Black Comedy, 2014
Chociaż tytuł się nie myli, i to Frank jest tu głównym bohaterem, widz poznaję fabułę z punktu widzenia Jona - młodego brytyjczyka, muzyka z głową pełną pomysłów grającego na klawiszach, który przypadkiem dostaje się do zespołu prezentującego alternatywny rock. Nazwę mają równie alternatywnie, aż sami nie wiedzą, jak się ją wymawia. Między poszczególnymi członkami są różne napięcia, jednak wszystko trzyma w kupie lider i wokalista imieniem Frank. Razem z Jonem lądują w małym domku na Irlandzkim odludziu, gdzie będą nagrywać płytę. Aż do skutku.
"Frank" mnie zainteresował po przeczytaniu recenzji pana Dębskiego, w której napisał: "okazał się filmem znaczącym dla mnie osobiście jako twórcy". I ma to zastosowanie również w moim przypadku, chociaż wciąż tak o sobie nie myślę. Produkcja Abrahamsona kupiła mnie już w czołówce, w której Jon chodzi ulicą i próbuje ułożyć piosenkę - chociaż wtedy myślałem, że po prostu wszędzie widzi jakąś inspirację, cały czas ma nowy pomysł, i nie umie nad nimi zapanować. A w pracy siedzi nad jakimś monotonnym zadaniem, myślami będąc nad tym, co akurat tworzy... Super. Po prostu super. Taki bohater to coś idealnego. W pewnym momencie słyszy on: "Zapewne zastanawiasz się, czemu nie możesz być Frankiem... Zrozum, Frank jest tylko jeden". Ktoś powinien mi to powiedzieć trzy lata temu. Jeśli więc coś tworzysz, myślisz cały czas nad tym czymś idąc ulicą - jest to film dla ciebie. Bez znaczenia, czy robisz to dla siebie, czy chcesz z tym coś więcej zrobić. A nawet - szczególnie wtedy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ireland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ireland. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 21 września 2014
sobota, 26 lipca 2014
Calvary
Drama & Mystery, 2014
John Michael McDonagh to brat gościa, który nakręcił "In Bruges". Razem sobie żyją w Irlandii i kręcą wokół motywu czarnej komedii. Taki był "Gliniarz" - pierwszy film reżyseria "Calvary" - jednak już jego najnowsze dzieło posiada go tylko trochę. Reżyser przemyca humor w bardzo małych ilościach, prawie niedostrzegalnych. Nie oznacza to jednak, jak się obawiałem, że seans jest doświadczeniem traumatycznym. To z pewnością nie. Jest tylko bardzo życiowy. Aż nie chciałem pisał u góry "Drama". Ale nie wiedziałem za bardzo, co tam dać w takim wypadku.
Opowieść rozpoczyna najlepszy opening 2014 roku: spowiedź tajemniczego grzesznika, dorosłego mężczyzny który wyznaje, że był molestowany przez księdza w wieku siedmiu lat. Pragnie się zemścić, więc postanowił zabić mężczyznę, u którego się spowiada. Tamten zapewne i tak już nie żyje, zresztą - nie wierzy, że to by mu coś dało. Musi tego czynu dokonać na niewinnym. Daje swojej ofierze tydzień. Zabije ją w przyszłą niedzielę. Wszystko to zostało nakręcone w jednym ujęciu - nie widać grzesznika, ekran wypełnia znużona twarz naszego bohatera, księdza granego przez Brendana Gleesona. I to wszystko. Cały "setup" zmieszczono w 2 minuty, mistrzostwo świata. A dalej to już właściwie kino autorskie, bardzo brytyjskie. Trochę w tym melodramatu, tragedii, czarnego humoru, kina drogi... a także zagadki. Bo osobowość możliwego mordercy nie jest wyjaśniona. I będzie to dopiero początek.
John Michael McDonagh to brat gościa, który nakręcił "In Bruges". Razem sobie żyją w Irlandii i kręcą wokół motywu czarnej komedii. Taki był "Gliniarz" - pierwszy film reżyseria "Calvary" - jednak już jego najnowsze dzieło posiada go tylko trochę. Reżyser przemyca humor w bardzo małych ilościach, prawie niedostrzegalnych. Nie oznacza to jednak, jak się obawiałem, że seans jest doświadczeniem traumatycznym. To z pewnością nie. Jest tylko bardzo życiowy. Aż nie chciałem pisał u góry "Drama". Ale nie wiedziałem za bardzo, co tam dać w takim wypadku.
Opowieść rozpoczyna najlepszy opening 2014 roku: spowiedź tajemniczego grzesznika, dorosłego mężczyzny który wyznaje, że był molestowany przez księdza w wieku siedmiu lat. Pragnie się zemścić, więc postanowił zabić mężczyznę, u którego się spowiada. Tamten zapewne i tak już nie żyje, zresztą - nie wierzy, że to by mu coś dało. Musi tego czynu dokonać na niewinnym. Daje swojej ofierze tydzień. Zabije ją w przyszłą niedzielę. Wszystko to zostało nakręcone w jednym ujęciu - nie widać grzesznika, ekran wypełnia znużona twarz naszego bohatera, księdza granego przez Brendana Gleesona. I to wszystko. Cały "setup" zmieszczono w 2 minuty, mistrzostwo świata. A dalej to już właściwie kino autorskie, bardzo brytyjskie. Trochę w tym melodramatu, tragedii, czarnego humoru, kina drogi... a także zagadki. Bo osobowość możliwego mordercy nie jest wyjaśniona. I będzie to dopiero początek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)