzyczy i tłucze... i wtedy gdy wydaje mi się, że scena nie może być bardziej absurdalna, to stary w końcu nie wytrzymuje, otwiera drzwi i krzyczy na małego: "Co? No Co? O co ci chodzi?". Umarłem ze śmiechu.
To tylko przykłady, żeby was zapewnić, że Asghar Farhadi nadal kręci głupie i śmieszne kino. Tylko już nie potrafi tak tym irytować. Aktorzy grają nijako, ale chętnie zwalę winą na reżysera za ich poprowadzenie. Dramaturgia jest wymuszona, nic się nie dzieje i wszystko co czułem to zmęczenie. Strasznie się to wszystko mi dłużyło. Śmieszne/żenujące momenty były bardzo krótkie i niewarte nawet wypisywania (w stylu: młody z nożem wielkim jak katana dziubie kukurydzę, mało sobie ręki przy tym nie odcina trzy razy na sekundę, trwa to jakiś czas a jego ojciec tylko "Ej, uważaj"). Do tego scenarzysta nie ma zielonego pojęcia o prowadzeniu dialogu, ani po co dialog w filmie w ogóle jest od samego początku. Jakby tego było mało, to nikt na planie nie wiedział, gdzie ta historia zmierza ani po co zaczęto o tym wszystkim kręcić film.
Jestem zmęczony. Przynajmniej mam to już za sobą.
http://rateyourmusic.com/film/le_passe/
W sumie... mogło być gorzej. Oczywiście, to kolejny "głupi film o głupich ludziach i ich głupim życiu", ale tym razem w ogóle się nie denerwowałem. Tak, wszystko czym ta opowieść jest to pokazywanie mi bohaterów i krzyczenie do ucha: "Patrz, jacy są chujowi, Boże jaki żal!!!!" na przemian z naprawdę śmiesznymi sytuacjami. Pierwsza scena, powitanie na lotnisku, gadają ze sobą przez szybę, nie słyszą się nawzajem ale i tak gadają. Bardzo brakowało mi śmiechu z taśmy w tym momencie. Potem matka gania syna po podwórku - bardzo przedramatyzowana sytuacja, bierze się znikąd, wcześniej długo na niego krzyczała, poleciały poważne inwektywy, a i pościg nie był wcale krótki. W końcu go łapie, zaciąga do pokoju w brutalny sposób, zamyka a młody pierwsze co robi to próbuje rozwalić drzwi. Kopie, krzyczy, matka wychodzi a ojciec nic nie mówi. Zaczyna sprzątać, tamten cały czas krzyczy i tłucze... i wtedy gdy wydaje mi się, że scena nie może być bardziej absurdalna, to stary w końcu nie wytrzymuje, otwiera drzwi i krzyczy na małego: "Co? No Co? O co ci chodzi?". Umarłem ze śmiechu.
To tylko przykłady, żeby was zapewnić, że Asghar Farhadi nadal kręci głupie i śmieszne kino. Tylko już nie potrafi tak tym irytować. Aktorzy grają nijako, ale chętnie zwalę winą na reżysera za ich poprowadzenie. Dramaturgia jest wymuszona, nic się nie dzieje i wszystko co czułem to zmęczenie. Strasznie się to wszystko mi dłużyło. Śmieszne/żenujące momenty były bardzo krótkie i niewarte nawet wypisywania (w stylu: młody z nożem wielkim jak katana dziubie kukurydzę, mało sobie ręki przy tym nie odcina trzy razy na sekundę, trwa to jakiś czas a jego ojciec tylko "Ej, uważaj"). Do tego scenarzysta nie ma zielonego pojęcia o prowadzeniu dialogu, ani po co dialog w filmie w ogóle jest od samego początku. Jakby tego było mało, to nikt na planie nie wiedział, gdzie ta historia zmierza ani po co zaczęto o tym wszystkim kręcić film.
Jestem zmęczony. Przynajmniej mam to już za sobą.
http://rateyourmusic.com/film/le_passe/
poniedziałek, 30 września 2013
Pianista (drugi seans)
Historical Drama & Biopic, 2002
Tak mało polskich filmów sobie powtarzam ostatnio, że postanowiłem cały tydzień im poświęcić, tak oddzielnie. Oczywiście, po topie filmwebu... i pierwszy tytuł to "Pianista". W ogóle może to nazywać polskim kinem? Komplikował nie będę, przynajmniej na teraz, tym czasem policzę to jako normalny polski film.
"Pianista" opowiada o okresie z życia Władysława Szpilmana, Polaka żydowskiego pochodzenia, który podczas WW2 musiał się ukrywać, i ludzie mu w tym pomagali. Reżyser trzymał się blisko szarego bohatera, który z boku obserwował wszystkie typowo wojenne działania, jak atak na getto żydowskie. Nie ma tu zbędnego rozmachu i dobrze, bo film go nie potrzebował. Umiał opowiadać o emocjach i w sumie wystarczało. Ale pod względem merytorycznym jest to opowieść równa notce z Wikipedii, kolejne osoby pojawiają się i znikają, są po prostu bardzo chętne by pomóc bohaterowi. Ja bym chciał bliskości, opisu relacji między Szpilmanem i ludźmi, którzy ryzykowali dla niego życiem. Kim byli i dlaczego tak dokładnie robili co robili. I co sam Szpilman robił będąc w zamknięciu tyle czasu? Czym się zajmował?
Dosyć długo w trakcie seansu kłóciłem się ze sobą, czy utrzymać ocenę jaką dałem 5 lat temu, czy jednak obniżyć? Pękłem, gdy zaczęło lecieć końcowe 30 minut, gdy bohater był już zdany sam na siebie i swój głód przetrwania. Wtedy dialogi przestają istnieć, reżyser komunikuje się z widzem tylko obrazem, a Adrien Brody daje z siebie wszystko. Powstała niesłychanie potężna i piękna kompozycja, esencja całej tej opowieści o biedzie, marnym życiu, głodzie i zniszczeniu. Ten film umie uczyć wrażliwości, trzeba mu to oddać. Jak on z tą konserwą chodził, trzymał blisko siebie... a to były zwykłe ogórki. Jasna cholera.
Niech ma taką ocenę, a co. Choćby dlatego, że to jeden z tych tytułów, które były ze mną na początku, i robiły na mnie TO wrażenie. Do dziś pamiętam scenę wyrzucania dziadka na wózku przez balkon, albo pierwsze spojrzenia na zniszczoną Warszawę. Niezapomniane. A dziś oglądam je ponownie, i nie straciły nic ze swojej mocy. Jedynie co chwila gratuluję w myślach ludziom odpowiedzialnych za scenografię itd. Wielka robota z ich strony.
8+/10
http://rateyourmusic.com/film/the_pianist/
Tak mało polskich filmów sobie powtarzam ostatnio, że postanowiłem cały tydzień im poświęcić, tak oddzielnie. Oczywiście, po topie filmwebu... i pierwszy tytuł to "Pianista". W ogóle może to nazywać polskim kinem? Komplikował nie będę, przynajmniej na teraz, tym czasem policzę to jako normalny polski film.
"Pianista" opowiada o okresie z życia Władysława Szpilmana, Polaka żydowskiego pochodzenia, który podczas WW2 musiał się ukrywać, i ludzie mu w tym pomagali. Reżyser trzymał się blisko szarego bohatera, który z boku obserwował wszystkie typowo wojenne działania, jak atak na getto żydowskie. Nie ma tu zbędnego rozmachu i dobrze, bo film go nie potrzebował. Umiał opowiadać o emocjach i w sumie wystarczało. Ale pod względem merytorycznym jest to opowieść równa notce z Wikipedii, kolejne osoby pojawiają się i znikają, są po prostu bardzo chętne by pomóc bohaterowi. Ja bym chciał bliskości, opisu relacji między Szpilmanem i ludźmi, którzy ryzykowali dla niego życiem. Kim byli i dlaczego tak dokładnie robili co robili. I co sam Szpilman robił będąc w zamknięciu tyle czasu? Czym się zajmował?
Dosyć długo w trakcie seansu kłóciłem się ze sobą, czy utrzymać ocenę jaką dałem 5 lat temu, czy jednak obniżyć? Pękłem, gdy zaczęło lecieć końcowe 30 minut, gdy bohater był już zdany sam na siebie i swój głód przetrwania. Wtedy dialogi przestają istnieć, reżyser komunikuje się z widzem tylko obrazem, a Adrien Brody daje z siebie wszystko. Powstała niesłychanie potężna i piękna kompozycja, esencja całej tej opowieści o biedzie, marnym życiu, głodzie i zniszczeniu. Ten film umie uczyć wrażliwości, trzeba mu to oddać. Jak on z tą konserwą chodził, trzymał blisko siebie... a to były zwykłe ogórki. Jasna cholera.
Niech ma taką ocenę, a co. Choćby dlatego, że to jeden z tych tytułów, które były ze mną na początku, i robiły na mnie TO wrażenie. Do dziś pamiętam scenę wyrzucania dziadka na wózku przez balkon, albo pierwsze spojrzenia na zniszczoną Warszawę. Niezapomniane. A dziś oglądam je ponownie, i nie straciły nic ze swojej mocy. Jedynie co chwila gratuluję w myślach ludziom odpowiedzialnych za scenografię itd. Wielka robota z ich strony.
8+/10
http://rateyourmusic.com/film/the_pianist/
Etykiety:
2002,
Biopic,
Drama,
France,
German,
Historical Drama,
Polskie kino,
United Kingdom,
War
sobota, 4 lutego 2012
ARTYSTA
Melodrama & Romantic Comedy, 2011
Każde słowo jest istotne.
Jeśli ktoś by chciał nauczyć się pisać scenariusze, to dowiedziałby się, że dialogi są uważane za najmniej ważny element każdego skryptu. Ma to związek przede wszystkim z zasadą "Bohaterowie nie mogą mówić o tym co robią i czują, mają to po prostu robić i pokazywać", ponieważ kino posługuje się obrazem. Na deskach teatru lub w książce jest to dopuszczalne, jednak nie w filmie. Tu każde zdanie musi być niezbędne by nie zatrzymywać akcji tylko ją napędzać. Dialogi powinny być zredukowane do minimum, dlatego np. na koniec rozmowy telefonicznej w filmie nie mówią "do widzenia" jak w prawdziwym świecie. Dotyczy to większości obrazów - od filmów kung fu po "Stalkera".
To oczywiście tylko pogląd którego uczą w podręcznikach. Jednak zawsze jest też wzmiankach o kinie dialogu i jego zaletach, więc nie jest to też jakaś złota zasada której nie można złamać nie robiąc przy okazji godnego uwagi kina. Przez to nawet najlepsze scenariusze zawierają w sobie dialogi nic nie wnoszące do fabuły, tzw. "o niczym". Dla przykładu, świetny scenariusz "Chciwości" ma w sobie kilka takich wymian zdań nad kubkiem kawy, kiedy to akcja filmu po prostu zatrzymuje się w miejscu. Jednak w wypadku "Artysty" trzymano się tej zasady aż do bólu. Tu każde słowo które dotrze do widza jest absolutnie niezbędne.
Wydaje mi się, że Michel Hazanavicius chciał udowodnić, że w erze kina dźwiękowego można nakręcić film niemy, więc... nakręcił film niemy o mężczyźnie kręcącym film niemy w erze kina dźwiękowego. Pójście na łatwiznę na granicy akceptowalności.
Bohaterem "Artysty" jest George Valentin - gwiazdor kina niemego. Jest rok 1927, film dźwiękowy póki co śni się najwyżej jasnowidzom, ale na pewno nie klientom kin którzy z wdzięcznością oglądają każdy najnowszy film z udziałem pana Valentina. Jednak jak wiadomo w niedalekiej przyszłości filmy dźwiękowe zostaną wprowadzone, i wtedy dla takich ludzi jak bohater może zabraknąć miejsca. Będzie musiał sam wyprodukować swój następny film.
"Artysta" jest filmem przyjaznym dla tych, którzy nie lubią prawdziwego kina niemego. Hazanavicius jedynie stylizuje swój film na niemy, robi z tego projektu niezwykle wdzięczny żart. Stosuje efekty specjalne (np. do usuwania kamery w odbiciu szyb) i mnóstwo montażu, kręci dłuższe ujęcia, a sceny konstruuje w taki sposób, by widz nie potrzebował dialogów do zrozumienia sensu danej sceny. Wystarczy jak zobaczy dwoje ludzi mówiących o czymś - z mowy ich ciał bardzo łatwo wyciągnąć wnioski. Radość, troskę, pewność siebie, zadurzenie się. W takich momentach najbardziej widoczny jest cały żart filmu, kiedy dwoje ludzi na scenie mówi między sobą, następują przeskoki pomiędzy kamerami, w tle biegają statyści i trwa to wszystko... kilka minut. Ale widz nie słyszy choćby słowa, tylko muzykę z offu. W końcu sam dialog nie jest istotny, ważny jest jego wpływ na akcję - w tym wypadku, czy zakochani zakończą rozmowę uśmiechają się do siebie. I taka scena naprawdę przynosi uśmiech na twarz!
A podobnych scen jest więcej, żeby nie zdradzać za wiele to przypomnę jedynie niesamowicie uroczą scenę przytulania... wieszaka. Nie wiem jakim cudem, ale mimo tego, że cała scena jest wykonana jednym ujęciem i cały czas widać, że to wieszak, bez stosowania efektów specjalnych, ja wtedy naprawdę zobaczyłem mężycznę w jej ramionach. Niesamowite.
Wszystko zasługa świetnych aktorów i idealnie dobranej muzyki, ale przede wszystkim: precyzyjnego scenariusza. Przypatrzcie się choćby takim nieistotnym z pozoru scenom jak przechodzień omal nie wpadający pod samochód bo go NIE USŁYSZAŁ albo pewnej pani zaczepiającej George'a w kinie by pogłaskać jego psa - mówi ona wtedy "Jaki on słodki... Gdyby jeszcze MÓWIŁ". Zdumiewające, w jak subtelny sposób scenarzysta podkreśla główny motyw filmu właśnie takimi drobnostkami.
Gdyby z równie wielką precyzją i zaangażowaniem przedstawiono konflikt głównego bohatera, wtedy polecałbym film bardziej, ale i bez tego "Artysta" jest filmem dobrym - bawi i wzrusza, jest warty zapamiętania i wrócenia do niego. A już na pewno wart jest ceny biletu w kinie.
7+/10.
http://www.youtube.com/watch?v=SmPt9il-Tdo
Każde słowo jest istotne.
Jeśli ktoś by chciał nauczyć się pisać scenariusze, to dowiedziałby się, że dialogi są uważane za najmniej ważny element każdego skryptu. Ma to związek przede wszystkim z zasadą "Bohaterowie nie mogą mówić o tym co robią i czują, mają to po prostu robić i pokazywać", ponieważ kino posługuje się obrazem. Na deskach teatru lub w książce jest to dopuszczalne, jednak nie w filmie. Tu każde zdanie musi być niezbędne by nie zatrzymywać akcji tylko ją napędzać. Dialogi powinny być zredukowane do minimum, dlatego np. na koniec rozmowy telefonicznej w filmie nie mówią "do widzenia" jak w prawdziwym świecie. Dotyczy to większości obrazów - od filmów kung fu po "Stalkera".
To oczywiście tylko pogląd którego uczą w podręcznikach. Jednak zawsze jest też wzmiankach o kinie dialogu i jego zaletach, więc nie jest to też jakaś złota zasada której nie można złamać nie robiąc przy okazji godnego uwagi kina. Przez to nawet najlepsze scenariusze zawierają w sobie dialogi nic nie wnoszące do fabuły, tzw. "o niczym". Dla przykładu, świetny scenariusz "Chciwości" ma w sobie kilka takich wymian zdań nad kubkiem kawy, kiedy to akcja filmu po prostu zatrzymuje się w miejscu. Jednak w wypadku "Artysty" trzymano się tej zasady aż do bólu. Tu każde słowo które dotrze do widza jest absolutnie niezbędne.
Wydaje mi się, że Michel Hazanavicius chciał udowodnić, że w erze kina dźwiękowego można nakręcić film niemy, więc... nakręcił film niemy o mężczyźnie kręcącym film niemy w erze kina dźwiękowego. Pójście na łatwiznę na granicy akceptowalności.
Bohaterem "Artysty" jest George Valentin - gwiazdor kina niemego. Jest rok 1927, film dźwiękowy póki co śni się najwyżej jasnowidzom, ale na pewno nie klientom kin którzy z wdzięcznością oglądają każdy najnowszy film z udziałem pana Valentina. Jednak jak wiadomo w niedalekiej przyszłości filmy dźwiękowe zostaną wprowadzone, i wtedy dla takich ludzi jak bohater może zabraknąć miejsca. Będzie musiał sam wyprodukować swój następny film.
"Artysta" jest filmem przyjaznym dla tych, którzy nie lubią prawdziwego kina niemego. Hazanavicius jedynie stylizuje swój film na niemy, robi z tego projektu niezwykle wdzięczny żart. Stosuje efekty specjalne (np. do usuwania kamery w odbiciu szyb) i mnóstwo montażu, kręci dłuższe ujęcia, a sceny konstruuje w taki sposób, by widz nie potrzebował dialogów do zrozumienia sensu danej sceny. Wystarczy jak zobaczy dwoje ludzi mówiących o czymś - z mowy ich ciał bardzo łatwo wyciągnąć wnioski. Radość, troskę, pewność siebie, zadurzenie się. W takich momentach najbardziej widoczny jest cały żart filmu, kiedy dwoje ludzi na scenie mówi między sobą, następują przeskoki pomiędzy kamerami, w tle biegają statyści i trwa to wszystko... kilka minut. Ale widz nie słyszy choćby słowa, tylko muzykę z offu. W końcu sam dialog nie jest istotny, ważny jest jego wpływ na akcję - w tym wypadku, czy zakochani zakończą rozmowę uśmiechają się do siebie. I taka scena naprawdę przynosi uśmiech na twarz!
A podobnych scen jest więcej, żeby nie zdradzać za wiele to przypomnę jedynie niesamowicie uroczą scenę przytulania... wieszaka. Nie wiem jakim cudem, ale mimo tego, że cała scena jest wykonana jednym ujęciem i cały czas widać, że to wieszak, bez stosowania efektów specjalnych, ja wtedy naprawdę zobaczyłem mężycznę w jej ramionach. Niesamowite.
Wszystko zasługa świetnych aktorów i idealnie dobranej muzyki, ale przede wszystkim: precyzyjnego scenariusza. Przypatrzcie się choćby takim nieistotnym z pozoru scenom jak przechodzień omal nie wpadający pod samochód bo go NIE USŁYSZAŁ albo pewnej pani zaczepiającej George'a w kinie by pogłaskać jego psa - mówi ona wtedy "Jaki on słodki... Gdyby jeszcze MÓWIŁ". Zdumiewające, w jak subtelny sposób scenarzysta podkreśla główny motyw filmu właśnie takimi drobnostkami.
Gdyby z równie wielką precyzją i zaangażowaniem przedstawiono konflikt głównego bohatera, wtedy polecałbym film bardziej, ale i bez tego "Artysta" jest filmem dobrym - bawi i wzrusza, jest warty zapamiętania i wrócenia do niego. A już na pewno wart jest ceny biletu w kinie.
7+/10.
http://www.youtube.com/watch?v=SmPt9il-Tdo
Etykiety:
2011,
France,
kino nieme,
Melodrama,
Romantic Comedy,
Ulubione sceny
wtorek, 10 stycznia 2012
KOŃ TURYŃSKI
Drama, 2011
Samobójstwo z nieświadomego wyboru.
„Koń Turyński" jest to po prostu następnym filmem Tarra, który w pewnym momencie swojej twórczości zaczął kręcić filmy czarno-białe, oparte na skomplikowanych ujęciach, scenariuszu László Krasznahorkaia i muzyce Mihály Viga. Zaczyna się od sceny w której koń ciągnie wóz z woźnicą. Trwa ona kilka minut i jest poprowadzona jednym ujęciem, a każdy podjazd obiektywu sprawia, że czułem oddech oraz zmęczenie konia. Tak naprawdę było, i to właśnie Bela Tarr chciał osiągnąć, dlatego to ujęcie tyle trwa i jest poprowadzone w ten sposób: by widz zrozumiał konia. By wczuł się w jego sytuację. Jakkolwiek to brzmi, jest to ważne, w końcu koń jest jednym z trzech głównych bohaterów filmu.
Tarra interesuje los ludzi słabych, z samego dna społeczeństwa. Ludzi przegranych, w których nie ma nawet iskry życia. „Na nich wszystko wygląda bardziej prawdziwie", uważa. W „Koniu Turyńskim“ sprawia, że widz rozumie ten pogląd, przedstawiając los dwójki ludzi mieszkających na końcu świata stanowiącym metaforę piekła, gdzie powoli zamiera wszelkie życie: woda wysycha, światło gaśnie by już nigdy nie zapłonąć, a wiatr dmie z taką siłą, jakby chciał wygonić ich z tego świata. Film jest ponury, smutny i depresyjny, monotonia i cykliczny plan dnia bohaterów wpływa na widza: rozumie ich, czuje świat w którym egzystują, boi się go. To piekło bez fajerwerków, działające na innym poziomie świadomości - człowiek z opóźnieniem zdaje sobie sprawę, co się stało. Dopiero wtedy, gdy jest już za późno by z niego wybrnąć. Piekło z samego dna człowieczeństwa.
Cel tej historii jest prosty: uświadomić, że „Za późno“ kryje się tak naprawdę w nas samych i naszym ostatecznym poddaniu się. Można spróbować uciec od klęski, jednak jeśli ciągniemy ją ze sobą, niczego nie zmienimy. Możemy zachowywać się jak koń, który sprawia wrażenie, jakby z honorem odmawiał dalszej egzystencji na takim świecie. Może zachowywać się jak Cyganie lub czekać jak woźnica, który w pewnym momencie będzie krzyczał „Musimy jeść!“ ale nie będzie w stanie znaleźć odpowiedzi na nieme „Po co mamy jeść?“.
Film jest dla mnie wciąż żywy, obejrzę go jeszcze nie raz, by głowić się nad wieloma rzeczami - zarówno w kwestii technicznej (jak nakręcono choćby sceny z koniem) jak i merytorycznej - chciałbym zrozumieć monolog pewnej tajemniczej postaci, albo dowiedzieć się, jaki związek z filmem ma anegdota którą opowiada narrator na początku. Jak każdy film Tarra, ten też wprowadza widza w pewien rodzaj transu za pomocą wybitnej gry światłem (tym razem niemal zrezygnowano ze sztucznego oświetlenia), skomplikowanych ujęć oraz demoniczej muzyki Vala, który tym razem skorzystał z wiolonczeli, skrzypiec oraz organów. Film trwa 150 minut i to czuć, jednak jest to doświadczenie bardzo płynne: dzieło Tarra intryguje, wzbudza głębokie emocje oraz przynosi na koniec katharsis, gdy tylko w lewym górnym rogu pojawi się drobny napis „rendezte: Tarr Bela“.
9+/10.
http://rateyourmusic.com/film/a_torinoi_lo/
Samobójstwo z nieświadomego wyboru.
„Koń Turyński" jest to po prostu następnym filmem Tarra, który w pewnym momencie swojej twórczości zaczął kręcić filmy czarno-białe, oparte na skomplikowanych ujęciach, scenariuszu László Krasznahorkaia i muzyce Mihály Viga. Zaczyna się od sceny w której koń ciągnie wóz z woźnicą. Trwa ona kilka minut i jest poprowadzona jednym ujęciem, a każdy podjazd obiektywu sprawia, że czułem oddech oraz zmęczenie konia. Tak naprawdę było, i to właśnie Bela Tarr chciał osiągnąć, dlatego to ujęcie tyle trwa i jest poprowadzone w ten sposób: by widz zrozumiał konia. By wczuł się w jego sytuację. Jakkolwiek to brzmi, jest to ważne, w końcu koń jest jednym z trzech głównych bohaterów filmu.
Tarra interesuje los ludzi słabych, z samego dna społeczeństwa. Ludzi przegranych, w których nie ma nawet iskry życia. „Na nich wszystko wygląda bardziej prawdziwie", uważa. W „Koniu Turyńskim“ sprawia, że widz rozumie ten pogląd, przedstawiając los dwójki ludzi mieszkających na końcu świata stanowiącym metaforę piekła, gdzie powoli zamiera wszelkie życie: woda wysycha, światło gaśnie by już nigdy nie zapłonąć, a wiatr dmie z taką siłą, jakby chciał wygonić ich z tego świata. Film jest ponury, smutny i depresyjny, monotonia i cykliczny plan dnia bohaterów wpływa na widza: rozumie ich, czuje świat w którym egzystują, boi się go. To piekło bez fajerwerków, działające na innym poziomie świadomości - człowiek z opóźnieniem zdaje sobie sprawę, co się stało. Dopiero wtedy, gdy jest już za późno by z niego wybrnąć. Piekło z samego dna człowieczeństwa.
Cel tej historii jest prosty: uświadomić, że „Za późno“ kryje się tak naprawdę w nas samych i naszym ostatecznym poddaniu się. Można spróbować uciec od klęski, jednak jeśli ciągniemy ją ze sobą, niczego nie zmienimy. Możemy zachowywać się jak koń, który sprawia wrażenie, jakby z honorem odmawiał dalszej egzystencji na takim świecie. Może zachowywać się jak Cyganie lub czekać jak woźnica, który w pewnym momencie będzie krzyczał „Musimy jeść!“ ale nie będzie w stanie znaleźć odpowiedzi na nieme „Po co mamy jeść?“.
Film jest dla mnie wciąż żywy, obejrzę go jeszcze nie raz, by głowić się nad wieloma rzeczami - zarówno w kwestii technicznej (jak nakręcono choćby sceny z koniem) jak i merytorycznej - chciałbym zrozumieć monolog pewnej tajemniczej postaci, albo dowiedzieć się, jaki związek z filmem ma anegdota którą opowiada narrator na początku. Jak każdy film Tarra, ten też wprowadza widza w pewien rodzaj transu za pomocą wybitnej gry światłem (tym razem niemal zrezygnowano ze sztucznego oświetlenia), skomplikowanych ujęć oraz demoniczej muzyki Vala, który tym razem skorzystał z wiolonczeli, skrzypiec oraz organów. Film trwa 150 minut i to czuć, jednak jest to doświadczenie bardzo płynne: dzieło Tarra intryguje, wzbudza głębokie emocje oraz przynosi na koniec katharsis, gdy tylko w lewym górnym rogu pojawi się drobny napis „rendezte: Tarr Bela“.
9+/10.
http://rateyourmusic.com/film/a_torinoi_lo/
środa, 28 kwietnia 2010
Ziemia niczyja
War & Black Comedy, 2001
Znakomite kino antywojenne na poważnie – i nie tylko.
Dolina. Po obu jej stronach przebiegają dwie linie frontu – Serbckiego i Bośniackiego. Pośrodku doliny jest okop – a w nim, w skutek różnych działań skryto-sprawdzających, spotykają się przedstawiciele obu nacji. Problemem są już sami dla siebie, ale jeden z nich okazuje się być w kiepskiej sytuacji – budzi się z miną pod sobą. Jeśli się ruszy, wszystko w promieniu 50 metrów zniknie.
Czy film faktycznie jest miniaturą „bałkańskiego tygla”? Nie wiem i w sumie małą to ma dla mnie wartość. Liczy się brawura tego filmu i to w jakim stylu nabija się z konfliktów jako takich, a wojennych w szczególności. Z niesamowitych dialogów, złożoności burdelu jaki się nakręca w trakcie filmu (wystarczy powiedzieć, że do akcji, poza Bośniakami i Serbią, włączy się jeszcze banda dziennikarzy, Francuzi, Genewa oraz ONZ) oraz lekkości filmu – mimo że nie zawsze jest to komedia.
„Kto zaczął wojnę? No, kto?!”.;-)
7/10, ulubiony.
http://rateyourmusic.com/film/no_mans_land/
Znakomite kino antywojenne na poważnie – i nie tylko.
Dolina. Po obu jej stronach przebiegają dwie linie frontu – Serbckiego i Bośniackiego. Pośrodku doliny jest okop – a w nim, w skutek różnych działań skryto-sprawdzających, spotykają się przedstawiciele obu nacji. Problemem są już sami dla siebie, ale jeden z nich okazuje się być w kiepskiej sytuacji – budzi się z miną pod sobą. Jeśli się ruszy, wszystko w promieniu 50 metrów zniknie.
Czy film faktycznie jest miniaturą „bałkańskiego tygla”? Nie wiem i w sumie małą to ma dla mnie wartość. Liczy się brawura tego filmu i to w jakim stylu nabija się z konfliktów jako takich, a wojennych w szczególności. Z niesamowitych dialogów, złożoności burdelu jaki się nakręca w trakcie filmu (wystarczy powiedzieć, że do akcji, poza Bośniakami i Serbią, włączy się jeszcze banda dziennikarzy, Francuzi, Genewa oraz ONZ) oraz lekkości filmu – mimo że nie zawsze jest to komedia.
„Kto zaczął wojnę? No, kto?!”.;-)
7/10, ulubiony.
http://rateyourmusic.com/film/no_mans_land/
Subskrybuj:
Posty (Atom)








